Skinny – The Skin I’m In

★★★★★★★☆☆☆

1. I Wish 2. As Time Goes By 3. Leaving You 4. We Can Share 5. Happy Thoughts 6. The God+The World=The Madness 7. The Loss, The Gain 8. Two Kindred Spirits 9. We’ll Carry On 10. Nothing Wasted 11. Nobody Comes 12. Of Our Love.

SKŁAD: Michał „Skinny” Skórka. Gościnnie: Kasia Stankiewicz – wokale (I Wish); Julia Ziętek – skrzypce (Nobody Comes)

PRODUKCJA: Michał „Skinny” Skórka

WYDANIE: 2016 – Requiem Records

Można powiedzieć, że Michał Skórka to taki nasz polski Trent Reznor. Na początku jego muzyka nie zachwyca, ale przy dokładniejszym przysłuchaniu zaczyna się odkrywać wszystkie przylegające warstwy muzyczne i emocje. Jednocześnie jest to twór zupełnie inny niż ten od twórcy Nine Inch Nails, chociaż niewątpliwie i takie w nim słychać. Tu podobnie jak u Reznora elektronika dominuje nad brzmieniem gitar, a także pojawiającymi się tu i ówdzie dźwiękami skrzypiec.

Najlepsze na tej płycie jest brzmienie – dopracowane, pełne i selektywne. Nie ma tu jednak miejsca na zwariowane, energetyczne motywy czy ciężkie przeboje. Znacznie bliżej tu do pierwszej płyty Nine Inch Nails jak „Pretty Hate Machine”, ale jednocześnie brak tu zabawy w hołd komputerowym dźwiękom i przebojowości. Ta energia idzie w zupełnie innym kierunku i swój upust znajduje w głębi kompaktu, bo całość zdaje się wydobywać jakby ze skorupy jakim jest ciało – ludzkie ciało, a właściwie pokrywająca je skóra. Ta z kolei dość przewrotnie skłania myśli ku filmowi Pedro Almodóvara „Skóra w której żyje”. Niemniej jednak, Michał notabene Skórka nie stworzył albumu o filmie hiszpańskiego reżysera, a raczej o myślach kołaczącej się pod czaszką, może nawet maską którą przybieramy codziennie do sytuacji, z którymi się mierzymy. To album o „skórze”, która pokrywa pozory i najskrytsze pragnienia, żale i niedoskonałości. Tu znów wracamy z kolei do brzmienia, które jest też bardzo czyste, gładkie i minimalistyczne niczym dokładnie wypolerowana głowa, jak gdyby jakieś ramię nas obejmowało a czyjś dobrze znany głos zaczynał szeptać, że wszystko będzie dobrze i trzeba wziąć się w garść. Nie ma tu też jednak miejsca na płynący z tego typy słów infantylizm. Może by tak było gdyby Skórka zdecydował się na polskie teksty, ale angielski znakomicie oddał charakter tych przemyśleń i jakby życiowych porad czy smutków.

