
Na „Pont De Vie” Maciek Pysz nie próbuje opowiadać o życiu za pomocą wielkich deklaracji. Znacznie częściej interesuje go to, co znajduje się pomiędzy: pamięcią i teraźniejszością, kompozycją i improwizacją, samotnością i graniem z innymi, napisanym wcześniej utworem i znaczeniem, które życie dopisuje do niego dopiero po latach. Niedawno przyglądaliśmy się temu albumowi na Laboratorium Muzycznych Fuzji. Tym razem oddajemy głos jego autorowi.
Rozmowa prowadzi od powstałego jeszcze przed śmiercią ojca Le Pont De Passage, przez świadomą rezygnację z perkusji, gitarę Felipe Conde, znaczenie melodii i granice muzycznej prostoty, aż po Artesuono, muzykę filmową, Sycylię i pytanie o to, jak słucha się dawnych płyt, kiedy nie można już podzielić się nimi z człowiekiem, który kiedyś nauczył nas słuchać. To rozmowa o „Pont De Vie”, ale być może jeszcze bardziej o tym, co dzieje się z muzyką, kiedy zaczyna żyć dłużej niż okoliczności, w których została napisana.
Most, którego znaczenie przyszło później
Konrad Puławski:
Le Pont De Passage napisałeś w Paryżu w 2023 roku, zanim zmarł Twój ojciec, a dopiero później kompozycja stała się tak mocno związana z ideą przejścia między życiem i śmiercią. Interesuje mnie jej pierwsze życie: co ten tytuł i ta muzyka znaczyły dla Ciebie, zanim wydarzenia z 2024 roku dopisały im zupełnie nowy kontekst? Czy można po czymś takim ponownie nauczyć się własnej kompozycji?
Maciek Pysz: Le Pont De Passage już od początku miało dla mnie znaczenie związane z różnego rodzaju zmianami i przejściami. Kiedy pisałem ten utwór w Paryżu w 2023 roku, myślałem o przechodzeniu z jednego etapu życia do drugiego, o przeprowadzkach, końcu pewnych relacji, o ludziach, którzy pojawiają się w naszym życiu, a później z niego znikają. Idea „przejścia” była więc obecna od początku, ale nie myślałem wtedy konkretnie o życiu i śmierci.
Po śmierci mojego ojca w 2024 roku kompozycja naturalnie nabrała jeszcze jednego, znacznie bardziej tragicznego wymiaru. Nagle idea przejścia z jednego stanu istnienia do drugiego przestała być tylko metaforą. Jednocześnie nie czuję, że jego śmierć zmieniła pierwotne znaczenie tego utworu. Raczej odsłoniła jego kolejną warstwę, której wcześniej nie byłem świadomy.
W tym sensie rzeczywiście można chyba nauczyć się własnej kompozycji na nowo. Nuty się nie zmieniają, ale zmieniamy się my, więc zupełnie inaczej możemy słyszeć te same dźwięki. Mogę dziś zagrać ten utwór i przeżywać emocje, których po prostu nie było we mnie, kiedy go pisałem. I chyba właśnie to jest jedną z pięknych rzeczy w muzyce – czasami tworzymy coś, zanim sami do końca zrozumiemy, co to dla nas znaczy.

Konrad Puławski:
The Bridge (Intro) i Le Pont De Passage zajmują siódme i ósme miejsce na trzynastoutworowej płycie – symboliczny most znajduje się więc niemal dokładnie w jej środku, a nie na początku czy na końcu. Czy kolejność była tutaj częścią kompozycji albumu? Co miało się zmienić w sposobie słuchania, zanim odbiorca dotrze do tego miejsca, i czy po jego przekroczeniu dalsza część płyty powinna już znaczyć coś trochę innego?
Maciek Pysz: Nie, nie umieściłem tych dwóch utworów celowo w środku albumu. Układając płytę, nie myślałem też specjalnie o dwóch połowach. Bardziej interesowało mnie to, jak poszczególne utwory przechodzą jeden w drugi i jak rozwija się emocjonalnie całość.
Dopiero później zauważyłem, że The Bridge (Intro) i Le Pont De Passage znalazły się niemal dokładnie w środku. Zabawne jest to, że z perspektywy czasu ma to oczywiście sens – most znajdujący się w połowie drogi jest bardzo naturalnym obrazem – ale nie było to coś, co świadomie zaplanowałem.
Być może niektóre rzeczy dzieją się właśnie podświadomie. Koncepcja albumu była obecna w mojej głowie, ale nie chciałem, żeby każda decyzja czy każda kompozycja musiała jej bezpośrednio służyć. To byłoby zresztą sprzeczne z moim sposobem tworzenia muzyki.
Nie uważam więc, że słuchacz musi dzielić album na „przed mostem” i „po moście”. Jeżeli ktoś rzeczywiście poczuje w tym miejscu zmianę, to oczywiście świetnie, ale wolę zostawić to otwarte. Dla mnie to jedna podróż, a nie dwie osobne części.
Konrad Puławski:
Przy okazji „A View” mówiłeś, że podczas komponowania nie planujesz z góry gatunku, metrum ani konkretnego charakteru muzyki, tylko pozwalasz jej rozwijać się organicznie. „Pont De Vie” sprawia natomiast wrażenie albumu bardzo świadomie skupionego wokół jednej idei. Czy podczas jego tworzenia pojawił się moment, w którym koncept po raz pierwszy dostał prawo weta – odrzuciłeś utwór, aranżację albo pomysł dlatego, że muzycznie działał, ale przestał pasować do tego, czym stawała się płyta?
