MV5BNGE0MjNmZjYtYTI2Mi00YjU1LWI5ZjctODFhNzIyZjgwNWM0XkEyXkFqcGdeQWpnYW1i._V1_
MV5BNGE0MjNmZjYtYTI2Mi00YjU1LWI5ZjctODFhNzIyZjgwNWM0XkEyXkFqcGdeQWpnYW1i._V1_

„Michael”: król popu w złotej klatce

MV5BNGE0MjNmZjYtYTI2Mi00YjU1LWI5ZjctODFhNzIyZjgwNWM0XkEyXkFqcGdeQWpnYW1i._V1_

Film „Michael” Antoine’a Fuqui miał być jednym z najważniejszych muzycznych biopiców ostatnich lat. Trudno się dziwić, bo Michael Jackson to postać, której nie da się zamknąć w prostym haśle „król popu”. To artysta fundamentalny dla historii muzyki popularnej, performer o niemal nadludzkiej precyzji, twórca teledysków, które zmieniły język popkultury, ale też człowiek otoczony cieniem poważnych oskarżeń, skandali, procesów i moralnego niepokoju. Problem filmu polega na tym, że wybiera tylko jedną część tej opowieści. I robi to z taką konsekwencją, że zamiast portretu dostajemy wypolerowaną gablotę.

„Michael” koncentruje się przede wszystkim na drodze Jacksona od dzieciństwa w Gary w stanie Indiana, przez The Jackson 5, aż po triumfy solowej kariery i koncert na Wembley w 1988 roku. Dorosłego Michaela gra Jaafar Jackson, bratanek artysty, i trzeba uczciwie przyznać, że fizycznie, ruchowo i scenicznie jest to wybór niemal oczywisty. W scenach występów film działa najlepiej. Kiedy kamera podąża za choreografią, kiedy odtwarzane są ikoniczne momenty kariery, kiedy „Billie Jean”, „Thriller” czy atmosfera ery „Bad” wracają w kinowym, efektownym opakowaniu, łatwo zrozumieć, dlaczego fani reagują entuzjastycznie. Widać zresztą ogromny rozdźwięk między ocenami krytyków i reakcją publiczności, bo dla części widzów film jest spełnieniem marzeń, a dla wielu recenzentów przykładem biografii zbyt ostrożnej, zbyt gładkiej i zbyt wyraźnie kontrolowanej.

Tyle że zachwyt fanów nie rozwiązuje głównego problemu. „Michael” jest filmem o artyście, który nie chce naprawdę opowiedzieć o artyście. Chce raczej przypomnieć, dlaczego publiczność go kochała. I jako koncertowy album wspomnień film bywa skuteczny. Jako biografia zawodzi.

Najpoważniejszy zarzut dotyczy pominięcia oskarżeń o molestowanie dzieci. Nie chodzi o to, by film miał wydawać wyrok. Jackson został uniewinniony w procesie karnym w 2005 roku, a on sam i jego spadkobiercy konsekwentnie zaprzeczali oskarżeniom. Ale w przypadku takiej postaci nie wystarczy udawać, że niewygodne rozdziały nie istnieją. Według doniesień branżowych film był przerabiany po zakończeniu zdjęć, a pierwotna wersja miała obejmować wątki związane z oskarżeniami z 1993 roku. Później sceny te usunięto, a zakończenie przesunięto tak, by historia domknęła się przed najbardziej kontrowersyjnym okresem życia Jacksona.

To nie jest drobna decyzja scenariuszowa. To wybór moralny i artystyczny. Biografia, która omija centralny konflikt własnego bohatera, staje się materiałem promocyjnym. Film może oczywiście skupiać się na latach największej świetności, ale wtedy musi mieć świadomość, że nie opowiada „prawdy o Michaelu Jacksonie”, tylko starannie wybrany fragment legendy. A „Michael” bardzo często zachowuje się tak, jakby fragment był całością.

