COFNIJ PŁYTĘ
Pierwsza piosenka na nowym albumie Phoebe Bridgers zaczyna się… przed pierwszą piosenką. Żadna pomyłka. Żeby usłyszeć ukryte Best Dressed, trzeba cofnąć odtwarzacz CD poza początek pierwszej ścieżki. Na winylu utwór schowano na końcu czwartej strony. W streamingu go nie znajdziemy. W epoce, kiedy muzyka sama podsuwa nam kolejne nagrania, Bridgers wymaga małego aktu archeologicznego. Poszukaj. Cofnij. Sprawdź, co było wcześniej. Trudno o lepszy prolog do płyty, której bohaterka nieustannie ustala, ile przeszłości rzeczywiście zostawiła za sobą.
Od Punisher minęło sześć lat. W międzyczasie sukces boygenius, Grammy i zainteresowanie życiem prywatnym zmieniły Bridgers z ulubienicy niezależnej publiczności w postać popkulturową. Nawet jej milczenie zaczęło generować nagłówki. Odpowiedziała przewrotnie: zakazała telefonów na koncertach, zorganizowała odsłuchy w planetariach i nagrała szesnaście utworów, w których własny głos bywa niemal nierozpoznawalny. Marketingowa machina pracowała pełną parą, reklamując potrzebę odłączenia się od świata. Piękny absurd. Na szczęście muzyka okazuje się znacznie bardziej interesująca niż towarzysząca jej kampania.
Wokoder na pogrzebie
Otwierające The Outside zabiera nas na pogrzeb ojca. Bridgers miesza bolesne wspomnienia z czarnym humorem, który w innych okolicznościach zakończyłby rodzinną uroczystość poważnym konfliktem. Tym razem zaskakuje również muzycznie. Ethan Gruska przepuszcza jej wokal przez wokoder, odbierając mu charakterystyczną delikatność. Akustyczna gitara i fortepian zachowują jeszcze kontakt z wcześniejszym repertuarem, lecz elektroniczne zakłócenia i nagłe przerwania akompaniamentu skutecznie rozbijają znajomą konwencję. W tekście artystka obserwuje samą siebie z zewnątrz. Jej odkształcony głos zachowuje się podobnie: brzmi jak wypowiedź osoby, która nie potrafi już rozpoznać własnego miejsca w opisywanej historii.
To znacznie więcej niż modny producencki efekt. Bridgers odbiera sobie najbardziej charakterystyczny element muzycznej tożsamości dokładnie wtedy, kiedy opowiada o utracie kontroli nad własnym życiem. Późniejsze Kill Me rozwija podobną strategię innymi środkami. Organy, smyczki, gitara barytonowa, sarangi i elektronika tworzą rozbudowaną fakturę, którą przecinają gwałtowne wyciszenia. Napięcie rodzi się z odmowy oczekiwanej kulminacji. Tymczasem Lost Boys, z przebojowym refrenem oraz udziałem Lucy Dacus i Julien Baker, pokazuje, że Bridgers nadal potrafi pisać przystępne indie rockowe piosenki. Tyle że właśnie ich przewidywalność wypada tutaj odrobinę blado.
Mandolina spotyka komputerowego awangardzistę
Najbardziej fascynujący eksperyment czeka w kompozycji tytułowej. Lost Weekend wykorzystuje materiał melodyczny wywodzący się z The Last Great Washington State Damiena Jurado, a jego elektroniczne zakończenie zawiera sampl z Notjustmoreidlechatter Paula Lansky’ego. Folkowy songwriting spotyka tu pioniera muzyki komputerowej. Brzmi jak pomysł człowieka, który pomylił playlisty, lecz rezultat ma znakomite uzasadnienie. Spokojna piosenka zostaje stopniowo przejęta przez programowaną rytmikę, syntezatory i mandolinę Chrisa Thile’a. Rozpad związku opisany w tekście znajduje odpowiednik w rozpadzie tradycyjnej konstrukcji utworu.
Współczesny pop uwielbia wystawiać eksperymenty na pokaz. Wystarczy sprowadzić egzotyczny instrument albo zatrudnić producenta z odpowiednio imponującym życiorysem. Bridgers wykorzystuje te środki z większą wyobraźnią. Mandolina nie jest folkową dekoracją, elektronika nie stanowi futurystycznej tapety. Obie ingerują w przebieg kompozycji. Podobną świadomość aranżacyjną odnajdziemy w I Can’t Wait, gdzie intensywniejsze partie gitarowe i syntetyczne ustępują bardziej akustycznemu fragmentowi. Produkcja osiąga tu najlepsze rezultaty, kiedy zaczyna opowiadać równolegle z tekstem, zamiast demonstrować własną kosztowność.