Maciek Pysz: Nie sądzę, żeby był taki moment, w którym koncept dostał rzeczywiście „prawo weta”. Miałem kilka kompozycji, które zostały na komputerze, ponieważ nie zdążyłem ich do końca przygotować przed wejściem do studia. Miałem już wystarczająco dużo materiału i nie chciałem też przychodzić do muzyków z nadmiarem zupełnie nowej muzyki, więc te utwory po prostu zostały na później.
Nie było natomiast sytuacji, że coś nagraliśmy, a potem odrzuciłem to, ponieważ nie pasowało do koncepcji. Jedynym utworem nagranym w tym okresie, który ostatecznie nie znalazł się na albumie, była moja solowa wersja Julia Beatlesów. Postanowiłem ją później wydać osobno jako singiel.
Koncepcja „Pont De Vie” narodziła się dla mnie właśnie z muzyki, ale oczywiście również z wydarzeń, które towarzyszyły okresowi pisania i nagrywania. Był koniec ważnej relacji, a później śmierć mojego ojca. Wszystko to musiało w jakiś sposób wpłynąć na muzykę, ale raczej podświadomie niż świadomie. Nie myślałem: „wydarzyło się to, więc teraz napiszę taki utwór”.
Raczej muzyka powstawała, a dopiero później zacząłem dostrzegać związki pomiędzy poszczególnymi kompozycjami a tym, co działo się w moim życiu. Nie koncept stworzył muzykę. To muzyka stworzyła koncept, a wydarzenia z mojego życia nadały mu później dodatkowe znaczenie.

Bez perkusji muzyka zaczyna oddychać inaczej
Konrad Puławski:
Na „A Journey” ten sam rdzeń – Ty, Yuri Goloubev i Daniele di Bonaventura – miał jeszcze Asafa Sirkisa na perkusji. Na „Pont De Vie” perkusisty nie ma, więc puls trzeba rozdzielić między gitarę, kontrabas, bandoneon i fortepian. Czy brak perkusji zmienił już sam sposób, w jaki pisałeś te kompozycje? Kto w takim składzie przejmuje odpowiedzialność za rytm wtedy, kiedy nikt nie ma obowiązku po prostu go utrzymywać?
Maciek Pysz: Przez lata odkryłem, że w przypadku takiej muzyki bardzo trudno znaleźć perkusistę, który potrafi być wystarczająco wrażliwy, żeby grać swoją rolę naprawdę w tle. Nie chodzi o to, że nie lubię perkusji – bardzo ją lubię – ale w tego rodzaju muzyce musi ona potrafić wspierać całość, nie przejmując nad nią kontroli.
Z czasem zacząłem też coraz bardziej lubić muzykę bez perkusji. Za każdym razem, kiedy grałem koncert bez perkusisty, podobała mi się ta przestrzeń i sposób, w jaki muzyka mogła oddychać. Kiedy później wracałem do grania z perkusją, czasami miałem wrażenie, że wszystko staje się głośniejsze i że sama obecność perkusji powoduje, że wszyscy zaczynają grać trochę inaczej.
Dlatego tym razem naprawdę chciałem zrobić album bez perkusji. Zresztą nie był to dla mnie zupełnie nowy teren. W 2017 roku prowadziłem już kwartet bez perkusji, z wiolonczelą, fortepianem i kontrabasem, w którym grali między innymi Yuri i ja na gitarze, i ten skład działał bardzo dobrze.
W tym trio Yuri jest niezwykle ważny pod względem rytmicznym. Ma świetne poczucie pulsu i mam wrażenie, że to on trzyma całą konstrukcję rytmiczną, a Daniele i ja możemy się nad nią niemal unosić. To zupełnie inny sposób grania bez perkusji. Jest w tym więcej przestrzeni i oddechu, a muzyka staje się dla mnie bliższa muzyce kameralnej czy filmowej.
Nie oznacza to oczywiście, że rezygnuję z perkusji. Na pewno jeszcze nagram album z perkusją, być może nawet z większą ilością perkusjonaliów. Ale zdecydowanie chcę też dalej robić projekty bez perkusji. To po prostu dwa różne światy.

Konrad Puławski:
Na większości albumu grasz na gitarze klasycznej, ale dokładnie dwa utwory – It Should Have Happened i Woke Up & Sang – nagrałeś na gitarze akustycznej ze stalowymi strunami. Co łączy te dwie kompozycje, że wymagały innego ataku i innego wybrzmiewania? Wiedziałeś o tym już podczas pisania czy dopiero w Artesuono, kiedy mogłeś zestawić oba instrumenty w konkretnej przestrzeni nagraniowej?
Maciek Pysz: Chciałem mieć na albumie trochę różnorodności brzmieniowej. Dla mnie gitara klasyczna i akustyczna ze stalowymi strunami to niemal dwie różne palety kolorów. Podchodzi się do nich inaczej, inaczej się na nich gra i tworzą zupełnie inną atmosferę.
