Caraka Handayapati Wayang From Central Java
Caraka Handayapati Wayang From Central Java

Kasatriyan Javanese Art Community & Warsaw Gamelan Group – Caraka Handayapati. Wayang from Central Java

Caraka Handayapati Wayang From Central Java
Caraka Handayapati Wayang From Central Java

Najbardziej niebezpiecznym miejscem dla żywej tradycji bywa muzeum. Nie dlatego, że muzeum chce jej zrobić krzywdę. Przeciwnie: chce ją ocalić, opisać, zabezpieczyć, ustawić temperaturę, wpisać numer katalogowy i dopilnować, żeby nikt niczego nie dotykał. Problem zaczyna się wtedy, kiedy rzecz uratowana przestaje mieć prawo do dalszego życia. Piszę o tym dlatego, że Caraka Handayapati. Wayang from Central Java nagrano 26 września 2025 roku właśnie w Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. Trudno wymyślić lepszą scenerię dla płyty, która ostatecznie okazuje się opowieścią o czymś dokładnie przeciwnym niż konserwacja: o przemieszczaniu się.

Z Jawy do Warszawy. Z indyjskiej Ramajany do jawajskiego wayangu. Z nocnego widowiska do radia. Z radia do pliku FLAC. Z materialnej lalki do cienia, a później – ponieważ najwyraźniej jeden poziom reprezentacji byłby zbyt prosty – z nagrania do jego Bayangan Mix. Ta płyta nie próbuje udowodnić, że tradycja przetrwała nietknięta. Pokazuje coś ciekawszego: że przetrwała właśnie dlatego, że od dawna zmienia środowisko, funkcję i sposób istnienia.

Nie znam wayangu od podszewki i nie zamierzam po kilku dniach researchu zakładać ceremonialnego kapelusza antropologa. Byłoby to szczególnie komiczne przy kulturze, w której samo pojęcie pathet potrafi doczekać się rozprawy doktorskiej, zanim zachodni słuchacz zdąży powiedzieć „aha, czyli coś jak tonacja”. Wolę inną pozycję: człowieka, który przychodzi z własnym bagażem słuchowym, wie, że jest obcy, ale zamiast robić z tej obcości fetysz, próbuje dowiedzieć się, dlaczego to, co słyszy, zostało zorganizowane właśnie tak.

Metal nie waży tu tyle samo

Najpierw trzeba przestawić ucho. Gamelan nie działa jak orkiestra symfoniczna z pierwszym planem i akompaniamentem ani jak zespół rockowy, w którym łatwo wskazać bas, perkusję, harmonię i melodię. Jego porządek jest bardziej przestrzenny. Im niżej schodzi instrument, tym rzadziej zwykle się odzywa; im wyżej, tym gęściej może oplatać podstawowy przebieg. Wielki gong nie musi robić wiele, żeby mieć ogromne znaczenie. Jego uderzenie nie jest ozdobą, tylko czymś w rodzaju architektonicznego słupa: wyznacza granicę większego cyklu. Pomiędzy takimi punktami drobniejsze gongi, metalofony i instrumenty ornamentalne zagęszczają czas, jakby jeden oddech został rozpisany na kilka równoległych układów nerwowych.

W składzie Caraka Handayapati mamy saron demung, saron barung i saron panerus, slenthem, gender, bonang barung i bonang panerus, kenong, kethuk, kempyang, kempul i gong, kendhang, rebab oraz suling. Już sama ta lista niewiele mówi, jeśli traktować ją jak katalog instrumentów. Ważniejsze jest to, że nie wszystkie głosy grają tę samą muzykę w różnej barwie. Część utrzymuje rdzeń przebiegu, część dzieli czas na coraz drobniejsze odcinki, inne komentują i ornamentują. Linie spotykają się w punktach ciężkości, po czym znów rozchodzą, nie tworząc zachodniej harmonii blokowej. To muzyka, w której jedność nie musi oznaczać unisono.