Justin Broadrick zakochany po uszy
Jeszcze osobliwszy mariaż przynosi Bobby. Wśród współtwórców znajdziemy Justina Broadricka z Godflesh i Jesu oraz Mike’a Kinsellę z American Football. Broadrick wyjaśnił w rozmowie z „Guitar World”, że Bridgers zainteresowała się właśnie melancholijną estetyką Jesu. W utworze gitarowy ciężar spotyka shoegaze’ową fakturę i pogodniejszą melodykę. Tekst opisuje miłość tak intensywną, że momentami zahacza o groteskę. Zamiast romantycznej ballady otrzymujemy uczucie o ciężarze gitarowego wzmacniacza. Ten kontrast ma sens: szczęście wcale nie musi brzmieć lekko.
Przeciwległy biegun wyznacza Haunted, z mandoliną, skrzypcami i pedal steel, mocniej zakorzenione w tradycji Americana. Jeszcze dalej Bridgers posuwa się w króciutkim Other Plans, gdzie głos i fortepian wystarczają do stworzenia przejmującej miniatury. Właśnie takie fragmenty przypominają, że pod rozbudowaną produkcją nadal pracuje autorka świetnych melodii. Żaden syntezator nie zastąpi umiejętności napisania frazy, której wystarczy właściwe miejsce i odrobina ciszy.
Żałoba bez obowiązkowego pojednania
Największa siła tekstów Bridgers tkwi w odmowie porządkowania niewygodnych uczuć. Still Standing wraca do rodzinnych wspomnień, przemocy i skomplikowanej relacji z ojcem, nie proponując łatwego przebaczenia. Łagodne instrumentarium akustyczne kontrastuje z brutalnością konkretnych obrazów. Z kolei Never Going Back! wykorzystuje archiwalną wiadomość głosową ojca. Prawdziwy głos z przeszłości przedostaje się do starannie zaaranżowanej kompozycji. Podobną rolę pełnią odgłosy sylwestrowej zabawy w The Governor’s Waltz: cudza radość staje się tłem dla rozpadu osobistej relacji. To drobiazgi, w których muzyczna wyobraźnia spotyka reporterską uważność na szczegół.
Album nie zawsze zachowuje jednak właściwe proporcje. Szesnaście utworów oznacza także kilka fragmentów bardziej interesujących jako elementy atmosfery niż samodzielne kompozycje. Panorama i niespełna minutowe Lost Parade spowalniają dramaturgię, a kolejne elektroniczne zakończenia stopniowo tracą walor zaskoczenia. Bridgers dysponuje imponującą liczbą pomysłów, ale najwyraźniej trudno jej się z którymkolwiek rozstać. Przydałaby się surowsza selekcja. Problemem nie jest eksperymentowanie, tylko moment, w którym eksperyment zaczyna funkcjonować bez wystarczająco silnego kompozycyjnego uzasadnienia.
Przewiń do początku
Końcowe As Above oraz Lost Weekend (Reprise) przywracają albumowi kierunek. Powracający motyw tytułowy nabiera odmiennego znaczenia po wszystkich opowieściach o utracie, miłości i trudnej rodzinnej pamięci. Finał niczego cudownie nie naprawia. Zmienia perspektywę.
„Lost Weekend” pozostaje bardzo dobrą, chwilami znakomitą płytą, choć nie wszystkie jej ambicje zostały równie przekonująco zrealizowane. Bridgers poszerzyła język swojej muzyki, zachowując wyczucie melodii, przewrotny humor i zdolność opisywania uczuć, o których większość autorów wolałaby mówić znacznie mniej precyzyjnie. Elektronika, shoegaze i instrumentarium folkowe tworzą tutaj fascynujące sąsiedztwo, nawet jeśli jego mieszkańcy czasami sobie przeszkadzają. A ukryte Best Dressed? Po poznaniu tej płyty zabawa w przewijanie przestaje wydawać się wyłącznie kolekcjonerskim dowcipem. Bridgers przypomina, że przeszłość można schować, ale usunięcie jej z własnej historii wymagałoby znacznie więcej niż naciśnięcia przycisku STOP.





Dotarłeś aż tutaj. A podobno nikt już nie czyta dłuższych tekstów.
Skoro już udowodniłeś, że internet nie kończy się na trzydziestosekundowych filmikach, mamy małą propozycję. Jeśli cenisz nasze recenzje, muzyczne odkrycia i niezależne opinie, pomóż nam pisać kolejne. Bez taryfy ulgowej. Również dla naszych ulubionych artystów.