Co ciekawe, przed wejściem do studia wcale nie wiedziałem, której gitary użyję do którego utworu. Miałem ze sobą oba instrumenty i chciałem zobaczyć, co się wydarzy. To było bardzo instynktowne. Kiedy zaczęliśmy grać, po prostu poczułem, że gitara akustyczna jest właściwym kolorem dla It Should Have Happened i Woke Up & Sang.
Nie potrafię tego nawet do końca wyjaśnić technicznie. Te instrumenty po prostu pasowały mi do tych dwóch kompozycji. W takich sytuacjach staram się ufać instynktowi. Czasami można później analizować, dlaczego coś działa, ale czasami po prostu się to słyszy i wiadomo, że właśnie tego potrzebuje muzyka.
Konrad Puławski:
Gitarę Felipe Conde kupiłeś na początku 2023 roku – mniej więcej w okresie, w którym zaczął powstawać materiał prowadzący później do „Pont De Vie”. Zwykle gitarzystę pyta się, dlaczego wybrał dany instrument, ale ciekawsze wydaje mi się pytanie odwrotne: co ten instrument wybrał za Ciebie? Czy jego reakcja pod palcami, rezonans albo sposób prowadzenia frazy sprawiły, że zacząłeś pisać rzeczy, których wcześniej na Godinie prawdopodobnie byś nie napisał?
Maciek Pysz: Od dawna szukałem gitary klasycznej czy flamenco, która spełniałaby wszystkie moje potrzeby: miała odpowiednie brzmienie, dobry system nagłośnienia i mikrofon, była wygodna i dobrze sprawdzała się zarówno na scenie, jak i w studiu. Po dość długich poszukiwaniach trafiłem na Felipe Conde i od razu się w niej zakochałem. Wydała mi się niesamowicie brzmiącym instrumentem i zdecydowanie stała się moją ulubioną gitarą.
Jest jednak w tej gitarze coś ciekawego. Godin jest pod wieloma względami łatwiejszy i bardziej komfortowy. Biorę go do ręki i od razu jest mi wygodnie. Felipe Conde jest zupełnie inna. Trzeba na niej naprawdę grać, trochę ją sobie „oswoić”. Wiesz, jest trochę jak zwierzę – nie zawsze od razu daje ci wszystko, czego od niej chcesz, i wymaga od muzyka pewnego poziomu kontroli i umiejętności.
Ale kiedy już się z nią dogadasz, można z niej wydobyć znacznie więcej brzmienia, kolorów i dynamiki. Bardzo bezpośrednio reaguje na sposób, w jaki dotykasz strun. Właśnie to jest w niej fascynujące. Mam wrażenie, że pomiędzy mną a instrumentem odbywa się wtedy prawdziwa rozmowa.
„Pont De Vie” było też pierwszym albumem, który nagrywałem po zakupie Felipe Conde, więc do tego czasu naturalnie stała się moim głównym instrumentem. Nie musiałem nawet podejmować specjalnej decyzji, żeby użyć jej na płycie, bo po prostu stała się częścią mojego sposobu pisania i grania.

Piękno nie jest dla mnie problemem
Konrad Puławski:
Przez lata przy Twojej muzyce bardzo często pojawiają się określenia „lyrical”, „beautiful”, „elegant”, „melodic”. Czy dla kompozytora tak mocno związanego z melodią piękno może kiedyś stać się zagrożeniem – rozwiązaniem, które przychodzi zbyt łatwo? Po czym poznajesz, że melodia jest prosta dlatego, że dotarłeś do jej istoty, a nie dlatego, że wybrałeś najbardziej komfortowy przebieg?
Maciek Pysz: Nie martwię się tym, że moja muzyka może być zbyt piękna. Wręcz przeciwnie, uważam, że melodia jest jednym z najważniejszych elementów muzyki i mam wrażenie, że w dużej części współczesnego jazzu często się o niej zapomina. Duży nacisk kładzie się na improwizację, technikę i możliwości instrumentalisty, a sama kompozycja i melodia, która powinna być jej centrum, schodzą czasami na dalszy plan.
W efekcie powstają płyty, na których jest bardzo dużo świetnego grania, ale później niekoniecznie pamiętamy same kompozycje ani nie mamy z nimi szczególnej relacji. Wielu wielkich instrumentalistów jazzowych zostało przecież zapamiętanych nie tylko dzięki improwizacji, ale również dzięki kompozycjom, które napisali. To właśnie te melodie zostawały w pamięci i dawały kontekst ich improwizacji.
Dla mnie piękno i melodia są bardzo ważne, wręcz niezbędne. Nie czuję potrzeby bronienia się przed tym, że ktoś mógłby uznać coś za zbyt piękne czy sentymentalne. Jeżeli muzyka powstaje organicznie i naprawdę pochodzi z serca, a rezultatem jest piękna melodia, to mogę się tylko z tego cieszyć. Wolę być autentyczny niż celowo komplikować muzykę tylko po to, żeby uniknąć określenia „sentymentalna”.
Uważam też, że prostota jest często znacznie trudniejsza do osiągnięcia niż złożoność. Heart jest oparty na bardzo prostym czteroakordowym schemacie, a jednak po koncertach to właśnie o ten utwór ludzie pytają mnie bardzo często. To coś dla mnie znaczy.