Zamiast trudnego pytania o relacje Jacksona z dziećmi, film wybiera bezpieczniejszy temat: przemocowego ojca, Joego Jacksona. Colman Domingo jako Joe ma w tej konstrukcji rolę kluczową, bo pozwala filmowi znaleźć antagonistę, którego można potępić bez ryzyka. Ojciec jest twardy, okrutny, kontrolujący, niszczący dzieciństwo syna i jednocześnie popychający go ku wielkości. To wątek ważny, ale w filmie zaczyna działać jak wygodny mechanizm zastępczy. Widz ma zrozumieć Michaela przede wszystkim przez traumę rodzinną. Wszystko, co później trudne, dziwne, niepokojące, zostaje zmiękczone przez opowieść o skrzywdzonym dziecku.

Część krytyków zwracała uwagę, że film prowadzi historię od Jackson 5 do triumfu na Wembley, ale zostawia widza z sugestią, że „historia trwa dalej”, jakby najtrudniejsze rozdziały można było odłożyć na sequel albo całkowicie ominąć. W tym sensie „Michael” jest filmem płytkim, wygładzonym i pełnym klisz typowych dla muzycznych biografii.

Paradoks „Michaela” polega na tym, że im bardziej film próbuje chronić swojego bohatera, tym mniej interesujący bohater się staje. Michael Jackson był artystą genialnym, ale też postacią pękniętą, pełną sprzeczności, wymykającą się prostemu podziałowi na ikonę i ofiarę. Tymczasem film Fuqui redukuje go do kilku przewidywalnych figur: cudownego dziecka, ofiary ojca, perfekcjonisty, samotnego geniusza i scenicznego mesjasza popu. Wszystko tu jest znajome, często efektowne, ale rzadko odkrywcze.

Obrońcy filmu mogą powiedzieć, że kontrowersje Jacksona były już analizowane wielokrotnie, choćby w dokumencie „Leaving Neverland”, i że kino fabularne ma prawo skupić się na muzyce. To argument zrozumiały, ale nie do końca przekonujący. Jeśli twórcy chcieli nakręcić film o muzyce, mogli jasno przyjąć formę koncertowej celebracji. Jeżeli jednak tworzą biograficzny dramat o życiu i dziedzictwie jednego z najbardziej kontrowersyjnych artystów XX wieku, pominięcie oskarżeń nie jest neutralnością. Jest selekcją pamięci.

Widać tu także szerszy problem współczesnych biopiców muzycznych. Po sukcesach filmów o Queen, Eltonie Johnie czy Elvisie kino coraz częściej traktuje biografię artysty jak luksusową kampanię rebrandingową: trochę cierpienia, dużo przebojów, kilka rodzinnych ran, obowiązkowa scena w studiu nagraniowym i finałowy triumf. „Michael” wpisuje się w ten model zbyt posłusznie. Jest filmem dużym, drogim, sprawnym technicznie, ale zaskakująco mało odważnym.

Nie można mu odmówić energii w sekwencjach muzycznych. Nie można też zlekceważyć faktu, że dla wielu fanów będzie przeżyciem emocjonalnym. Wyniki frekwencyjne i zainteresowanie filmem pokazują, że Jackson pozostaje gigantyczną siłą komercyjną i kulturową. Ale sukces kasowy nie unieważnia pytania podstawowego: czy film mówi nam coś istotnego o człowieku, którego pokazuje?

Odpowiedź brzmi: niewystarczająco.

„Michael” przypomina, dlaczego Michael Jackson był wielki. Nie pomaga jednak zrozumieć, dlaczego jego wielkość do dziś budzi tak głęboki dyskomfort. Dla fanów może być to film wzruszający, efektowny, a chwilami wręcz euforyczny. Dla reszty widowni pozostanie raczej pięknie oświetloną luką, opowieścią, która śpiewa, tańczy i błyszczy, ale w kluczowym momencie odwraca wzrok.

**Ocena: 5/10**

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.