
W Bleed pogłos nie zachowuje się jak efekt. Bardziej jak wilgoć w starym mieszkaniu: wchodzi w ściany, zostaje po wszystkim, czasem pojawia się w miejscu, którego przed chwilą w ogóle nie było. Beck kończy frazę, a jego głos jeszcze przez moment funkcjonuje samodzielnie, już trochę bez właściciela. Akustyczna gitara trzyma się blisko mikrofonu, smyczki pracują kilka metrów dalej, wielokrotnie nagrany wokal robi z jednego Becka mały, mocno podłamany komitet powitalny. A przecież sama piosenka jest krótka, skromna i w gruncie rzeczy bardzo prosta. Bleed jest dla mnie jednym z najpiękniejszych momentów Ride Lonesome. Smyczki nie wchodzą z tabliczką „teraz wzruszenie”, gitara nie produkuje ceremonialnej melancholii na kilogramy. Wszystko rozgrywa się przez odległość: coś jest blisko, coś odpływa, coś powraca w odbiciu. Tyle wystarczy.
Run Away: wreszcie komuś chce się ruszyć
A potem włącza się Run Away i okazuje się, że ten sam człowiek potrafi zrobić ze smutkiem zupełnie inną rzecz: wsadzić go do samochodu i kazać mu jechać. Fortepian i gitara mają tutaj jaśniejsze kontury, melodia lekko wspina się do góry, Joey Waronker pilnuje pulsu bez żadnego perkusyjnego striptizu. Kilka uderzeń, krótki pogłos, żadnego tarzania się po tomach. Bas również zna swoje miejsce. Cała piosenka porusza się do przodu trochę bokiem, trochę bez przekonania, ale jednak się porusza. Ma to spore znaczenie, bo Ride Lonesome często lubi siedzieć. Siedzieć długo. Czasem pięknie, czasem tak długo, że zaczynam zerkać, czy ktoś nie przykleił albumu do krzesła.
W Run Away smutek dostaje nogi. Tekst prowadzi przez nocne miasto, więc również aranżacja przestaje wisieć w miejscu. Rytm niczego nie przyspiesza na siłę, ale pod melodyjnymi liniami pojawia się niewielki prąd, wystarczający, żeby cały ten miękki materiał nie zamienił się w koc narzucony na głośniki. To jest chyba największy luksus tej piosenki: Beck nie zmienia języka albumu, a jednak zmienia jego metabolizm. Może dlatego Run Away zostaje ze mną mocniej niż kilka bardziej wystawnych kompozycji. Nie musi odwracać stolika. Wystarczy, że przesuwa go dwadzieścia centymetrów.
Smyczki nad głową, suche bębny pod stopami
Skład tej płyty aż prosi o grzebanie w rodzinnych fotografiach. Smokey Hormel, Joey Waronker, Justin Meldal-Johnsen, Roger Joseph Manning Jr., Jason Falkner, orkiestracje Davida Campbella, Nigel Godrich przy miksie. Nietrudno stąd wyprowadzić prostą linię do Sea Change i Morning Phase. Zresztą Beck raczej nie próbuje zatrzeć odcisków palców. Ciekawsze od nazwisk jest jednak to, co ci ludzie robią ze wspólną przestrzenią. Waronker bardzo często trzyma perkusję krótko. Bębny nie rozpływają się razem z resztą nagrania. Są jak kołki rozporowe włożone w miękką ścianę: może nie brzmi to szczególnie romantycznie, ale bez nich cała konstrukcja zjechałaby w dół razem z tapetą. Nad tym mogą już wisieć długie wybrzmienia gitar, smyczki, harmonie głosów, resztki fortepianowych akordów. Sekcja nie musi konkurować z mgłą. Ma sprawić, żeby mgła miała podłogę.
Godrich bawi się z kolei samą obecnością dźwięku. W wielu miejscach ważne jest nie tylko to, że instrument zabrzmiał, ale jak długo pozostaje po nim brudna szyba. Failed Words jest pod tym względem niemal przesadne: fortepian robi się miękki na krawędziach, smyczki częściowo tracą indywidualny kontur, głos nie stoi na środku miksu jak prezenter wiadomości. Wszystko po trochu nasiąka wszystkim. W In the Night sytuacja jest bardziej przejrzysta. Gitara zachowuje drewno i strunę, smyczki wchodzą ponad nią szerokim łukiem, a Beck śpiewa tak, jakby zwyczajnie odmówił dostosowania rozmiaru głosu do rozmiaru aranżacji. Orkiestra może urosnąć. On zostaje człowiekiem. Można tu oczywiście wyciągnąć Nicka Drake’a z recenzenckiej szafy. Pasuje, zwłaszcza tam, gdzie partie smyczkowe Campbella przestają pełnić rolę tła i zaczynają wyznaczać kierunek utworu. Tyle że kolejne nazwisko niewiele już tłumaczy. Ważniejsze jest, że Campbell potrafi prowadzić smyczki jak warstwę powietrza, która nagle robi się cięższa, choć nikt nie zwiększył głośności.
