
The Storm zaczyna się od mew, szumu wody i klawiszowego tła. Po chwili wchodzi gitara, jeszcze bez potrzeby zaznaczania terenu, później kolejna, perkusja zaczyna pracować mocniej i właściwie wszystko rozwija się tak, jak rozwijać powinien się utwór pod takim tytułem: pogoda gęstnieje. Daniele Pomo stopniowo zwiększa nacisk, Riccardo Romano poszerza przestrzeń klawiszami, a Hackett z Rotherym oplatają ten środek długimi frazami. Żaden nie próbuje natychmiast zostać właścicielem utworu. Słucham tego z przyjemnością, potem drugi raz zwracam uwagę przede wszystkim na perkusję i gdzieś pod koniec pojawia się pierwsze zastrzeżenie. Burza przyszła. Tylko filiżanki nadal stoją równo na stole.
To uczucie będzie wracało przez znaczną część „The Roaring Waves”. Album jest świetnie zagrany, pięknie nagrany, bardzo świadomy przestrzeni, a przy tym chwilami aż przesadnie dobrze wychowany. Trudno przecież oczekiwać od Steve’a Hacketta i Steve’a Rothery’ego amatorskiego chaosu. Obaj przez dekady wypracowali język, w którym pojedynczy dźwięk potrafi znaczyć więcej niż osiem taktów gitarowej księgowości. Hackett wyniósł z Genesis i własnej dyskografii słabość do klasycyzującej konstrukcji, barwy i bardzo szerokiego rozumienia samego instrumentu. Steve Rothery bywa jeszcze bardziej oszczędny: lubi pozostawić nutę w powietrzu, przeciągnąć bending, poczekać, aż harmonia sama dopowie resztę. Na wspólnej płycie spotkało się więc dwóch ludzi świetnie wiedzących, kiedy nie grać.
Okazuje się, że również powściągliwość można przedawkować.
Dwa głosy bez numerków
Łatwo byłoby urządzić przy tej płycie konkurs identyfikacyjny. Tutaj Hackett, tam Rothery, teraz charakterystyczne vibrato, za moment dłuższy bending, jeszcze dalej akustyk, którego przecież nikt nie pomyli. Tylko po co? Najlepsze fragmenty „The Roaring Waves” zaczynają się właśnie tam, gdzie taki podział przestaje pomagać w słuchaniu. Gitary przejmują po sobie zdania, podtrzymują wybrzmienie drugiej strony, niekiedy jedna schodzi głębiej w aranżację i przez kilkanaście sekund właściwie pełni funkcję barwy. W gatunku, który przez pół wieku dorobił się imponującej kolekcji gitarowych pomników, jest w tym coś przyjemnie antyheroicznego.
Historia powstania albumu sporo tłumaczy. Materiał rozwijał się etapami przez niemal dekadę, podczas sesji w Racket Clubie i domowych studiach obu muzyków, często z improwizacji i wspólnego grania. Hackett sam mówi o staromodnym modelu spotkania kolegów, którzy po prostu siadają z instrumentami i sprawdzają, co wyniknie. Można o tym przeczytać w oficjalnym materiale poświęconym „The Roaring Waves”. I rzeczywiście: zamiast dwóch gotowych estetyk sklejonych kontraktem dostajemy muzykę wyhodowaną pomiędzy nimi.
Sandsend świetnie pokazuje tę metodę. Sekcja nie naciska, Romano ledwie zmienia kolory za plecami gitarzystów, natomiast obie gitary zaczynają bawić się długością dźwięku. Ważniejsze od samej melodii staje się to, kiedy nuta znika i co wchodzi w pozostałe po niej miejsce. Rothery dorastał w Whitby, pobliskie Sandsend zna z własnej biografii, więc można oczywiście uruchomić cały arsenał nadmorskich metafor, zachodów słońca i mokrych kamieni. Wolę słuchać tego utworu jako kompozycji o czasie. Niewiele się w niej wydarza, ale prawie każdy dźwięk dostaje wystarczająco dużo przestrzeni, żeby zmienić znaczenie następnego.
Riccardo Romano jest tutaj ważniejszy, niż początkowo sugeruje okładka z dwoma nazwiskami. Basista, klawiszowiec, współautor części kompozycji, producent, realizator i człowiek odpowiedzialny za miks stereo nie próbuje zostać trzecim solistą. Reguluje ciśnienie. Czasami wystarczy mała warstwa syntezatora albo bas pozostawiony kilka kroków z tyłu, żeby szerokie partie gitar nie zaczęły dryfować jak elegancki jacht, którego właściciel zapomniał, po co właściwie wypłynął.