Muzyka jest przecież również komunikacją z odbiorcą, a nie tylko próbą zaimponowania innym muzykom. Jednym z najprostszych testów melodii jest dla mnie to, czy pamiętam ją po kilku tygodniach albo miesiącach. Jeżeli sama zostaje mi w głowie, bez specjalnego wysiłku, to wiem, że jest w niej coś ważnego. Nigdy nie odrzuciłbym pomysłu tylko dlatego, że jest zbyt piękny czy sentymentalny. Odrzuciłbym go, gdyby nie był wystarczająco mocny, żeby zostać w pamięci.
Konrad Puławski:
It Should Have Happened jest najdłuższym utworem albumu, a sam tytuł brzmi jak urwane zdanie o czymś, co powinno było się wydarzyć, lecz ostatecznie nie nastąpiło. Czy za nim kryje się konkretna historia? I jeśli tak – co było pierwsze: muzyka czy to poczucie niespełnionego zdarzenia, które dopiero później znalazło w niej swoją formę?
Maciek Pysz: It Should Have Happened jest jednym z bardziej osobistych utworów na tej płycie. W tym przypadku najpierw wydarzyła się pewna sytuacja, a dopiero później pojawiła się muzyka. Tytuł jest związany z końcem bardzo ważnej i pięknej relacji w moim życiu, również z okresem narzeczeństwa.
Nie chciałbym jednak wchodzić w szczegóły tej historii, bo pewne rzeczy wolę pozostawić prywatne. Ale za tytułem rzeczywiście stoi konkretne doświadczenie i to charakterystyczne poczucie patrzenia wstecz na coś, co było bardzo ważne, i myślenia o tym, co mogło się wydarzyć albo co wydawało się, że powinno się wydarzyć.
Muzyka pozwala czasami powiedzieć coś o pewnym doświadczeniu bez konieczności dokładnego opowiadania tego doświadczenia. Ta kompozycja stała się dla mnie sposobem wyrażenia czegoś, co trudno było ubrać w słowa.
Konrad Puławski:
Z kolei tytuł Woke Up & Sang jest ciekawy na całkowicie instrumentalnej płycie: pojawia się w nim śpiew, choć nikt nie śpiewa. Czy ta kompozycja zaczęła się kiedyś od melodii nucanej głosem? W ogóle zdarza Ci się sprawdzać gitarową frazę przez zaśpiewanie jej, zanim zdecydujesz, że rzeczywiście zachowuje się naturalnie na instrumencie?
Maciek Pysz: Woke Up & Sang ma w rzeczywistości dość długą historię. Pomysł na progresję akordów miałem w głowie już długo przed napisaniem utworu na ten album. Często wracam do starych pomysłów, które gdzieś zapisałem albo które zostały mi w pamięci, i sprawdzam, czy nadal jest w nich coś interesującego. Czasami jakiś pomysł czeka kilka lat, zanim znajdzie swoje właściwe miejsce.
W tym przypadku zawsze podobała mi się ta progresja, ale nigdy nie znalazłem do niej melodii. Kiedy zdecydowałem, że chciałbym nagrać ją na „Pont De Vie”, melodia rzeczywiście pojawiła się poprzez śpiewanie. Najpierw usłyszałem ją w głowie, śpiewając ją niejako nad tymi akordami, a później przeniosłem ją na gitarę. Można więc powiedzieć, że zanim stała się melodią gitarową, była melodią wokalną.
Nie obudziłem się dosłownie pewnego ranka i nie zacząłem jej śpiewać, więc tytułu nie należy traktować całkowicie dosłownie. Ale rzeczywiście było w tym coś podobnego do przebudzenia – po długim czasie posiadania samej progresji nagle melodia po prostu się pojawiła.
I tak, śpiewałem ją sam, chociaż na szczęście nikt inny nie musiał tego słuchać! Moje możliwości wokalne są zdecydowanie na innym poziomie niż moje granie na gitarze, więc myślę, że gitara była zdecydowanie właściwym miejscem dla ostatecznej wersji. (śmiech)
Cudze utwory we własnej historii
Konrad Puławski:
W bardzo osobistą płytę wpuszczasz dwie cudze kompozycje: La Chanson d’Hélène Philippe’a Sarde’a i Beija Flor Nelsona Cavaquinho. Co musi wydarzyć się z cudzym utworem, żebyś przestał traktować go jako interpretację repertuaru i uznał, że może wejść do prywatnej narracji obok Twoich własnych kompozycji? Czy w obu przypadkach zdecydowała sama melodia, czy także historie i skojarzenia istniejące poza nutami?
Maciek Pysz: Myślę, że obie kompozycje trafiły na album z trochę innych powodów, choć w obu przypadkach punktem wyjścia była melodia.
La Chanson d’Hélène po raz pierwszy usłyszałem w wersji duńskiego kontrabasisty Larsa Danielssona na jego albumie „Trio”. Melodia bardzo mocno mnie poruszyła. Brzmiała dziwnie znajomo, niemal tak, jakbym znał ją przez większość życia, choć w rzeczywistości słyszałem ją po raz pierwszy.
Zacząłem później słuchać różnych wersji, oczywiście również oryginału, i przez pewien czas włączyłem ten utwór do swojego repertuaru koncertowego. Chciałem z nim trochę pożyć, sprawdzić go na koncertach i znaleźć aranżację, która będzie dla mnie odpowiednia. Było to mniej więcej sześć–osiem miesięcy przed wejściem do studia.
