
Kosmos, który ma ciężar
Space rock ma od dawna pewien kłopot semantyczny: wystarczy syntezator, kilka dłuższych pogłosów, tytuł sugerujący astronomię i natychmiast oczekuje się od słuchacza, że będzie kontemplował bezkres, najlepiej z Saturnem odbijającym się w źrenicach i Hawkwindem stojącym gdzieś za plecami w charakterze patrona całego przedsięwzięcia. Ampacity na Cosmic Indifference zachowuje się inaczej. Kosmos tego zespołu nie jest nieważki. Ma gęstość, temperaturę, czasami wręcz lepkość; można się w nim rozpędzić, ale można też uderzyć o riff ważący dobre pół tony. Jeżeli więc mamy tu podróż międzyplanetarną, to ktoś najwyraźniej załadował do statku organy, fuzz, ogromny wzmacniacz basowy, trochę progresywnego rocka, resztki krautrockowej motoryki i Black Sabbath, a następnie zapomniał sprawdzić dopuszczalną masę startową.
I właśnie dlatego samo określenie „space rock” mówi o czwartym albumie gdyńskiej grupy zdecydowanie za mało. Piotr Paciorkowski gra na gitarze, Marek Kostecki obsługuje instrumenty klawiszowe, organy i syntezatory, Wojciech Lacki odpowiada za bas oraz syntezatory, Sebastian Sawicz za perkusję. Nie ma wokalisty i bardzo szybko przestaje się go tutaj potrzebować, ponieważ żaden z instrumentów nie zachowuje się jak akompaniator czekający na wejście głosu. Gitara Paciorkowskiego potrafi oczywiście przejąć kompozycję riffem albo ostrzejszą frazą, ale nie posiada monopolu na narrację; klawisze Kosteckiego nie są warstwą aromatyzującą gitarowy ciężar zapachem „kosmosu”, lecz pełnoprawnym elementem konstrukcji, raz rozciągającym przestrzeń, innym razem cofającym muzykę o pół wieku, jeszcze kiedy indziej wprowadzającym rodzaj chłodnej obcości. Najbardziej interesująco dzieje się jednak pod spodem. Lacki gra na basie tak, jakby instrument ten odmawiał swojej tradycyjnej funkcji służebnej: potrafi napierać, porządkować, podważać riff, zmieniać kierunek ruchu. Sawicz również nie pozostawia muzyce wiele czasu na wygodne osiadanie; jego perkusja jest aktywna, ruchliwa, nieustannie delikatnie podminowuje stabilność. Z tego bierze się pierwszy paradoks Cosmic Indifference: płyta posługuje się kodem kosmicznym, a najlepiej wypada wtedy, gdy zamiast nieważkości oferuje grawitację.
Stare geny, nowe mutacje
Genealogię Ampacity można rozrysować dość łatwo, ale byłoby szkoda zatrzymać się na nazwiskach. Hawkwind znajduje się gdzieś w DNA zespołu, co zresztą nie jest przypadkiem, bo jego początki związane były także z wykonywaniem repertuaru tej grupy; cięższe fragmenty naturalnie prowadzą ku Black Sabbath, długie formy i skłonność do przekształcania materiału podsuwają prog rock, puls potrafi sugerować krautrock, a niektóre partie basu mają w sobie nerw bardziej kojarzący się z postpunkiem niż z obowiązkową psychodeliczną mgłą. W Laboratorium podobne rejony pojawiały się już choćby przy space-rockowym Stereotrip Gallileous, ale Ampacity dochodzi do podobnych źródeł inną drogą: mniej interesuje je galaktyczna dekoracja, bardziej napięcie powstające wtedy, kiedy ciężar zaczyna walczyć z przestrzenią.
Na papierze taki zestaw wygląda jak dział „polecane również” w sklepie z winylami. W muzyce działa ciekawiej, ponieważ Ampacity nie ustawia inspiracji obok siebie. One wzajemnie się zanieczyszczają. Organy nie brzmią jak cytat z 1972 roku, bo pracują obok współczesnego, cięższego basu; riff nie pozostaje stonerowym riffem, kiedy perkusja zaczyna komplikować sposób jego odczuwania; psychodelia przestaje być miękką atmosferą, gdy zostaje potraktowana jak powierzchnia, na której ścierają się zupełnie różne siły.