W otwierającym krążek I Wish Skórka konfrontuje się z przemijaniem i żalem za rzeczami, których nie zrobił lub już nie zrobi, a następnie w kolejnym As Time Goes By mierzy się z zagubieniem i rezygnacją na podjęcie działań, by jednak coś zmienić. Znakomity jest utwór Leaving You w którym pewnej kobiecie, która zawróciła mu (czy też raczej podmiotowi lirycznemu) w głowie. Bez ogródek mówi, że nie ma czasu na jej kłamstwa i opuszcza ją by pokazać na co go stać – co z kolei skojarzyło mi się trochę z utworem Budki Suflera Ratujmy co się da i podobną sytuacją, w której facet wyruszał by pokazać na co go stać, gdy wybranka odeszła z innym. Kolejny We Can Share na szczęście ma już nieco inny wydźwięk – tu, być może już z inną chce dzielić życie i myśli. Ta sama myśl towarzyszy bohaterowi lirycznemu w przewrotnym, bo stojącym w opozycji do wyznania z Leaving You, utworze Happy Thoughts. Dalej mamy chęć dzielenia oraz obietnicę, że jej nie opuści, zupełnie jak gdyby się z wcześniejszego zagubienia i porażki pozbierał. Skórka jednak nie konfrontuje się tutaj tylko na rozterkach miłosnych, bo w następnym The God+The World=The Madness odważnie krytykuje samego stworzyciela i ni to w modlitwie, ni to spowiedzi wręcz wykrzykuje mu w twarz co sądzi o świecie. Ponownie ma w sobie to coś z Nine Inch Nails, gdzie podobna frustracja Reznorowi towarzyszyła od zawsze tak na starych płytach, jak i na ostatnim wydawnictwie „Hestitation Marks”.  W następującym po nim, The Loss, The Gain Skórka znów mierzy się z bóstwami, ale także z człowieczeństwem – zaślepieniem w decyzjach, które wybieramy każdego dnia, by następnie znów cieszyć się szczęściem w Two Kindred Spirits, który z kolei przywiódł mi trochę na myśl utwór grupy Manaam Po to jesteś na świecie z płyty „Łóżko”. Podmiot liryczny postanawia kontynuować życie i konfrontację z tym, co go otacza i odważnie daje temu wyraz w ’We’ll Carry On, a spoglądając w przeszłość w Nothing Wasted postanawia, że nie popełni dawnych błędów, jakby od niechcenia namawiając także nas, by ich unikać. Jakże przewrotne są też tutaj ostatnie słowa: There is nothing wasted, just complicated – jak w życiu, czyż nie? Ostatni rozdział płyty jest bodaj najbardziej przejmujący, bo w przedostatnim numerze Nobody Comes Skórka niemalże konfrontuje się ze starością, nieuchronnym końcem każdego z nas, ale jest to także przejmujący utwór o osobach samotnych znajdujących się w hospicjach. W ostatnim Of Our Love jednak znów przychodzi czas pogodzenie i przysłowiowe „wzięcie byka za rogi”. Spełnienie w miłości, w życiu, a może nawet życiu po życiu, odnalezienie punktu zaczepienia i stabilnego gruntu, którego szukamy, którego szuka podmiot liryczny przez całą płytę. Przy głębszym spojrzeniu i przysłuchaniu się w proponowane przez Skórkę dźwięki naprawdę potrafi zrobić to niemałe wrażenie – a takich emocjonalnych, prawdziwych płyt, a zwłaszcza na naszym rynku, niestety coraz mniej.

Muszę jeszcze zwrócić uwagę na oprawę albumu Skinny’ego. Minimalizm został bowiem też tutaj dopracowany przez świetne czarno-białe fotografie autorstwa Marcina Ziółko, co kapitalnie podkreśla znaczenia tekstów i muzyki znajdujące się na płycie. Na okładce spogląda na nas twarz Skinny’ego . Broda niemal niknie w czerni (szczególnie widać to na wydaniu fizycznym), ale reszta twarzy łącznie ze wspomnianą już dokładnie ogoloną i wypolerowaną czaszką kontrastuje z tą czernią. Skórka patrzy na nas trochę ze smutkiem, ale także niepokojąco przenikliwie, jakby chciał nam zadać pytanie czy jesteśmy gotowi wysłuchać jego historii. Na odwrocie książeczki powtórzono ujęcie, ale Skórka ma teraz zamknięte oczy. Tu znów jawi się skojarzenie filmowe, ale z filmem Stanleya Kubricka „Oczy szeroko zamknięte”. Jesteśmy jak ślepcy prowadzeni przez innego ślepca, dostrzegamy rzeczy, ale nie mamy otwartych oczu, błądzimy przez świat po omacku. Zupełnie jakby Skórka chciał tu powiedzieć, że mamy otworzyć oczy i zacząć dostrzegać rzeczy obok nas, a nie tylko o nich śnić. A w środku jest seria zdjęć rentgenowskich wnętrza ciała co z kolei przypomina trochę kolejne etapy wędrówki, historii którą na płycie przedstawia Skinny. 

To nie jest płyta nastawiona na przeboje, które będziecie nucić. To płyta przejmująca i refleksyjna, nastawiona bardziej na atmosferę aniżeli na skomplikowane melodie czy rozbudowane formy kompozycyjne. Skinny stworzył coś co może być autobiografią jednostki – każdego z nas. Czasami bowiem warto zadać sobie pytanie o to, w jakiej skórze żyjemy. Nie jesteśmy wilkami, ani owcami, a ludźmi którzy szukają swojego świata, zrozumienia swoich porażek i sukcesów i jak sądzę o tym jest właśnie ten album – udaną próbą odnalezienia punktu zaczepienia pośród tych wszystkich pytań i autorefleksji. Ci którzy oczekują mroku i gitar – zawiodą się, ale Ci którzy w minimalistycznej elektronice i przejmujących bardzo prawdziwych tekstach potrafią odnaleźć drugie dno i zabrać z nich coś dla siebie oraz fani wcześniejszego projektu Skinny Patrini, będą zachwyceni.