Efekt jest szczególny: metal brzmi tu równocześnie twardo i płynnie. Każde uderzenie ma wyraźny atak, ale zaraz potem rozlewa się rezonans, który nachodzi na kolejne dźwięki. W bardziej gęstych warstwach nie dostajemy więc serii pojedynczych punktów, lecz migotliwą powierzchnię. Saron potrafi nadać konstrukcji czytelny kontur, podczas gdy bonang i gender tworzą ruch bardziej ruchliwy, czasem niemal koronkowy. Nad tym rebab może prowadzić dłuższą, mniej kanciastą linię, a suling wpuszcza do metalicznej masy oddech. To jedna z rzeczy, które w gamelanie fascynują mnie najbardziej: instrumentarium zdominowane przez metal potrafi brzmieć mniej „twardo” niż niejeden zespół oparty na smyczkach.

Kendhang robi zaś coś, czego nie da się sprowadzić do funkcji perkusisty odmierzającego takt. W klasycznym jawajskim gamelanie to właśnie bęben reguluje ruch, gęstość i przejścia między poziomami aktywności. Jego wpływ może pozostawać dyskretny, ale bez niego wielowarstwowa konstrukcja zaczęłaby przypominać kilka niezależnych zegarów pozostawionych na jednym stole. Gamelan nie tyle maszeruje w rytmie, ile oddycha wspólnie dzięki temu, że ktoś nieustannie reguluje długość tego oddechu.

Głos, który nie stoi przed zespołem

Do tej struktury dochodzi warstwa wokalna i narracyjna. Dwie pesindhen – Nova Christin Tri Mariani i Wahyu Candra Prasanti – nie funkcjonują jak frontmanki. W jawajskim gamelanie ich głosy należą do sieci instrumentalnych relacji: mogą unosić się nad balunganem, przecinać regularność cyklu, wydłużać frazę tam, gdzie metalofony pracują bardziej punktowo. To szczególne napięcie między linią wokalną a uderzanymi instrumentami daje muzyce miękkość bez odbierania jej precyzji.

Jeszcze inną funkcję pełni Ki Bimo Sinung Widagdo jako dhalang. Nie jest „wokalistą”, choć głos jest jego podstawowym narzędziem. Opowiada, różnicuje postacie, prowadzi dramaturgię i jednocześnie komunikuje się z zespołem. W klasycznym wayangu przejścia muzyczne mogą być sygnalizowane przez krótkie formuły wokalne, dźwięki i gesty rytmiczne. Dawid Martin zwracał uwagę, że dla Warsaw Gamelan Group, przyzwyczajonej również do recitalowego wykonywania gamelanu, praca przy wayangu wymagała zupełnie innego rodzaju koncentracji: nie wystarczy „dobrze zagrać utwór”, trzeba płynnie reagować na rozwój przedstawienia i znaki dhalanga.

To słychać już w samej idei tego repertuaru. Muzyka nie istnieje tutaj jako zamknięty ciąg numerów, lecz jako materiał zdolny odpowiedzieć narracji. Nie wszystko musi zostać rozplanowane jak w studyjnej kompozycji, w której za czterdzieści osiem taktów przychodzi refren. Jest raczej repertuar gestów, form i relacji gotowych do reorganizacji w zależności od przebiegu spektaklu.

Nem: muzyka jeszcze nie chce wiedzieć wszystkiego

Pierwsze trzy wielkie części albumu – Pathet Nem, Pathet Sanga i Pathet Manyura – nie są trzema przypadkowo nazwanymi rozdziałami. Pathet jest jednym z najtrudniejszych pojęć jawajskiej teorii muzycznej do przełożenia na zachodni słownik. Tłumaczenie go jako „modus” może służyć za pierwszy drogowskaz, ale nie za cel podróży. Chodzi o wzorce napięcia i rozwiązania w obrębie danego stroju, o hierarchię dźwięków, charakterystyczne formuły frazowe, rejestr i sposób kadencjonowania. Do tego dochodzą skojarzenia z określonym momentem nocy i funkcją dramaturgiczną.