Można by nazwać to retrofuturyzmem, ale nie takim ze sklepowej witryny, pełnym chromu i nostalgii za przyszłością, która nigdy nie nadeszła. Ampacity brzmi raczej jak zespół, który starej muzyki nie rekonstruuje, tylko ją źle pamięta — a pamięć bywa w sztuce o wiele ciekawsza od archiwum. Człowiek zachowuje ogólny kształt, kilka kolorów, jakiś zapach, później sam dopowiada brakujące pomieszczenia i nagle okazuje się, że dom dzieciństwa ma trzy piętra zamiast dwóch. Tutaj podobnie mutują lata siedemdziesiąte. Zostaje ciężar, barwa organów, długie rozwinięcia, kosmiczna ikonografia, ale składnia staje się inna. Ampacity nie odwiedza przeszłości w muzealnych kapciach. Raczej wynosi z magazynu kilka eksponatów, podłącza je do prądu i sprawdza, które jeszcze mogą porazić. Podobny problem przetwarzania psychodelicznego retro zamiast zwykłego odtwarzania pojawiał się niedawno przy Future Remains Hollow Ship, choć tam motorem znacznie częściej był groove, tutaj zaś masa i progresywne rozszczepianie formy.
Pięć kompozycji, pięć różnych sposobów używania ciężaru
Cosmic Indifference Blues otwiera album ciężkim fundamentem, który rzeczywiście można wywieść z bluesowo-sabbathowskiego języka, tyle że już po chwili staje się jasne, że „blues” jest tutaj materiałem wejściowym, nie miejscem docelowym. Syntezatory rozszerzają perspektywę, sekcja rytmiczna nie pozwala riffowi zakrzepnąć w jednej funkcji, a powtarzalność okazuje się mniej hipnotyczna niż transformacyjna: ten sam motyw może ważyć inaczej zależnie od tego, co zacznie się wokół niego dziać. To istotne, bo Ampacity bywa najciekawsze właśnie wtedy, kiedy nie potrzebuje nowego tematu, aby zmienić sens poprzedniego. Gitara może pozostać w miejscu, podczas gdy bas przesuwa środek ciężkości, perkusja zmienia rodzaj ruchu, a klawisze otwierają dalszy plan. W takim momencie przestaje się słuchać zespołu przez pryzmat gatunkowych składników i zaczyna słuchać relacji.
Symetriada rozwija tę umiejętność jeszcze pełniej. Klawisze robią się łagodniejsze, nieco bardziej archaiczne w kolorze, można pomyśleć o organowej psychodelii, mellotronowym prog rocku, może nawet o tej części europejskiej muzyki lat siedemdziesiątych, która bardziej interesowała się nastrojem niż demonstracją sprawności. Paciorkowski nie niszczy tego klimatu, gdy gitara zaczyna nabierać ostrości; raczej wprowadza obok niego drugi temperament. I tu wydarza się coś dla tej płyty fundamentalnego: kontrast nie polega na wymianie dekoracji. Jedna warstwa potrafi trwać pod drugą, klawisze zachowują własną temperaturę, gitara własną agresję, sekcja rytmiczna negocjuje pomiędzy nimi wspólną przestrzeń. Najlepsze Ampacity nie polega na przechodzeniu od nastroju A do nastroju B, lecz na zmuszaniu A i B, żeby przez chwilę funkcjonowały równocześnie. Wtedy muzyka nabiera trzeciego wymiaru, bo elementy nie następują tylko po sobie, lecz zaczynają zmieniać wzajemnie swoje znaczenie.
Horizon Split jest bardziej nerwowy. Rytm traci wcześniejszą oczywistość, kolejne sekcje mocniej różnią się charakterem, pojawia się progresywne myślenie o formie, ale bez charakterystycznego dla części prog-rocka poczucia, że kompozycja właśnie zdała egzamin z matematyki i czeka na ocenę komisji. Ampacity pozostaje brudne, cielesne, czasem wręcz garażowe. Problem polega na tym, że zespół ma tutaj tak wiele atrakcyjnych pomysłów, iż nie zawsze zadaje sobie pytanie, czy wszystkie muszą znaleźć się w jednym utworze. Pauza pomiędzy fragmentami potrafi zabrzmieć nie jak przecinek, lecz jak pełnoprawna kropka; pojawiający się po niej materiał ma czasami tak wyraźną autonomię, że spokojnie mógłby rozpocząć własny numer. Nie jest to jednak zarzut dotyczący braku wyobraźni — przeciwnie. Chodzi o wyobraźnię, która chwilami potrzebowałaby bezwzględniejszego redaktora. Horizon Split nazywa zresztą własny problem z rozbrajającą szczerością: horyzont rzeczywiście się rozszczepia. Tyle że nazwanie pęknięcia nie sprawia jeszcze, że obie jego strony zaczynają się nawzajem potrzebować.
