NAWIGACJA PO ARTYKULESPIS TREŚCI01Remaster, remix i reedycja. Dlaczego ten sam album może brzmieć inaczej?02Muzycy skończyli grać. Co dalej dzieje się z nagraniem?03The Beatles, cztery ścieżki i technologia, której nikt nie przewidział04Remaster może poprawić dźwięk. Może go również zepsuć05Reedycja to jeszcze inna historia06Dlaczego niektóre stare wydania są bardziej cenione od nowych?07Ile wersji może mieć jedna muzyczna historia?Remaster, remix i reedycja. Dlaczego ten sam album może brzmieć inaczej?W 2015 roku Steven Wilson znalazł się w dość osobliwej sytuacji. Musiał publicznie tłumaczyć, dlaczego jego remiks „Aqualung” Jethro Tull brzmi inaczej w zależności od tego, które wydanie kupił słuchacz. Na płytach CD znajdował się materiał poddany masteringowi przez Pete’a Mewa. Tymczasem cyfrowe pliki udostępnione do pobrania zawierały wersję zaakceptowaną przez Wilsona, zasadniczo pozbawioną dodatkowej obróbki. Podobna historia dotyczyła „Thick as a Brick”.W komunikacie z 28 maja 2015 roku muzyk sam przyznał, że sytuacja jest myląca. I rzeczywiście, trudno wymagać od nabywcy, by przed zakupem albumu przeprowadzał małe śledztwo dotyczące jego produkcji. A jednak właśnie do tego sprowadza się czasem kolekcjonowanie muzyki: dwa egzemplarze tej samej płyty mogą zawierać identyczne wykonania, a mimo to oferować odmienne doświadczenia słuchowe.Na przestrzeni kilku dekad album może przejść przez ręce wielu realizatorów, doczekać się kolejnych remasterów, nowych miksów i jubileuszowych wznowień. Każdy taki powrót oznacza możliwość ingerencji w materiał, który słuchacze zdążyli już uznać za ostateczny. Żeby zrozumieć, skąd biorą się różnice, trzeba przyjrzeć się temu, co właściwie zostaje po zakończeniu sesji nagraniowej.Muzycy skończyli grać. Co dalej dzieje się z nagraniem?W studiu instrumenty i wokale zazwyczaj rejestruje się na osobnych ścieżkach. Gitara basowa, perkusja, fortepian czy głos wokalisty mogą istnieć jako niezależne sygnały, których wzajemne proporcje da się dowolnie kształtować. Realizator ustala poziomy głośności, rozstawia instrumenty w przestrzeni stereo, dodaje pogłosy i koryguje ich barwę. Ten proces nazywamy miksowaniem.Wystarczy przesunąć wokal nieco dalej od pierwszego planu, aby zmienił się charakter utworu. Gitarę, która dotychczas dominowała nad rytmem, można przyciszyć, odsłaniając partię fortepianu. Zmiana nie dotyczy kompozycji ani wykonania, ale wyraźnie wpływa na sposób, w jaki muzyka dociera do słuchacza.Gdy miks zostaje ukończony, trafia do masteringu, czyli końcowej obróbki brzmienia i przygotowania materiału do publikacji. Inżynier może skorygować równowagę częstotliwości, kontrolować dynamikę i zadbać o spójność całego albumu. Najczęściej pracuje jednak na gotowym miksie stereo, w którym poszczególne instrumenty zostały już połączone.Tu przebiega zasadnicza granica. Remastering oznacza ponowne opracowanie istniejącego miksu, natomiast remiks polega na stworzeniu nowego miksu z oddzielnych ścieżek lub odpowiednio wyodrębnionych elementów nagrania. Pierwszy pozwala zmieniać właściwości gotowego dźwięku, drugi daje znacznie większą kontrolę nad relacjami między instrumentami.Przykładowo, jeśli gitara basowa w gotowym miksie jest zbyt cicha, podczas remasteringu można wzmocnić niskie częstotliwości. Taka korekta wpłynie jednak również na stopę perkusyjną i pozostałe instrumenty obecne w tym paśmie. Przy remiksie dałoby się podnieść poziom samego basu, nie zmieniając bezpośrednio pozostałych ścieżek.O tym, jak wygląda cały proces powstawania finalnego nagrania, pisaliśmy szerzej w artykule „Miks a mastering – czym naprawdę się różnią?”. Przy starszych albumach sprawa komplikuje się dodatkowo, ponieważ ich oryginalne nagrania powstawały często przy ograniczeniach technologicznych, które dzisiaj potrafimy częściowo ominąć.The Beatles, cztery ścieżki i technologia, której nikt nie przewidziałGdy w 1967 roku powstawał „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, Beatlesi korzystali z czterośladowych magnetofonów. W tak ograniczonej przestrzeni trzeba było pomieścić coraz bardziej rozbudowane aranżacje. Kilka wcześniej nagranych partii łączono więc na jednym śladzie, zwalniając miejsce dla kolejnych instrumentów. Była to praktyczna konieczność, która jednocześnie ograniczała późniejsze możliwości miksowania.W 2017 roku Giles Martin, syn