W tradycyjnym przebiegu wayangu pathet nem należy do pierwszej części nocy. Literatura wykonawcza opisuje związane z nim gendingi jako często bardziej spokojne i poważne niż repertuar późniejszych faz. To ważne, bo słuchając Pathet Nem, nie warto oczekiwać „otwarcia albumu” w zachodnim sensie. To nie jest utwór mający złapać słuchacza za kołnierz i błyskawicznie wyjaśnić cały koncept. Jego funkcją jest ustawienie świata.

W tym świecie cięższe uderzenia gongów porządkują większe odcinki czasu, podczas gdy wyższe metalofony rozszczepiają przestrzeń pomiędzy nimi. Zamiast prostej osi do przodu otrzymujemy kilka nakładających się prędkości. Dół może zachowywać niemal ceremonialny spokój, kiedy góra jest znacznie bardziej ruchliwa. Dla ucha wychowanego na równych ósemkach pierwszym odruchem może być próba znalezienia jednego dominującego pulsu. Lepiej jej zaniechać. Muzyka zaczyna wtedy przypominać obserwację rzeki: nurt główny płynie w jednym kierunku, ale powierzchnia co chwilę tworzy lokalne wiry.

To pasuje do dramaturgicznej funkcji pierwszej części. Pathet Nem obejmuje porwanie Shinty, decyzję Ramy o wysłaniu Anomana oraz spór w małpiej armii. Historia dopiero uruchamia mechanizm. Muzyka również nie musi jeszcze domykać swoich znaczeń. Pathet nem bywa zresztą opisywany przez muzyków jako najbardziej niejednoznaczny z trzech sléndro pathet – częściowo dzieli pewne formuły z sanga i manyura. Ładnie współgra to z pozycją początku nocy: jeszcze nie wiadomo, w którą stronę rozwinie się wszystko, co zostało wprawione w ruch.

Sanga: środek nocy zaczyna się poruszać

Pathet Sanga nie jest po prostu „drugą częścią”. W klasycznej dramaturgii wayangu odpowiada środkowi nocy, a w repertuarze gamelanowym związanym z tym pathet często pojawia się większa ruchliwość niż w nem. Nie należy robić z tego matematycznego prawa – również w sanga istnieje repertuar poważny czy smutny – ale zmienia się charakter frazowania i rozkład tonalnych punktów ciężkości.

Tu szczególnie dobrze ujawnia się jedna z najpiękniejszych właściwości gamelanu: wrażenie ruchu może rosnąć bez konieczności podkręcania wszystkiego naraz. Wystarczy gęstsza ornamentacja, szybszy podział podstawowego przebiegu, bardziej aktywna praca wyższych instrumentów. Wielki gong nadal odmierza swoją rozległą przestrzeń, ale pomiędzy jego uderzeniami zdąży wydarzyć się znacznie więcej. To rodzaj dynamiki budowanej nie wyłącznie głośnością, lecz ilością muzycznej materii mieszczącej się w tej samej jednostce czasu.

Fabularnie to właśnie tutaj Anoman wyrusza do Lanki, odnajduje Shintę i przekazuje jej pierścień Ramy. Ruch geograficzny bohatera znajduje ciekawy odpowiednik w muzyce, która w tradycyjnej logice sanga przesuwa się z początkowej stabilizacji ku większej aktywności. Nie potrzebuję twierdzić, że konkretny bonang „ilustruje lot Anomana”, bo byłaby to interpretacyjna tandeta. Znacznie ciekawsze jest to, że system muzyczny i dramaturgiczny wspólnie zmieniają temperaturę tej samej nocy.

Manyura i sztuka rozwiązania bez Hollywood

Pathet Manyura zajmuje najdłuższy odcinek albumu – 23:28 – i odpowiada ostatniej części tradycyjnego przedstawienia, prowadzącej ku świtowi. W literaturze dotyczącej środkowojawajskiego gamelanu manyura wiąże się często z najbardziej żywym repertuarem całej sekwencji. Jego charakterystyczny język frazowy ma też wyraźniejsze własne punkty tonalnego przyciągania niż nem.

