Nothing But Thieves – Stray Dogs
Nothing But Thieves – Stray Dogs

Nothing But Thieves – Stray Dogs

Nothing But Thieves – Stray Dogs
Nothing But Thieves – Stray Dogs

Kompozycje, którym zabrakło tarcia

W utworze tytułowym gitara Nothing But Thieves ociera się o elektronikę tak, że przez chwilę można pomyśleć o Nine Inch Nails. Skojarzenie z Trentem Reznorem rodzi się z industrialnej temperatury: pod dobrze znaną konstrukcją rockowej piosenki zaczynają pracować metalowe zęby. Pięć minut Stray Dogs daje mi więcej powodów, żeby wierzyć w piąty album Brytyjczyków, niż wszystkie deklaracje o odzyskiwaniu instynktu. Gitary mają ciężar, elektronika podrażnia ich kontur, a piosenka nie traci przez to melodii. Zaproszenie jest znakomite. Potem okazuje się, że gospodarz przygotował kilka różnych przyjęć i część z nich nie ma już z tym otwarciem wiele wspólnego.

Po koncepcyjnym Dead Club City zespół nagrywał w Angelic Studios, miejscu związanym z jego debiutem. W informacji wydawcy czytam o wspólnocie, powrocie do pięciu muzyków w jednym pomieszczeniu i albumie pomyślanym jak koncertowy set. Samo miejsce nagrania nie może zagwarantować spontaniczności, tak jak kupno młotka nie czyni nikogo cieślą. Słyszę jednak, skąd bierze się ten pomysł: najmocniejsze fragmenty płyty wydobywają napięcie z tarcia między gitarowym impetem, głosem Conora Masona i aranżacją, która jeszcze umie go zaskoczyć.

Po Testosterone przychodzi Evolution

Testosterone przedłuża obietnicę otwarcia, choć wybiera inny rodzaj ruchu. Jest rockowe, a melodia i aranżacja mają w sobie zacięcie, którego później zaczyna mi brakować. Dominic Craik w rozmowie z muzykami dla Apple Music opisuje riff jako chwiejny, niemal pijany, i mówi o szukaniu dla głosu Masona nowej postaci. To ważny trop: utwór nie musi bez przerwy dokładać ciężaru, skoro sam sposób prowadzenia frazy może wprowadzić niepokój do rockowego szkieletu. Stray Dogs miało industrialną krawędź, Testosterone dostaje charakter dzięki temu, że melodia nie zachowuje się jak grzeczny dodatek do riffu. Na tym etapie zwrot ku gitarom wydaje się żywą decyzją, a nie gatunkowym mundurem wyciągniętym z szafy.

Po takim początku przejście do Evolution jest dla mnie dotkliwe. Trzeci utwór kojarzy mi się z postpunkiem, lecz jego rockowe ramy zamykają pomysł, zanim ten zdąży nabrać własnego charakteru. Death in the Backseat również nie wychodzi w moim odczuciu poza dość płaską konstrukcję. Muzycy opisują ten drugi numer przez skojarzenia z doo-wopem lat pięćdziesiątych i swobodą kalifornijskiego surf rocka; wyjaśniają też, że świadomie powstrzymali go przed typową eskalacją. Rozumiem tę decyzję, ale sam osobliwy rodowód nie czyni jeszcze piosenki osobliwą. Po dwóch otwierających utworach oczekuję, że nowe barwy zaczną ze sobą reagować. Tutaj zostają raczej ustawione obok siebie. To różnica między utworem, który nie chce narastać, a takim, który ma niewiele do odkrycia, kiedy już rozpozna się jego metodę.