Ride Lonesome i melancholia urządzona po Beckowemu
Sam tytułowy track od razu urządza nam mieszkanie. Akustyczna gitara na dole, pedal steel przeciągnięta przez dalszy plan, głos pośrodku, sporo pustego miejsca między meblami. Beck nie potrzebuje żadnej zasłony dymnej. Piosenka jest niemal demonstracyjnie czytelna, a mimo to produkcja nadaje jej lekko nierzeczywisty obrys. Najbardziej podoba mi się to, że płyta nie stara się wracać do Sea Change metodą muzealną. Nie mamy rekonstrukcji stanowiska pracy Becka z 2002 roku, biletu ulgowego i pana pilnującego eksponatów. Wspólny jest sposób myślenia o wolnym tempie, przestrzeni oraz głosie pozostawionym z własnym ciężarem. Reszta trochę się przesunęła.
Ride Lonesome jest bardziej rozmyte niż tamte płyty, chwilami wręcz półambientowe w sposobie traktowania resztek dźwięków. Sea Change potrafiło być suche i boleśnie namacalne; tutaj smutek częściej przychodzi z odległości kilku metrów, owinięty w pogłos i orkiestrację. Mniej rany pod światłem jarzeniówki, więcej siniaka oglądanego następnego dnia. Disappearing Act trochę tę miękkość drapie. Gitary dostają więcej twangu, głosy zaczynają układać się w warstwy, rytm ma odrobinę mocniejszy kręgosłup. For Your Love wpuszcza smyczki w bardziej aktywny ruch, a Slow Canyon zdejmuje kilka warstw tapety i zostawia więcej miejsca dla gitary oraz subtelnych dętych. Pierwsze dwie trzecie płyty potrafi więc zmieniać układ wnętrza bez przeprowadzki: raz robi się szerzej, raz ciaśniej, raz wokal stoi bliżej, raz instrumenty odsuwają go w głąb. Później coś się jednak przycina.
47 minut. Na zegarku niewiele, w uszach pod koniec więcej
47 minut i 25 sekund. Żaden maraton. Można tyle spędzić w markecie, próbując znaleźć tę jedną konkretną musztardę, którą ktoś w domu opisał jako „no tę normalną”. A jednak Ride Lonesome pod koniec wydaje mi się za długie i nie ma to wiele wspólnego z samym zegarkiem. LMF ma osobny tekst o tym, dlaczego długość albumu jest relacją między czasem a liczbą nowych pomysłów. Tutaj problem słychać bardzo wyraźnie. Około trzydziestej piątej minuty znam już geometrię Ride Lonesome na pamięć. Wiem, jak daleko zwykle stoi wokal, jak smyczki lubią wpłynąć za jego plecy, znam miękkość gitar i mniej więcej wiem, ile powietrza Godrich zostawi między kolejnymi elementami.
Falling Through My Hands na szczęście trochę rozwala ten regulamin. Ma bardziej widoczną melodię, partie wokalne układają się niemal po beachboysowemu, pojawiają się dęte i harmonijka. Nagle pod palcami jest inna powierzchnia. Jakby po godzinie chodzenia w skarpetkach ktoś rozsypał na podłodze garść żwiru — drobiazg, ale stopy od razu wiedzą. Potem przychodzą If You Don’t Know What Love Is i Beyond the Light, razem ponad jedenaście minut. Obie dobre, obie bardzo ładne, obie pojawiają się jednak w momencie, kiedy album zdążył już kilka razy pokazać podobny stopień rozmycia, zbliżone tempo oddychania i znajomy sposób ustawiania smyczków za wokalem. W If You Don’t Know What Love Is pianino i pedal steel znów zostawiają dużo otwartego pola, Beck śpiewa szerokimi, nieśpiesznymi frazami, harmonie mają czas niemal osiąść na meblach. Przy osobnym odsłuchu: piękne. Po czterdziestu minutach tak prowadzonej płyty czuję już lekki nadmiar aksamitu.