Trzynaście minut Phantomatics
Najbardziej spektakularnym laboratorium tych sprzeczności pozostaje prawie trzynastominutowe Phantomatics. To właściwie mała płyta ukryta w płycie. Jest cięższe otwarcie, jest stopniowe rozszczelnianie zwartej konstrukcji, są odcinki bardziej przestrzenne, momentami bliskie postrockowemu zawieszeniu, są ponowne wzrosty napięcia. Interesujące jest jednak to, że Ampacity nie osiąga kontrastu wyłącznie dynamiką. Zespół zmienia przede wszystkim gęstość muzyki. Cztery instrumenty mogą grać równocześnie, a całość nagle wydaje się bardziej przestronna; innym razem kilka elementów tworzy wrażenie monolitu. To umiejętność bardzo cenna, ponieważ oddziela prawdziwe myślenie o aranżacji od prymitywnego „teraz ciszej, potem głośniej”.
Przy tak długiej kompozycji pojawia się jednak inne wymaganie: pamięć. Trzynaście minut nie staje się epiką dlatego, że trwa trzynaście minut, podobnie jak pięćset stron nie czyni jeszcze powieści monumentalną. Potrzebna jest zależność pomiędzy początkiem a późniejszymi wydarzeniami, nawet jeśli temat nigdy nie powróci dosłownie. W najlepszych momentach Phantomatics wcześniejsza muzyka rzeczywiście pozostawia za sobą ślad, temperaturę, sposób słuchania tego, co następuje później. W innych fragmentach zmiana jest tak wyraźna, że mam raczej wrażenie przejścia do kolejnego dobrze urządzonego pomieszczenia niż dalszego eksplorowania tego samego domu. I znów: nie chodzi o brak wartości w materiale. Wręcz przeciwnie. Mam ochotę rozdzielać te fragmenty właśnie dlatego, że wiele z nich posiada wystarczająco dużo charakteru, żeby funkcjonować samodzielnie.
Finałowe Caves of Carbon Fiber działa pod tym względem skuteczniej, bo przypomina, jak ważny dla Ampacity jest powrót. Cięższy, bardziej jamowy początek zostaje rozluźniony, środek robi się otwarty i bardziej hałaśliwy, po czym wcześniejsza energia wraca i nagle pierwsza część utworu nabiera dodatkowego sensu. Nie jest to wielka kompozytorska tajemnica; po prostu późniejszy fragment pamięta, co wydarzyło się przed nim. Na tle Horizon Split i części Phantomatics taki zabieg pokazuje, że nie oczekuję od Ampacity uproszczenia. Nie chciałbym tej muzyki skracać do czterominutowych piosenek ani zamieniać w grzeczną kolekcję riffów. Chciałbym jedynie, żeby jej kolejne przygody częściej pozostawiały konsekwencje.
Bas, talerze i kosmos o wysokim ciśnieniu
Im dłużej trwa Cosmic Indifference, tym bardziej przekonuje mnie zresztą nie gitara, lecz sekcja rytmiczna. To ona sprawia, że Ampacity nie zapada się w psychodeliczną kanapę. Bas Lackiego jest zbyt aktywny, żeby traktować go wyłącznie jako fundament; potrafi być właściwie osobnym głosem harmoniczno-rytmicznym, który nieustannie podsuwa muzyce inne możliwości ruchu. Sawicz natomiast nie pozwala pulsowi zbyt długo stać się wygodnym. Talerze, zagęszczenia i przejścia nadają nawet spokojniejszym momentom lekki stan alarmowy. Dzięki temu album ma swoisty oddech, ale nie jest to spokojny oddech medytacyjny. Raczej oddech człowieka, który właśnie wyszedł na zewnątrz po długim pobycie w dusznym pomieszczeniu i jeszcze nie wie, czy powietrze rzeczywiście mu służy.
To jeden z powodów, dla których Cosmic Indifference odbieram bardziej jako ciężką psychodelię korzystającą ze space-rockowego słownika niż klasyczny space rock. Bezkres nie jest najważniejszy. Ważniejsze są materia, ciężar i wzajemny nacisk instrumentów. Kostecki może rozszerzyć pejzaż syntezatorem, lecz zaraz pod spodem Lacki przypomina, że coś nadal waży. Gitara może rozciągnąć frazę, ale Sawicz zaczyna ją rozdrabniać rytmem. To kosmos, w którym ktoś zapomniał wyłączyć ziemską fizykę — i bardzo dobrze, bo właśnie w tym tkwi osobowość zespołu.