Równocześnie jest to najbardziej widowiskowa faza opowieści: Anoman zostaje schwytany przez Indrajita, skazany na spalenie, ucieka, podpala Lankę i wraca do Ramy z wiadomością o Shincie. Wszystko aż prosi się o hollywoodzki finał z perkusją rosnącą co osiem taktów i wielkim akordem nad płonącym miastem. Gamelan nie ma jednak obowiązku spełniać naszych oczekiwań dramaturgicznych. Jego napięcie nadal buduje się cyklicznie. Gong nie przestaje być gongiem tylko dlatego, że w fabule pali się stolica.

I ten rozdźwięk działa znakomicie. Narracja jest linearna: bohater ma misję, napotyka przeszkody, osiąga cel, wraca. Muzyka jest bardziej kolista. Czas wraca do swoich punktów podporządkowanych cyklom gongowym, ale każdy powrót następuje już w innym momencie opowieści. Wayang zestawia więc historię, która zmierza do rozwiązania, z muzyką, która nie przestaje pamiętać o powrocie.

W tym sensie gong ageng staje się czymś więcej niż najniższym dźwiękiem zespołu. Nie opowiada konkretnego zdarzenia, lecz przypomina, że opowieść odbywa się wewnątrz większej struktury czasowej. Pod nim – czy raczej pomiędzy jego pojawieniami – metalofony mogą być niespokojne, głosy mogą prowadzić narrację, kendhang może pobudzać ruch. Gong przywraca perspektywę.

Radio popełniło świętokradztwo wcześniej

Wayang kulit tłumaczymy zwykle jako teatr cieni, po czym Caraka Handayapati odbiera nam… cienie. Nie ma ekranu, lampy ani ruchu lalek. Zostaje warstwa akustyczna. Można by uznać to za brutalne okaleczenie formy, gdyby Jawajczycy nie wykonali tego eksperymentu dużo wcześniej sami. Wraz z rozwojem radiofonii wayang zaczął funkcjonować jako nocne doświadczenie dźwiękowe. Dawid Martin w rozmowie dla radiowej Dwójki przypomina, że tradycyjne przedstawienie może trwać od zmierzchu do świtu i że muzyka staje się częścią całego społecznego wydarzenia.

Ta informacja pomaga również zrozumieć brzmieniową naturę albumu. Muzyka nie musi przez dwie godziny wołać „słuchaj mnie!”. Potrafi być środowiskiem. Resonanse gongów i metalofonów mogą wypełnić przestrzeń bez ciągłego domagania się pierwszego planu, a powtarzające się struktury pozwalają wchodzić w ten świat i wypadać z niego bez całkowitego zgubienia orientacji. Zachodni album rockowy źle znosi moment, gdy przestajemy uważać przez trzy minuty. Wayang historycznie zakłada znacznie bardziej elastyczny model obecności.

To zmienia też stosunek do długości. Ponad dwie godziny mogą wyglądać jak prowokacja w epoce skipowania utworu przed trzydziestą sekundą, ale źródłowe środowisko tej muzyki zna o wiele rozleglejsze odcinki czasu. Nie znaczy to, że każdy musi polubić ten rodzaj trwania. Gęstość podobnych barw, cykliczność i brak popowej ekonomii wydarzeń potrafią męczyć. Tyle że byłoby nieuczciwe przedstawiać je jako błąd aranżacyjny. Nie wszystko, co nie spieszy się do refrenu, zgubiło drogę.

Anoman, mikrofon i urząd celny autentyczności

Najładniejsza ironia projektu kryje się w tytule. Anoman jest posłańcem. Nie transportuje Ramy do Shinty; niesie pierścień potwierdzający, że przybywa w jego imieniu. Podobnie ta płyta nie przewozi do Warszawy „Jawy w stanie oryginalnym”. Taki towar zresztą nie istnieje. Kasatriyan Javanese Art Community tworzą artyści z Jawy Środkowej działający w Dżakarcie, Warsaw Gamelan Group jest polsko-indonezyjskim zespołem praktykującym tę muzykę od lat, a przed sesją muzycy pracowali wspólnie przez tydzień. Martin podkreślał, że dla warszawskiej grupy granie wayangu wymagało porzucenia części recitalowych przyzwyczajeń i nieustannego reagowania na dźwiękowe sygnały dhalanga.