producenta George’a Martina, wraz z Samem Okellem przygotował nowe miksy stereo i 5.1 albumu. Wrócili do oryginalnych czterośladowych taśm sesyjnych, korzystając z zachowanych materiałów źródłowych. Punktem odniesienia był historyczny miks mono, preferowany przez samych Beatlesów.Jeszcze bardziej zaawansowaną operację przeprowadzono w 2022 roku przy albumie „Revolver”. Wykorzystano technologię separacji dźwięku opracowaną przez zespół Petera Jacksona z WingNut Films, która pozwala wyodrębniać instrumenty wcześniej połączone na wspólnych ścieżkach. Dzięki temu realizatorzy zyskali możliwość ponownego kształtowania elementów, których tradycyjnymi metodami nie dałoby się już niezależnie regulować.Wydanie „Revolver” z 2022 roku zawiera nowe miksy stereo i Dolby Atmos, natomiast rozszerzona edycja udostępnia również oryginalny miks mono pochodzący z taśmy-matki z 1966 roku. Mamy zatem te same wykonania muzyków, ale różne sposoby ich przedstawienia.Technologia umożliwiła odzyskanie większej swobody pracy nad materiałem. Nie oznacza to jednak, że nowe miksy automatycznie realizują pierwotne zamiary artystów. Oryginalne proporcje, pogłosy i rozmieszczenie instrumentów były przecież częścią decyzji produkcyjnych podejmowanych podczas powstawania albumu. Niektóre wynikały z ograniczeń sprzętowych, inne stanowiły świadome wybory estetyczne. Pół wieku później trudno je wszystkie od siebie oddzielić.Remaster może poprawić dźwięk. Może go również zepsućRemastering wzbudza nieco inne kontrowersje. W przypadku starszych nagrań punktem wyjścia może być oryginalna taśma z gotowym miksem, jej kopia albo wcześniejszy transfer cyfrowy. Znaczenie ma już sam wybór źródła, ponieważ taśmy analogowe starzeją się, mogą ulegać uszkodzeniom i wymagają odpowiednio przygotowanych urządzeń do odtwarzania.Dobrze przeprowadzony remastering potrafi ograniczyć problemy tonalne, poprawić spójność albumu i wykorzystać materiał źródłowy lepszej jakości niż ten dostępny przy wcześniejszym wydaniu. Czasami obejmuje również restaurację nagrania, czyli usuwanie zakłóceń, naprawę uszkodzeń taśmy lub korektę problemów powstałych podczas archiwizacji.Nie zawsze jednak nowa obróbka służy większej wierności oryginałowi. Historia fonografii zna okres, w którym szczególnie silna stała się presja na zwiększanie głośności nagrań. Zjawisko to określono mianem loudness war, czyli wojny głośności.Aby podnieść średni poziom sygnału, realizatorzy stosowali między innymi coraz intensywniejszą kompresję dynamiki i limitowanie. W pewnych przypadkach prowadziło to do ograniczenia różnic między cichymi a głośnymi fragmentami oraz zmiany charakteru krótkich impulsów dźwiękowych, takich jak uderzenia perkusji. Nagranie stawało się głośniejsze, lecz mogło tracić część naturalnych kontrastów.Nie należy jednak utożsamiać każdej kompresji z pogorszeniem jakości. W 2014 roku Jens Hjortkjær i Mads Walther-Hansen opublikowali w „Journal of the Audio Engineering Society” badanie dotyczące percepcji kompresji dynamiki. W zastosowanych warunkach nie wykazali istotnego wpływu silniejszej kompresji na preferencje słuchaczy ani odczuwaną głębię przestrzenną. Wyniki te dotyczą konkretnego eksperymentu, ale skutecznie podważają przekonanie, że większy zakres dynamiki zawsze oznacza lepszy odbiór muzyki.Współczesny streaming dodatkowo zmienił sytuację. Spotify stosuje normalizację głośności, która w standardowym trybie odnosi poziom odtwarzania do około −14 LUFS. Bardzo głośno zmasterowany utwór może więc zostać automatycznie ściszony. Sama normalizacja nie przywraca jednak dynamiki wcześniej ograniczonej przez mastering. Regulacja głośności podczas odtwarzania nie jest odwróceniem procesu kompresji.Z tego powodu nowsze wydanie może brzmieć inaczej nawet przy podobnym poziomie odtwarzania. Różnice mogą dotyczyć dynamiki, barwy, zniekształceń czy sposobu wyeksponowania określonych częstotliwości. Napis „remastered” sam w sobie nie informuje, czy rezultat będzie korzystniejszy.Reedycja to jeszcze inna historiaTrzecie pojęcie, reedycja (reissue), odnosi się przede wszystkim do ponownego wydania albumu. Nie musi oznaczać żadnych zmian w dźwięku. Wytwórnia może wykorzystać wcześniejszy master, przygotować nowe tłoczenie winylowe, zmienić opakowanie albo wzbogacić zestaw o archiwalne nagrania.W 2022 roku „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars” Davida