Studio Cierpienie zrobiło swoje
Także produkcja sprzyja tej fizyczności. Nagrania powstały w Studio Cierpienie, realizował je Marcel Gawiniecki, miks wykonał Wojciech Lacki, mastering Marek Przybyszewski. Samą nazwę studia można by uznać za niezamierzony komentarz do ciężkiego rocka, ale ważniejsze jest to, że materiał nie został później wypolerowany do utraty charakteru. Gitara pozostaje ziarnista, bas ma odpowiednią masę, perkusja nie została zamieniona w sterylny zestaw równych impulsów, klawisze zaś nie wyglądają jak cyfrowy kostium założony specjalnie po to, żeby udawać rok 1974. Poszczególne warstwy mogą się o siebie ocierać i właśnie to tarcie jest częścią przyjemności. Wiele współczesnych płyt progresywnych brzmi tak perfekcyjnie, że po kilku minutach ma się ochotę założyć ochraniacze na buty. Ampacity wpuszcza do środka w błocie.
Nie jest przy tym zespołem technicznie niechlujnym. Ta chropowatość nie wynika z nieumiejętności, lecz z przyjętej estetyki. Najlepiej słychać to wtedy, gdy instrumenty zachowują własne kontury zamiast stapiać się w anonimową ścianę dźwięku. Każdy z muzyków wnosi inny rodzaj napięcia, a miks pozwala te napięcia śledzić. Dzięki temu album można odbierać zarówno na poziomie całej masy brzmienia, jak i zaglądać pod powierzchnię, sprawdzając, kto właściwie w danym momencie przesuwa całość w nową stronę.
Co więc właściwie gra Ampacity?
Najkrótsza odpowiedź brzmiałaby: ciężką psychodelię instrumentalną, która bierze przestrzeń ze space rocka, masę ze stonera, sposób rozwijania formy z progresji, uporczywy ruch z krautrocka i trochę brudu z garażu. Tyle że taka definicja nadal traktuje gatunki jak składniki chemiczne, a w Ampacity najciekawsza jest reakcja między nimi. Zespół nie przełącza się demonstracyjnie z Hawkwind na Sabbath, potem na prog, a następnie na krautrock. Granice są bardziej rozmyte. Ciężki riff może już zawierać w sobie kosmiczną elektronikę, progresywna konstrukcja może zostać zagrana z garażową szorstkością, bas może wyrwać fragment ze stonerowej masy i nadać mu zupełnie inny nerw. Dlatego po 45 minutach pozostaje nie tyle lista inspiracji, ile dość konkretny charakter zespołu.
Zresztą ktoś, kto chce zobaczyć, jak daleko Ampacity przesunęło się od własnego początku, może wrócić do naszej starej recenzji Encounter One. Już wtedy pojawiały się psychodelia, funk, rozległe klawisze, improwizacyjność i stylistyczne skojarzenia z Pink Floyd czy Deep Purple. Dzisiejsze Ampacity jest jednak bardziej zwarte brzmieniowo, cięższe i mniej skłonne do samego zachwytu przestrzenią. Dawne umiłowanie szerokiej formy zostało, ale jej środek ciężkości przesunął się bliżej sekcji rytmicznej i fizyczności dźwięku.
I to chyba największa wartość Cosmic Indifference. Nie każda decyzja formalna mnie przekonuje; nadal uważam, że szczególnie Horizon Split i części Phantomatics korzystałyby na bardziej zdecydowanej selekcji. Ale nie mam najmniejszego problemu ze wskazaniem, dlaczego chciałbym do tej muzyki wrócić. Paciorkowski nie potrzebuje gitarowej dyktatury, Kostecki traktuje klawisze jako narzędzie kompozycyjne, Lacki potrafi basem zmienić geografię całego fragmentu, Sawicz utrzymuje wszystko w stanie lekkiej niestabilności. Razem tworzą muzykę, która pamięta bardzo dużo z przeszłości, lecz nie czuje wobec niej obowiązku dobrego wychowania.
Cosmic Indifference jest więc albumem trochę paradoksalnym: jego największą wadą bywa nadmiar rzeczy, które naprawdę chce się usłyszeć. Muzycy czasem zbyt łatwo zakochują się w kolejnym pomyśle, zanim poprzedni zdąży wyczerpać swoje możliwości, ale jest to przypadłość znacznie bardziej interesująca niż brak wyobraźni. Ampacity nie jest obojętne, pomimo tytułu. Wręcz przeciwnie: sprawia wrażenie zespołu przejętego niemal każdym dźwiękiem, który może wydarzyć się pomiędzy fuzzem, organami, basem i perkusją. Gdyby nauczył się jeszcze częściej odróżniać pomysł dobry od pomysłu koniecznego, jego kosmos byłby może mniej zatłoczony. Za to jeszcze bardziej niebezpieczny.