To ostatnie ma znaczenie nie tylko kulturowe, ale muzyczne. W recitalu można myśleć o utworze jako o formie, którą należy odtworzyć. W wayangu forma pozostaje zależna od działania scenicznego. Muzyk nie jest więc wyłącznie wykonawcą zapisanej struktury; musi zachować gotowość na zmianę. Ta muzyka ma dyscyplinę, ale nie sztywność. Jest dokładna, a jednak żyje w czasie rzeczywistym.

Dlatego ostrożnie podchodzę do słowa „autentyczność”. Zachód ma zabawny zwyczaj pozwalania własnym gatunkom mutować bez końca – blues może przeprowadzić się do Londynu, jazz do Oslo, techno do Berlina – a cudzej tradycji chętnie stawia na granicy funkcjonariusza pytającego o świadectwo pochodzenia. Wayang sam zresztą niezbyt chce współpracować z takim skansenowym wyobrażeniem. Żywa tradycja ma tę irytującą właściwość, że nie pyta kustosza, czy wolno jej się zmienić.

Cień czegoś, co już jest cieniem

Po pierwszych trzech częściach album rozpoczyna noc jeszcze raz. Piotr Dang Cichocki przygotował Pathet Nem (Bayangan Mix), Pathet Sanga (Bayangan Mix) i Pathet Manyura (Bayangan Mix). Oficjalny opis wydawnictwa wiąże tę drugą wersję z historią radiowych transmisji wayangu. To istotne, bo nie chodzi o prosty model „tradycja plus elektronika”, w którym producent przychodzi po wszystkim i nakłada współczesność na coś rzekomo archaicznego. Sama technologia transmisji od dawna należy do historii wayangu.

Muzycznie druga połowa zmienia więc przede wszystkim punkt widzenia. Ten sam czas, te same trzy dramaturgiczne fazy, ale już przez świadomość medium. Pierwsza wersja może być odbierana jako zapis wydarzenia; druga przypomina, że zapis nigdy nie jest przezroczysty. Radio ma ograniczone pasmo, mikrofon ma pozycję, miks ma perspektywę. Dźwięk przechodzący przez technologię zawsze traci część świata i jednocześnie otrzymuje nowy.

Sama architektura wydawnictwa jest pod tym względem niemal zbyt piękna. Pierwsze trzy części trwają łącznie 62 minuty i 19 sekund. Ich trzy Bayangan Mixy – 62 minuty i 18 sekund.

Cień jest krótszy od ciała o jedną sekundę.

Prawdopodobnie to najzwyklejszy rezultat montażu. Nie zamierzam budować metafizyki na tabelce Bandcampa. Ale trudno o lepszy przypadek w płycie dotyczącej sztuki, której podstawową figurą pozostaje relacja między obiektem a projekcją. Jeszcze ciekawsze jest jednak pytanie, co właściwie uznajemy tutaj za „ciało”. Pierwsze trzy nagrania także nie są przedstawieniem. Nie zawierają ekranu, ruchu lalek, fizycznej relacji między wykonawcami i publicznością ani przestrzeni muzeum. Są już fonograficznym cieniem.

Bayangan staje się zatem cieniem czegoś, co samo jest cieniem. I tu wraca Anoman. Posłaniec nie niesie Ramy, tylko pierścień. Nagranie nie niesie wayangu, tylko jego ślad. Miks nie niesie nagrania, tylko kolejną jego reprezentację. A słuchacz i tak na końcu musi zbudować własną wersję całości w głowie.

Eling-Eling, czyli po co zostawić drzwi otwarte

Po dwóch ogromnych, niemal równoległych blokach pojawia się Eling-Eling Banyumasan – 4:38, jakby ktoś po całonocnej ceremonii nagle otworzył okno. W kontekście poprzedzających go dwudziestominutowych struktur sama skala tej miniatury jest znacząca. Nie potrzebujemy kolejnego rozdziału Ramajany ani trzeciego poziomu odbicia. Potrzebny jest gest wyjścia.