Nie chciałabym wycinać tych piosenek. Chciałabym wybić pomiędzy nimi jedno okno. Naprawdę niewiele trzeba. Jeden utwór niemal bez pogłosu. Głos wsadzony prosto do twarzy. Smyczki wysłane na papierosa. Sekcja rytmiczna przesunięta o dwa kroki do przodu. Cokolwiek, co na trzy minuty zepsułoby elegancję tego wnętrza. Problem nie polega na tym, że Ride Lonesome przestaje mieć dobre melodie. Nadal je ma. Tyle że kolejne melodie zaczynają nosić podobne ubrania, pachnieć podobnymi perfumami i siadać na tym samym końcu kanapy. Przy Beyond the Light jestem już odrobinę przekarmiona pięknem. Straszny problem, wiem.
Bleed nie potrzebuje całej historii rozwodu
Wokół albumu bardzo łatwo zbudować biograficzną windę: rozwód Becka z Marissą Ribisi, Sea Change napisane po wcześniejszym rozstaniu, powrót dawnego zespołu, kolejny rozdział „smutnego Becka”. Wszystko się zgadza i trochę mnie to nudzi, bo kiedy włączam Bleed, nie potrzebuję aktu małżeństwa. Emocja siedzi w nagraniu: w głosie, który nie chce wejść całkiem na pierwszy plan, w falsetowych załamaniach, w smyczkach zbierających się nad nim jak cięższe powietrze przed burzą, ale bez samej burzy, w gitarze, która nie próbuje przytulać słuchacza sześcioma warstwami ornamentów. Takie rozwiązania są o wiele ciekawsze niż informacja, że autorowi było smutno podczas pisania. Ludziom bywa smutno codziennie i jakoś nie produkują od tego Bleed.
Zresztą Beck na całym Ride Lonesome bardzo rzadko sprzedaje cierpienie bezpośrednio z ladą chłodniczą i paragonem. Jego głos pozostaje kontrolowany, czasem wręcz matowy. Nie pęka w miejscach przewidzianych przez instrukcję obsługi wzruszenia. Dużą część roboty wykonują za niego odległości między instrumentami. Właśnie dlatego Bleed tak trafia. Nie potrzebuje pięciu i pół minuty ani monumentalnego zakończenia. Pojawia się, przesuwa trochę powietrza w pokoju i znika.
Niech już ten Beck będzie smutny
Pewnie znajdzie się ktoś, kto po raz kolejny będzie marudził, że Beck powinien wrócić do cudacznych kolaży, hip-hopu, funkowych wygłupów, automatów perkusyjnych wyciągniętych ze śmietnika i wszystkiego, co pachnie Odelay albo Midnite Vultures. Rozumiem. Sama lubię Becka, który wygląda, jakby przypadkiem znalazł cztery gatunki muzyczne na przystanku i wrzucił je wszystkie do bagażnika. Nie muszę jednak wymagać od niego tego przez całe życie. Ten powolny, poszarzały Beck też ma własny język, a Ride Lonesome pokazuje, że język nadal potrafi produkować świetne zdania. Run Away jest świetnie poruszoną melancholią, Bleed niemal perfekcyjnie wykorzystuje odległość i pogłos, In the Night zachwyca proporcją małej gitary do szerokiej orkiestracji, Failed Words jest prawie zawiesiną z fortepianu, głosu i pamięci o smyczkach.
To naprawdę bosko brzmiąca płyta. Momentami wręcz bezczelnie piękna. I właśnie przez to pod koniec zaczyna mnie lekko mulić. Nie potrafię nawet wskazać jednej piosenki i powiedzieć: wyrzucić. Byłoby łatwiej. Kłopot leży pomiędzy piosenkami, w zbyt małej zmianie ciśnienia, w kolejnych podobnych odległościach, w tym, że piękna faktura dostaje za mało brzydkich sąsiadów i po pewnym czasie sama zaczyna się zlewać. Dobrym uzupełnieniem tego problemu jest tekst LMF o różnicy między spójnością a jednolitością albumu. Beck zdecydowanie wie, jaki świat buduje. Ma kolor ścian, materiał zasłon, temperaturę światła. Gdzieś przy dziesiątym utworze zaczynam mieć ochotę przesunąć szafę. Tak dla sportu.
Ride Lonesome pozostaje jedną z tych płyt, którym można wybaczyć nadmiar, bo nadmiar pochodzi z rzeczy naprawdę dobrej. Po ostatnim Beyond the Light jestem trochę zmęczona, ale kiedy mam wrócić do któregoś fragmentu, wybór przychodzi od razu: Run Away, potem Bleed. I bardzo możliwe, że za chwilę znowu cały album, nawet jeśli gdzieś koło końca znów zacznę mentalnie otwierać okna.