Przygotowując „Pont De Vie”, pomyślałem, że dobrze byłoby mieć na płycie również coś napisanego przez kogoś innego, żeby trochę przełamać album złożony głównie z moich kompozycji. Czułem też, że ten utwór bardzo naturalnie pasuje do jego emocjonalnego świata.
Co ciekawe, najpierw zakochałem się w samej piosence, a dopiero później dowiedziałem się, że pochodzi z filmu „Les Choses de la Vie”. Kiedy poznałem film i jego głębszy kontekst, wszystko zaczęło się ze sobą łączyć w niemal niesamowity sposób. Jakby ten utwór czekał, żeby stać się częścią tej płyty. Ale ostatecznie to melodia i harmonia sprawiły, że chciałem go nagrać. Język harmoniczny jest zresztą bardzo bliski temu, jak sam naturalnie komponuję.
Beija Flor ma trochę inną historię. Po raz pierwszy usłyszałem ten utwór na płycie Jima Halla i od razu bardzo mi się spodobał. Później usłyszałem wersję Richard Galliano Trio, która była jeszcze bliższa mojemu własnemu sposobowi grania i myślenia o muzyce.
Od zawsze czuję bardzo silną więź z muzyką brazylijską i często jest ona częścią mojego repertuaru koncertowego, choć na wcześniejszych albumach nigdy nie nagrałem brazylijskiej kompozycji. Pomyślałem więc, że dobrze byłoby wprowadzić tę część mojej muzycznej osobowości na płytę. Nie chciałem jednak sięgać po najbardziej oczywisty wybór, na przykład po jeden ze standardów Jobima. Beija Flor ma bardzo wyraźnie brazylijski charakter, ale jednocześnie jest na tyle otwarty, że można go interpretować na wiele sposobów.
Ważne było dla mnie, żeby oba te utwory nie sprawiały wrażenia czegoś doklejonego do albumu. Chciałem, żeby stały się częścią tego samego języka muzycznego i tej samej narracji.
Konrad Puławski:
Szczególnie intryguje mnie La Chanson d’Hélène, bo pochodzi z „Les Choses de la Vie” Claude’a Sauteta – filmu o wyborach, pamięci, relacjach i życiu oglądanym z perspektywy momentu granicznego. Na albumie zatytułowanym „Pont De Vie” trudno całkiem zignorować to pokrewieństwo. Czy film był częścią Twojej decyzji o wyborze tego utworu, czy dopiero później zauważyłeś, jak dobrze jego kontekst zaczyna współgrać z historią całej płyty?
Maciek Pysz: Właśnie to jest w przypadku La Chanson d’Hélène najbardziej interesujące – związek z filmem odkryłem dopiero później. Najpierw poznałem utwór dzięki Larsowi Danielssonowi i zakochałem się w samej melodii, nie wiedząc nawet, skąd pochodzi. Po prostu zareagowałem na muzykę.
Dopiero później dowiedziałem się, że pochodzi z „Les Choses de la Vie”, i kiedy poznałem film oraz jego tematykę – pamięć, relacje, wybory i życie oglądane z perspektywy pewnego momentu granicznego – bardzo mocno uderzyło mnie to, jak naturalnie wszystko zaczęło się łączyć z tym, czym stało się dla mnie „Pont De Vie”.
Nie mogę więc powiedzieć, że film był powodem wyboru tego utworu, bo tak nie było. Muzyka przyszła pierwsza. Ale może właśnie dlatego to połączenie jest jeszcze ciekawsze. Czasami reagujemy na coś intuicyjnie, zanim zrozumiemy, dlaczego dana rzecz tak bardzo do nas przemawia.
Kiedy już poznałem historię filmu, nie potrafiłem całkowicie oddzielić utworu od tego kontekstu. Nagle dostał kolejną warstwę znaczeniową i zaczął pasować do albumu niemal w sposób, którego nie dało się wcześniej zaplanować.
Myślę, że to jest zresztą dość bliskie mojemu sposobowi myślenia o muzyce. Nie zawsze wiem w momencie pisania, dlaczego coś wydaje mi się ważne. Czasami znaczenie przychodzi dopiero później.

Oddać ostatnie słowo komuś innemu
Konrad Puławski:
Album sygnowany Twoim nazwiskiem, wyrastający z bardzo osobistego doświadczenia, kończy się Cjavali’ – kompozycją Yuriego Goloubeva, w której Yuri dodatkowo porzuca kontrabas i siada do fortepianu. Dlaczego ostatnie słowo oddałeś właśnie jemu? Czy zależało Ci, żeby finał „Pont De Vie” nie był rozwiązaniem Twojej historii, lecz spojrzeniem na nią z perspektywy innego człowieka?
Maciek Pysz: Cjavali’ od początku nie było planowane jako ostatni utwór. Układając album, słuchałem różnych kolejności i w pewnym momencie po prostu poczułem, że właśnie ten utwór powinien zostać na końcu. Nie była to więc świadoma decyzja w rodzaju „to ma zamykać album”, tylko raczej intuicyjne poczucie, że po wszystkim, co wydarzyło się wcześniej, tutaj jest właściwe miejsce na zakończenie.
To również krótszy utwór i ma trochę inny charakter niż reszta albumu, dlatego zacząłem myśleć o nim niemal jak o epilogu. Nie próbuje podsumować ani rozwiązać wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Po prostu daje na koniec trochę inną perspektywę.