W podsumowaniu LMF sprzed lat Dawid Zielonka chwalił wcześniejszy materiał Nothing But Thieves zarówno za energię, jak i za emocjonalne ballady. Ta para nadal opisuje repertuar zespołu, lecz na Stray Dogs nie działa dla mnie z równą siłą. #5 ma według muzyków opowiadać o spóźnionym odkrywaniu czegoś oczywistego o sobie. If You Don’t Have Someone to Love odchodzi od standardowej budowy zwrotka–refren i wprowadza smyczki. To konkretne, sensowne wybory. Mimo nich spokojniejsza część albumu częściej obniża napięcie, niż przenosi je w inne miejsce. Kiedy rockowa szorstkość ustępuje łagodniejszym melodiom, zbyt łatwo zostaję z uczuciem, że pomysł na piosenkę zrobił się mniej ambitny. Nie żądam przecież od ballady gitary trzymanej pod prądem; chcę, by jej oszczędność również coś ryzykowała.

Baby Kool (Evelyn) odzyskuje proporcje

Półminutowe (Archive 76) powstało z pociętych nagrań publiczności i odzywek ze sceny, przetworzonych przez sprzęt modularny Craika. To dosłowne wprowadzenie fanów do albumu o szukaniu własnej grupy. Mogłoby pozostać zręcznym konceptualnym podpisem; bezpośrednio po nim pojawia się jednak Baby Kool (Evelyn), jeden z tych utworów, które uzasadniają całe przedsięwzięcie. Zespół mówi o czterech akordach, hałasie i gitarowym garażu, ale Joe Langridge-Brown wskazuje także soulową melodię i zainteresowanie Cocteau Twins. Ta mieszanina ma sens: w moim odbiorze bronią się zwłaszcza harmonie, dzięki którym piosenka nie redukuje się ani do gitarowej brutalności, ani do popowego połysku.

Craik opisuje zmianę od rozmarzonej części do bardziej skupionego, ostrego fragmentu instrumentalnego po refrenie. W tym miejscu ujawnia się coś, czego brakuje mi w Evolution: elementy nie tylko reprezentują różne estetyki, lecz zmieniają wzajemne znaczenie. Melodia pozwala gitarowemu brudowi być czymś więcej niż deklaracją „grania na żywo”; ten brud z kolei nie pozwala melodii całkiem osiąść w wygodzie. Refren może się podobać natychmiast, a aranżacja nadal ma czym odpowiedzieć. Nawet jeśli zespół żartuje ze swojego gatunkowego miszmaszu, Baby Kool (Evelyn) pokazuje, że jego najlepsze pomysły rodzą się wtedy, gdy żaden składnik nie dostaje wyłącznego prawa do prowadzenia piosenki.

AI.Jesus i American Confidence nie proszą o wygładzenie

AI.Jesus to kolejny moment, w którym rozpoznaję Nothing But Thieves, jakich chcę słuchać: rockowych, lecz nieposłusznych własnej formule. Obok niego stawiam American Confidence, bo obie piosenki utrzymują energię i nie sprowadzają aranżacji do najprostszej drogi między zwrotką a refrenem. Langridge-Brown opowiada, że AI.Jesus przechodziło przez liczne wersje demo i kilka całkiem różnych refrenów, zaś Mason mówi o cięciu materiału tak, aby utwór pozostał dziwny, ale rockowy. Ta opowieść nie jest automatycznym dowodem jakości — można miesiącami szlifować także kiepski pomysł. Tutaj służy jednak wyjaśnieniu, dlaczego piosenka nie sprawia wrażenia banalnego odruchu zespołu, który na komendę ma zabrzmieć „bardziej gitarowo”. Jej ambicja nie polega na mnożeniu dźwięków, lecz na utrzymaniu kilku możliwych kierunków naraz.

W American Confidence szczególnie interesuje mnie relacja między rockową przesadą a tekstem. Langridge-Brown mówi, że otwarcie ociera się celowo o krzykliwy amerykański idiom, podczas gdy wokal zachowuje delikatność; w kolejnych zwrotkach pojawiają się postaci człowieka z branży muzycznej i teleewangelisty. Gdyby przyjąć tę hałaśliwą powierzchnię bez zastrzeżeń, łatwo byłoby pomylić karykaturę z uwielbieniem dla siły. Piosenka próbuje wykorzystać tę dwuznaczność przeciw samym bohaterom. Tu rockowa demonstracja ma przeciwnika we własnym wnętrzu, a Mason nie musi podnosić głosu do wysokości każdej gitary, żeby spór był wyraźny. Trudno mi znaleźć podobną pracę między pomysłem, sposobem śpiewania i aranżacją w bardziej stonowanych fragmentach płyty.