W Red Dragon robi się ciaśniej i dziwniej. Rytm zaczyna wyraźniej popychać utwór, pojawiają się orientalizujące barwy, inne faktury strun i pewna lekka bezczelność, której wcześniej trochę mi brakowało. Kompozycja trwa nieco ponad cztery minuty i dzięki temu nie zdąży zamienić egzotyki w progrockowy sklep z pamiątkami. To ważne, bo rock progresywny od dawna cierpi na osobliwą przypadłość: bardzo łatwo pomylić rozszerzanie języka z ustawieniem w aranżacji jeszcze jednego instrumentu wyglądającego dobrze na zdjęciu. Tutaj kolor rzeczywiście zmienia sposób poruszania się utworu.
K-129
Najwięcej czasu zatrzymałem się jednak przy K-129. Nie dlatego, że kryje się za nim tragiczna historia radzieckiego okrętu podwodnego, który zatonął w 1968 roku. Biografia katastrofy nie przyznaje muzyce dodatkowych punktów za samo istnienie. Znacznie ciekawsze jest to, co Rothery, Hackett i Romano robią z mechanicznym pulsem.
Sekwencer działa jak urządzenie pozbawione empatii. Powtarza. Wraca. Niczego nie komentuje. Sonarowe sygnały pojawiają się w tej przestrzeni równie beznamiętnie, a gitarzyści muszą układać swoje melodyczne frazy nad czymś, co kompletnie nie interesuje się ich skłonnością do pięknego prowadzenia głosu. I właśnie wtedy zaczyna dziać się rzecz, której brakowało mi wcześniej: muzyka stawia im opór.
Rothery może przeciągnąć nutę, Hackett może zrobić ją bardziej chropowatą, podnieść temperaturę przesterem czy wepchnąć frazę w bardziej niepokojący rejestr, ale elektroniczna figura nadal wykonuje swój mały podwodny obowiązek. Nie robi miejsca dla gitarowej ekspresji. Słuchając tego fragmentu, przypomniałem sobie „Fractal Guitar” Stephana Thelena, o którym pisaliśmy kiedyś w Laboratorium: tam również powtarzalność i elektronicznie organizowany ruch odbierały gitarze jej tradycyjne poczucie pierwszeństwa. Oczywiście muzycznie są to inne światy. Mechanizm napięcia ma jednak podobne źródło – solista zostaje wpisany w konstrukcję, która nie zamierza się mu kłaniać.
Najchętniej zostawiłbym K-129 jeszcze bardziej odhumanizowane. W dalszej części szerokie gitarowe melodie ponownie wychodzą na powierzchnię i kompozycja odzyskuje bardziej znajomy progresywny patos. Piękny patos, żeby nie było. Tyle że wcześniej było trudniej. Trochę chłodniej. Lepiej.
Po tym utworze także wcześniejsza elegancja zaczyna układać się inaczej. Problem „The Roaring Waves” nie tkwi przecież w wolnych tempach czy nadmiarze atmosfery. Można stworzyć całe światy z dwóch akordów, pogłosu i człowieka, który zna zastosowanie pedału volume. Problem pojawia się wtedy, gdy instrumenty zbyt konsekwentnie przewidują swoje potrzeby. Hackett i Rothery są dla siebie znakomitymi partnerami. Chwilami aż nadto.
Morze czasem ryczy bardzo kulturalnie
Utwór tytułowy powinien być centralnym argumentem albumu. Początek Hacketta na gitarze akustycznej jest świetny, spokojny i pozbawiony napuszenia. Później dochodzą smyczkowe barwy, sekcja i szerokie partie elektryczne. Kompozycja rośnie falami, co można byłoby zapewne rozrysować na wykresie natężenia i sprzedać wydziałowi oceanografii. Jest w niej jednak kilka kulminacji, które przychodzą dokładnie wtedy, kiedy zaczynam ich oczekiwać. Piękne dźwięki, staranna dramaturgia, żadnego powodu do reklamacji. Chciałbym reklamację.