Podoba mi się również to, że jest to kompozycja Yuriego. Mimo że album jest podpisany moim nazwiskiem i wyrasta z bardzo osobistych doświadczeń, został stworzony razem z Yuriem i Daniele. Oni nie są tylko muzykami towarzyszącymi. Dla mnie ich osobowości i ich głosy są bardzo ważną częścią tego albumu.
Więc może rzeczywiście dobrze się stało, że ostatnie słowo należy do Yuriego. Nie planowałem tego jako żadnego symbolicznego gestu, ale podoba mi się, że album nie kończy się próbą wyjaśnienia przeze mnie własnej historii. Kończy się muzyką kogoś innego. I, podobnie jak wiele innych decyzji na tej płycie, ostatecznie była to kwestia intuicji.
Konrad Puławski:
„A View” dawało Ci, jak sam mówiłeś, coś w rodzaju pustego płótna: byłeś sam, mogłeś dogrywać kolejne gitary i odpowiadałeś za każdy element przestrzeni. Po kilku latach kolejny album pod własnym nazwiskiem jest niemal przeciwieństwem tej sytuacji, bo jego siła leży w pozostawianiu miejsca Yuriemu i Daniele. Czy doświadczenie samotnego „A View” nauczyło Cię czegoś konkretnego o tym, czego nie powinieneś już grać, kiedy wracasz do zespołu?
Maciek Pysz: Lubię doświadczać różnych sytuacji, zarówno w życiu, jak i w muzyce, i chciałbym nagrywać różne rodzaje albumów. Od dawna chciałem zrobić solową płytę gitarową i „A View” dało mi taką możliwość. Z kolei zawsze chciałem też zrobić album bez perkusji, w trio z kontrabasem i bandoneonem, i tym albumem jest właśnie „Pont De Vie”.
Nie widzę w tych podejściach żadnej sprzeczności. Bardzo możliwe, że w przyszłości zrobię jeszcze jedną solową płytę gitarową, być może nawet następną, a później album z kwartetem i perkusją. Każda z tych sytuacji daje zupełnie inne możliwości.
Oczywiście, kiedy jesteś sam, jest znacznie więcej przestrzeni, którą musisz wypełnić własnym graniem. Kiedy natomiast pracujesz z tak świetnymi muzykami jak Daniele i Yuri, czasami najważniejsze, co możesz zrobić, to po prostu dać im przestrzeń.
Granie solo i granie w zespole to dwie zupełnie różne sytuacje. W grupie możesz pozwolić kompozycjom rozwijać się w inny sposób. Możesz dać im trochę inną perspektywę, pozwalając innym muzykom wyrazić je po swojemu, zamiast zamykać ich w bardzo sztywnej, „kwadratowej” formie.
Nie powiedziałbym więc, że „A View” nauczyło mnie konkretnie, czego nie powinienem grać. Raczej przypomniało mi, jak wiele różnych możliwości daje muzyka.
Konrad Puławski:
Kiedyś określiłeś współpracę z Daniele jako jedną z najbardziej organicznych, spontanicznych i instynktownych w swoim życiu. Po tylu kolejnych latach wspólnego grania rodzi się jednak przewrotne pytanie: czy muzycy mogą znać się za dobrze? Czy podczas nagrywania „Pont De Vie” zdarzało Ci się świadomie prowokować Daniele albo Yuriego do czegoś sprzecznego z tym, czego – po tylu latach – mogliby się po Tobie spodziewać?
Maciek Pysz: Myślę, że bardzo dobre poznanie się muzyków może sprawić, że muzyka staje się jeszcze bardziej spontaniczna, a nie bardziej przewidywalna. Szczególnie z Daniele, po tylu latach wspólnego grania, istnieje pewien rodzaj komunikacji muzycznej, który nie wymaga wielu słów. Znam jego język muzyczny, a on zna mój, ale to nie oznacza, że dokładnie wiem, co zagra.
Właściwie nie czuję potrzeby, żeby specjalnie prowokować Daniele czy Yuriego. Jedną z rzeczy, które najbardziej cenię we współpracy z muzykami, którym ufam, jest możliwość pozostawienia przestrzeni i pozwolenia im na wniesienie czegoś, czego sam nie mógłbym wcześniej wymyślić.
Oczywiście podczas nagrywania zdarzały się momenty, kiedy mnie zaskakiwali, ale właśnie na to liczę. Gdybym dokładnie wiedział, co każdy z nas zagra, zanim zaczniemy, nie byłoby większego sensu nagrywać z konkretnymi muzykami.
Myślę, że znajomość daje pewien rodzaj wolności. Możesz zaryzykować, bo wiesz, że druga osoba zrozumie kierunek, nawet jeśli nie wytłumaczysz jej go słowami. Więc może nie chodzi o to, żeby celowo zmuszać kogoś do czegoś nieoczekiwanego, tylko o stworzenie wystarczającej przestrzeni, żeby coś nieoczekiwanego mogło wydarzyć się naturalnie.
Artesuono: zaufanie jako czwarty instrument
Konrad Puławski:
Podobny paradoks dotyczy Artesuono. Nagrałeś tam już wiele płyt i doskonale znasz sposób pracy Stefano Amerio. Taka znajomość daje ogromne zaufanie, ale może też stworzyć własny zestaw przyzwyczajeń. Czy wchodząc tam z „Pont De Vie” miałeś choć jedną rzecz, którą chciałeś zrobić inaczej niż zwykle, właśnie po to, żeby znajome studio nie zaczęło automatycznie podpowiadać znajomych rozwiązań?