Muzyka tradycji Banyumas ma własny charakter i repertuarowe idiomy, więc nie traktowałbym Eling-Eling jako zwykłego dodatku. Po ponad dwóch godzinach cyklicznego czasu działa raczej jak przypomnienie, że słuchany przez nas system jest znacznie większy niż konkretna historia Anomana. Album się kończy, tradycja oczywiście nie.

I być może właśnie dlatego Caraka Handayapati podoba mi się najbardziej tam, gdzie odbiera mi wygodne słowa. „Egzotyczne” okazuje się leniwe. „Rytualne” – zbyt szerokie. „Tradycyjne” sugeruje bezruch, którego tutaj nie ma. Nawet „teatr cieni” wymaga przypisu, skoro część widzów ogląda wykonawców i lalki od strony gamelanu, a radio potrafi usunąć zarówno lalkę, jak i cień, pozostawiając dźwięk.

Wróćmy więc do muzeum. Instytucji stworzonej między innymi po to, żeby rzeczy zachowywać. W jego wnętrzu nagrano album przypominający, że czasem najlepszą metodą zachowania czegoś jest pozwolić temu wyjść na zewnątrz, zmienić miasto, medium, kontekst i odbiorcę. Muzyka pozostaje rozpoznawalna nie dlatego, że została zamrożona, lecz dlatego, że nadal działa według własnej logiki: gong odmierzający wielkie cykle, metalofony dzielące je na coraz drobniejsze warstwy, kendhang regulujący ruch, głos wychodzący poza zachodni podział na narrację i śpiew, pathet zmieniający nie tylko materiał dźwiękowy, ale samą porę muzycznego świata.

Caraka nie ma obowiązku przywieźć nam Jawy. Ma przynieść wiadomość, że ona nie stoi w miejscu. Gablotka zostaje pusta. Posłaniec rusza dalej.

Caraka Handayapati Wayang From Central Java
Kasatriyan Javanese Art Community & Warsaw Gamelan Group – Caraka Handayapati. Wayang from Central Java
1. Pathet Nem – 17:44 • 2. Pathet Sanga – 21:07 • 3. Pathet Manyura – 23:28 • 4. Pathet Nem (Bayangan Mix) – 17:42 • 5. Pathet Sanga (Bayangan Mix) – 21:07 • 6. Pathet Manyura (Bayangan Mix) – 23:29 • 7. Eling-Eling Banyumasan – 4:38 • Wykonawcy: Ki Bimo Sinung Widagdo / dhalang • K.R.T. Dunung Basuki Kurniawan / gender • Ganang Windu Tri Nugroho / kendhang, rebab • Nova Christin Tri Mariani / pesindhen • Wahyu Candra Prasanti / pesindhen • Hendro Sutarto / saron demung • Malwina Prystawko / slenthem • Witold Maciak / saron barung, suling • Dennissee Peralta / saron panerus • Dawid Martin / bonang barung • Tomasz Matlingiewicz / bonang panerus • Neves Sulumuna / kenong • Fitri Rachmayanti / kethuk, kempyang • Diah Anggraini-Martin / kempul, gong • Nagranie i miks: Witold Maciak • Bayangan Mix: Piotr Dang Cichocki • Artwork: Dang Thuy Duong • Liner notes: Marianna Lis, Dawid Martin • Wytwórnia: Sacral Grooves 1000HZ • Premiera: 22 września 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album • Liczba utworów: 7 • Formaty: digital, limitowany CD • Nagranie: 26 września 2025 • Miejsce nagrania: Muzeum Azji i Pacyfiku im. Andrzeja Wawrzyniaka w Warszawie
KONCEPT
7.8
SPÓJNOŚĆ
6.4
BRZMIENIE / PRODUKCJA
8.5
WYKONANIE
8.1
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
7.7
MELODIE / MOTYWY
4.5
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
1.7
EMOCJONALNOŚĆ
8.5
SIŁA PRZEKAZU
7.2
INNOWACYJNOŚĆ
2.8
EFEKT POWROTU
4.7
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
6.2
OCENA