Przypomina mi to trochę szerszy problem współczesnego proga. W recenzji „The Overview” Stevena Wilsona interesowała mnie między innymi zdolność starego progresywnego słownika do pracy w nowym środowisku produkcyjnym. Tutaj sprawa wygląda inaczej. Hackett i Rothery nie modernizują języka gwałtownie. Nie ścigają elektroniki, nie wklejają rytmiki z obecnej dekady, nie próbują wmawiać słuchaczowi, że Mellotron obudził się rano jako sztuczna inteligencja. Korzystają z materiału, który dobrze znają: melodyjnej gitary, stopniowego narastania, przestrzeni, barw symfonicznych, ambientowego oddechu. Pytanie brzmi więc nie „czy to nowe?”, tylko „czy jeszcze żywe?”. Przeważnie tak.
The Black Sea szczególnie dobrze radzi sobie z osadzaniem melodii wewnątrz faktury. Arpeggiowe figury i klawisze nie są wyłącznie podstawką pod solo. Gitara wynurza się z nich, cofa, na moment traci wyraźną granicę. Leon Parr na perkusji nie zagęszcza niepotrzebnie środka. Ten numer może kojarzyć się z Floydowską ideą szerokiej przestrzeni, lecz ciekawsza pozostaje precyzja, z jaką organizowane są plany. Gdy główna melodia wchodzi mocniej, nie trzeba ściszać wszystkiego dookoła. Miks Romano zostawia jej przejście.
Takie fragmenty bronią album przed zarzutem zwykłego sentymentalizmu. Oczywiście łatwo usłyszeć Genesis, Marillion, Pink Floyd, klasyczny prog i kilka dekad określonego rozumienia gitary. Tylko że obaj muzycy nie cytują swojej młodości jak emerytowany aktor powtarzający na weselu jedną kwestię z dawnego serialu. Najczęściej interesuje ich funkcja melodii. Kto ją podaje? Kiedy druga gitara ma zniknąć? Ile może trwać nuta? Czy tło powinno odpowiedzieć, czy zostawić ją bez komentarza?
Wtedy „The Roaring Waves” ma własną tożsamość. Mniej przekonuje mnie wtedy, gdy zostaje po prostu bardzo luksusową wersją instrumentalnego proga atmosferycznego. Mistrzowskie wykonanie nie rozwiązuje wszystkiego. Czasami tylko sprawia, że problem jest obity miękkim materiałem.
Pacific Coast Highway
I nagle harmonijka. Pacific Coast Highway pojawia się po sześciu utworach karmionych morzem, mgłą, głębią, katastrofą i melancholią, po czym Hackett wyciąga harmonijkę, Rothery bierze bas, Leon Parr ustawia żywszy puls, pojawiają się wordless vocals Jo Hackett, Jo Rothery, Jennifer Rothery i Michaela Rothery’ego. Całość rusza w stronę bluesowego road movie. Jakby ktoś podczas bardzo poważnego zebrania klubu żeglarskiego otworzył drzwi i oznajmił, że samochód już czeka. Podoba mi się ten nietakt.
Kompozycja odstaje od reszty, ale próba wygładzenia tego uskoku byłaby błędem. „Pacific Coast Highway” pokazuje inną stronę współpracy obu Steve’ów, mniej zapatrzoną w pejzaż i mniej zobowiązaną do tworzenia atmosfery. Jest tutaj zwykła przyjemność grania, nawet lekko rodzinny charakter finału. Hackett na harmonijce brzmi inaczej niż Hackett budujący swoje wielopiętrowe gitarowe linie. Rothery przy basie musi myśleć bardziej o ruchu sekcji. Niewiele trzeba, żeby zmienić układ nerwowy tej muzyki.
I chyba dlatego właśnie finał oraz K-129 mówią mi o całej współpracy najwięcej, choć stoją po przeciwnych stronach albumu. Pierwszy ogranicza gitarzystów mechaniczną repetycją, drugi daje im więcej luzu i zmienia instrumentarium. W obu przypadkach ktoś przestawia meble.
„The Roaring Waves” pozostaje płytą bardzo dobrą, miejscami kapitalną. Jej największej wartości nie szukałbym w samym fakcie spotkania dwóch legend ani w technicznej klasie, bo w obu przypadkach wynik był znany przed pierwszą nutą. Ciekawsze jest obserwowanie, kiedy ich ogromne doświadczenie pomaga kompozycji, a kiedy zaczyna ją nadmiernie zabezpieczać. Hackett i Rothery najlepiej wypadają tutaj nie wtedy, gdy mogą zrobić dokładnie to, co umieją najlepiej, lecz gdy jakiś element utworu lekko utrudnia im życie.
Szkoda tylko, że morze robi to rzadziej, niż sugeruje tytuł.