Maciek Pysz: Mam doświadczenie nagrywania w wielu różnych studiach, ale zawsze mówię, że nagrywanie w Artesuono jest jak jazda najgładszą limuzyną. To po prostu fantastyczne doświadczenie, ponieważ możesz całkowicie skupić się na muzyce, a Stefano zajmuje się całą resztą.
Niestety nie jest tak w każdym studiu. Czasami traci się mnóstwo niepotrzebnej energii na tłumaczenie realizatorowi, czego się potrzebuje, jak powinien brzmieć instrument, gdzie coś ustawić i tak dalej. To odciąga uwagę od muzyki. Ze Stefano nie mam tego problemu. Jest absolutnym mistrzem dźwięku i ma niezwykłe wyczucie tego rodzaju muzyki.
Nagrał też mnóstwo albumów i artystów, którzy są dla mnie inspiracją, więc to też w pewnym sensie nas łączy. Całkowicie ufam mu w kwestii ustawienia mikrofonów, brzmienia instrumentów i całego procesu nagraniowego.
Oczywiście podczas miksu rozmawiamy o drobnych rzeczach, na przykład o poziomach poszczególnych instrumentów, ale zasadniczo wiem, że Stefano rozumie, czego potrzebuję. Jedną z jego wielkich zalet jest to, że dźwięk, który słyszysz w słuchawkach podczas nagrania, jest już bardzo bliski temu, co później słyszysz na gotowym albumie. A kiedy wracasz, żeby odsłuchać nagranie w pomieszczeniu mikserskim, muzyka nagle zaczyna żyć właśnie dzięki temu dźwiękowi.
Dlatego nie czułem potrzeby robienia czegoś innego tylko po to, żeby zrobić coś innego. Zaufanie samo w sobie daje wolność.
Stefano jest dla mnie właściwie czwartym członkiem tego albumu. Całkowicie mu ufam. Zawsze mówię wszystkim, że Artesuono to moje ulubione studio i że Stefano jest moim ulubionym realizatorem. Jestem pewien, że będę tam nagrywał kolejne albumy, dopóki on będzie dalej pracował.
Konrad Puławski:
Flow powstało pierwotnie z myślą o dwóch gitarach, później funkcjonowało również w duecie z Piotrem Domagałą, a na „Pont De Vie” trafiło do konfiguracji gitara–bandoneon–kontrabas. Co musi znajdować się w samej konstrukcji utworu, żeby przeżył taką zmianę obsady i nadal zachował tożsamość? I czego dowiedziałeś się o Flow dopiero wtedy, gdy drugą gitarę zastąpili Yuri i Daniele?
Maciek Pysz: Flow jest jednym z tych utworów, które potrafią zachować swoją osobowość nawet wtedy, kiedy zmienia się ich instrumentacja. Dla mnie bardzo ważny jest początek i leżący pod nim arpeggio wykorzystujący puste struny. Dopóki to pozostaje podstawą utworu, melodia i pozostałe elementy mogą być wykonywane na różnych instrumentach, niekoniecznie na dwóch gitarach.
To inny skład, ale dusza utworu pozostaje taka sama. To nadal jest ten sam utwór.
Z Yuriem i Daniele kolory oczywiście się zmieniają. Kontrabas daje więcej głębi i ciężaru, a bandoneon więcej otwartości i przestrzeni. Ale nie powiedziałbym, że odkryłem dzięki temu jakąś zupełnie nową stronę Flow. Raczej potwierdziło się dla mnie, że jeśli utwór ma wystarczająco silną osobowość, może funkcjonować w bardzo różnych konfiguracjach i nie stracić swojej tożsamości.
Niedawno miałem zresztą bardzo praktyczne potwierdzenie. W ciągu jednego tygodnia grałem Flow na koncertach w obu konfiguracjach i w obu działał bardzo dobrze. Jeden z moich przyjaciół kiedyś nawet zagrał charakterystyczne arpeggio na fortepianie i w jakiś sposób nadal było to po prostu Flow.
Może to jest właśnie jeden z testów dobrej kompozycji: jeżeli możesz zmieniać instrumenty i kolory wokół niej, a mimo to nadal rozpoznajesz jej duszę.

Muzyka, która widzi obrazy
Konrad Puławski:
Określenie „cinematic” towarzyszy Twojej muzyce od lat, a jednocześnie rzeczywiście komponujesz również na potrzeby obrazu. Czy słowo „filmowy” nadal coś precyzyjnego mówi Ci o muzyce, czy stało się wygodnym skrótem używanym wtedy, gdy instrumentalny utwór jest przestrzenny i melodyjny? Kiedy komponujesz bez obrazu, rzeczywiście widzisz czasem sceny, miejsca i ruch, czy myślisz przede wszystkim relacjami między dźwiękami?
Maciek Pysz: Właściwie bardzo lubię określenie „cinematic”. Od zawsze chciałem komponować muzykę do filmu, więc zanim jeszcze miałem okazję zrobić to dla konkretnego filmu, lubiłem wyobrażać sobie, że już to robię. Kiedy komponuję, często mam w głowie obrazy, sceny i krajobrazy. Zwykle istnieje jakiś wizualny albo narracyjny kontekst, nawet jeśli nie ma do niego rzeczywistego filmu.