Bowiego doczekał się jubileuszowych wydań winylowych, między innymi w wersji picture disc oraz opracowanej techniką half-speed mastering. Informowaliśmy o nich na łamach LMF. Zastosowana w jednym z wydań technika polega na nacinaniu matrycy przy połowie normalnej prędkości, co w odpowiednich warunkach może przynosić korzyści techniczne. Nie stanowi jednak gwarancji lepszego brzmienia.Reedycje mogą zawierać nowy mastering, nowy miks albo zachować dotychczasowy materiał bez istotnych zmian. Określenia „Deluxe Edition” i „Anniversary Edition” opisują charakter wydawnictwa, ale nie przesądzają o zastosowanej obróbce dźwięku.Dlaczego niektóre stare wydania są bardziej cenione od nowych?Wśród kolekcjonerów nie brakuje osób, które wolą pierwsze tłoczenia winylowe lub wczesne edycje CD od współczesnych remasterów. Nie musi to wynikać z sentymentu. Konkretne wydanie mogło zostać przygotowane z innego źródła, z mniejszą kompresją albo przy zastosowaniu odmiennej korekcji tonalnej.Nie oznacza to, że starsza płyta zawsze będzie lepsza. Wczesne transfery cyfrowe bywały niedoskonałe, a niektóre wydania korzystały z kopii taśm gorszej jakości. Późniejszy remaster może usunąć część tych problemów. Również nowy miks potrafi ujawnić szczegóły aranżacji, które w oryginalnej wersji pozostawały słabo słyszalne.Problem zaczyna się przy porównywaniu. Głośniejszy master może początkowo wydawać się bardziej szczegółowy, dlatego uczciwa ocena wymaga zbliżonego poziomu głośności i identycznego toru odsłuchowego. Trzeba również wiedzieć, czy zestawiamy dwa masteringi tego samego miksu, czy zupełnie odmienne miksy. Bez tej informacji łatwo przypisać remasteringowi różnice, które w rzeczywistości powstały wcześniej.Równie niewiele rozstrzygają same parametry cyfrowe. Plik 24-bit/96 kHz nie musi brzmieć lepiej od wydania CD 16-bit/44,1 kHz, szczególnie jeżeli oba korzystają z różnych masterów. Większe znaczenie mogą mieć zastosowana korekcja, dynamika i jakość materiału źródłowego niż rozdzielczość zapisana na opakowaniu.Przydatne okazują się za to konkretne informacje wydawnicze: nazwisko inżyniera masteringu, rok przygotowania miksu, numer katalogowy czy pochodzenie użytych taśm. Pozwalają ustalić, czego właściwie słuchamy, zanim zaczniemy oceniać różnice.Ile wersji może mieć jedna muzyczna historia?Steven Wilson, pracując nad klasycznymi albumami Yes, Jethro Tull i King Crimson, wielokrotnie wracał do nagrań, które przez dziesięciolecia funkcjonowały w świadomości słuchaczy w jednej, dobrze znanej postaci. Nowe miksy pozwalały mu wykorzystać współczesne możliwości techniczne, ale stawiały też pytanie o granice ingerencji w historyczny materiał.W przypadku Yes sam Wilson podkreślał, że nowe wersje nie muszą być lepsze od oryginałów. Dawne miksy, przygotowane między innymi przez Eddy’ego Offorda, zachowują własną wartość artystyczną. Ich brzmienie jest częścią tego, jak albumy zostały pierwotnie pomyślane i zapamiętane.Z czasem uczymy się przecież nie tylko melodii i harmonii, lecz również konkretnych proporcji instrumentów, pogłosów i drobnych niedoskonałości nagrań. Gdy zostają zmienione, nawet bardziej przejrzysty miks może brzmieć obco. Nie musi to świadczyć ani o konserwatyzmie słuchacza, ani o błędzie realizatora. Po prostu pamięć muzyczna obejmuje znacznie więcej niż zapis nutowy.Najrozsądniejszym rozwiązaniem wydają się więc reedycje, które obok nowych miksów zachowują dostęp do oryginalnych wersji. Możemy wtedy poznać album zarówno w jego historycznej postaci, jak i w interpretacji przygotowanej przy użyciu późniejszych technologii.Przypadek „Aqualung” pokazuje przy okazji, że nawet ten sam remiks potrafi funkcjonować w kilku odmianach masteringowych. Dlatego pytanie o najlepsze wydanie konkretnej płyty ma sens dopiero wtedy, gdy wiemy, z jakimi wersjami rzeczywiście mamy do czynienia. Sam rok wydania, rodzaj nośnika czy zapewnienia producenta o doskonałej jakości nie wystarczą.Ostatecznie album nagrany pół wieku temu może mieć dziś kilka brzmieniowych odsłon, z których każda opowiada coś o epoce swojego powstania. Pierwsza o decyzjach artystów i ograniczeniach ówczesnego studia. Kolejne o tym, jak zmieniały się technologia, estetyka produkcji oraz oczekiwania słuchaczy. Warto mieć możliwość poznania ich wszystkich, zamiast uznawać, że najnowsza musi zastąpić każdą poprzednią.