To zarazem granica hasła „powrót do korzeni”. W najlepszych utworach zespół nie odzyskuje jakiejś czystej, dawnej postaci. Wykorzystuje doświadczenie Dead Club City — świadomość produkcji i zdolność do przyjmowania odmiennych języków — po czym sprawdza je na gitarach, basie i perkusji. Bas Phila Blake’a i bębny Jamesa Price’a są częścią tego pięcioosobowego układu, choć moje najmocniejsze uwagi z tej płyty dotyczą miejsc, gdzie gitara i głos przestają mówić jednym głosem. I Needed You Then, I Need You Now idzie w przeciwną stronę: Mason sam wskazuje na celową manipulację wokalem, który dopiero w trakcie utworu odzyskuje rozpoznawalność. Rozumiem zamysł, lecz w grupie spokojniejszych piosenek taki zabieg nie wystarcza mi do odbudowania utraconego napięcia.

Koncertowy set z nierówną dramaturgią

Finałowe A Different Kind of Happiness trafiło na koniec, bo muzycy wyobrazili je sobie jako zamknięcie koncertu. Ta decyzja mówi wiele o sposobie układania płyty: ma być doświadczeniem całego zespołu i jego publiczności, a nie tylko zbiorem singli. Cenię ten zamiar, lecz koncertowa logika nie kasuje słabszych piosenek w środku. Stray Dogs ma dwanaście utworów, łącznie niespełna czterdzieści cztery minuty, a i tak zdarza mu się rozciągać dystans między chwilami, w których naprawdę coś iskrzy. Nie przeszkadza mi różnorodność. Przeszkadza moment, gdy zmianie nastroju nie towarzyszy równie odważna praca nad formą.

Wracam myślą do tytułowego nagrania, Testosterone, Baby Kool (Evelyn), AI.Jesus i American Confidence. Każde inaczej dowodzi, że Nothing But Thieves potrafią połączyć ciężar z melodią i nie zrobić z tego towaru konfekcyjnego. Reszta częściej prosi o kredyt zaufania, którego nie udzielę wyłącznie dlatego, że zespół nagrał materiał w znajomym studiu i nazwał go instynktownym. Jeśli bezpański pies z tytułu ma biec za własnym węchem, warto mu czasem pozwolić ominąć bezpieczną ścieżkę do refrenu.

Nothing But Thieves – Stray Dogs
Nothing But Thieves – Stray Dogs
1. Stray Dogs – 5:23 • 2. Testosterone – 2:50 • 3. Evolution – 3:47 • 4. Death in The Backseat – 3:14 • 5. #5 – 4:06 • 6. If You Don't Have Someone to Love – 4:06 • 7. (Archive 76) – 0:30 • 8. Baby Kool (Evelyn) – 3:44 • 9. AI.Jesus – 3:15 • 10. I Needed You Then, I Need You Now – 5:02 • 11. American Confidence – 3:47 • 12. A Different Kind of Happiness – 4:06 • Skład: Conor Mason / wokal, gitara • Joe Langridge-Brown / gitara • Dominic Craik / gitara, klawisze • Phil Blake / bas • James Price / perkusja • Wytwórnia: RCA / Sony Music • Premiera: 25 września 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Miejsce w dyskografii: piąty album studyjny • Czas: 43:50 • Liczba utworów: 12 • Produkcja: Dominic Craik • Nagrania: Angelic Studios • Inżynieria: Mark Rankin • ℗: 2026 Sony Music Entertainment UK Limited.
KONCEPT
7.1
SPÓJNOŚĆ
4.4
BRZMIENIE / PRODUKCJA
6.2
WYKONANIE
7.2
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
7.5
MELODIE / MOTYWY
9
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
8.2
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
6.2
EMOCJONALNOŚĆ
5
SIŁA PRZEKAZU
6.6
INNOWACYJNOŚĆ
5.4
EFEKT POWROTU
8.2
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
6.8
OCENA