Jednocześnie niekoniecznie wyobrażam sobie jedną konkretną historię, którą słuchacz powinien śledzić. Lubię też tworzyć pewną przestrzeń czy atmosferę, która może pasować do różnych scen, zależnie od tego, jak ktoś odbiera muzykę. W tym sensie muzyka może tworzyć własne kino w wyobraźni słuchacza.
Rzeczywiście często wyobrażam sobie historie i mam poczucie, że za każdą kompozycją stoi jakiś kontekst, nawet jeśli nigdy go nie opowiadam. Dlatego określenie „cinematic” jest mi bardzo bliskie. Nie uważam, że to tylko wygodny skrót dla muzyki przestrzennej i melodyjnej. Dla mnie naprawdę opisuje sposób, w jaki myślę o muzyce.
W pewnym sensie, kiedy komponuję własną muzykę, już wyobrażam sobie film, który mógłby wokół niej powstać.
Konrad Puławski:
W jednym ze starszych polskich tekstów o Tobie przedstawiano Cię jako samouka, który podstaw jazzu szukał w książkach i materiałach instruktażowych, a improwizacji uczył się przede wszystkim z płyt. Dziś masz za sobą lata komponowania, nagrywania i współpracy z muzykami o bardzo różnych doświadczeniach. Czy po tym wszystkim zmieniło się Twoje rozumienie tego, czego w muzyce można kogoś nauczyć, a czego każdy i tak musi odkryć sam?
Maciek Pysz: Oczywiście uważam, że trzeba nauczyć się podstaw muzyki. Książki, materiały edukacyjne i nauczyciele mogą dać bardzo ważny fundament: harmonię, technikę, teorię, repertuar. W pewnym momencie trzeba jednak wyjść z tą wiedzą poza salę lekcyjną i zacząć grać z innymi muzykami oraz słuchać innych ludzi.
Jest mnóstwo rzeczy, których po prostu nie można nauczyć się z książki. Uczysz się ich podczas koncertów, nagrań, prób i pracy z innymi muzykami. Z własnego doświadczenia powiedziałbym, że jedną z najlepszych lekcji muzyki jest granie koncertów z innymi muzykami. Nie da się odtworzyć tego, ile informacji i doświadczenia człowiek zdobywa w takich sytuacjach.
Myślę, że nauka muzyki jest podróżą. Zaczynamy od pewnych podstawowych informacji, a później stopniowo odkrywamy, jak wiele jeszcze jest do nauczenia. Im więcej się uczymy, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, jak wiele jeszcze nie wiemy. To jest dla mnie jedna z pięknych rzeczy w byciu muzykiem – nigdy nie mamy poczucia, że naprawdę dotarliśmy do końca.
Dlatego oczywiście potrzebny jest fundament i nauczyciel może bardzo dużo dać. Ale moim zdaniem wiele najważniejszych rzeczy poznaje się ostatecznie poprzez doświadczenie. Można coś wyjaśnić uczniowi, ale później musi on sam zagrać, popełnić błędy, posłuchać, wejść w relację z innymi muzykami i odkryć, co to wszystko naprawdę dla niego znaczy.
Być może dlatego sam nadal czuję, że się uczę. Po tylu latach wciąż nie mam poczucia, że dotarłem do jakiegoś ostatecznego miejsca. Wręcz przeciwnie – im więcej się uczę, tym większa wydaje mi się dalsza droga.
Sycylia, która może kiedyś zabrzmieć
Konrad Puławski:
Kiedy ustalaliśmy wcześniej szczegóły wysyłki płyty, napisałeś mi, że za kilka dni wybierasz się na Sycylię. Tak się złożyło, że sam tutaj mieszkam, więc przez moment była nawet szansa na spotkanie, do którego ostatecznie nie doszło. Później wspomniałeś, że bardzo lubisz Sycylię i zapewne jeszcze tu wrócisz. Zacząłem się więc zastanawiać, czy ta wyspa jest dla Ciebie po prostu miejscem, do którego dobrze się wraca, czy zaczyna już gdzieś pracować muzycznie. W Twojej twórczości miejsca – Paryż, Londyn, podróże przez różne części Europy – potrafią zostać znacznie dłużej niż sama wizyta. Czy wyobrażasz sobie, że Sycylia również kiedyś przedostanie się do kompozycji: przez miejscowych muzyków, rytm życia, krajobraz, jakieś usłyszane tam brzmienie? A może następny „most” będzie prowadził właśnie trochę bardziej na południe?
Maciek Pysz: Właściwie odpowiadam na te pytania właśnie z Sycylii i jest to już moja trzecia wizyta tutaj. Absolutnie uwielbiam tę wyspę i mam poczucie, że będę wracał tu jeszcze wiele razy. Więc zdecydowanie potrafię sobie wyobrazić, że Sycylia stanie się w przyszłości ważną częścią mojego życia, a z czasem również mojej muzyki.
Do tej pory miejscem, które chyba najmocniej mnie inspirowało, była południowa Francja, szczególnie okolice Nicei, gdzie również mieszkałem przez pewien czas. Oczywiście bardzo ważny jest dla mnie także Paryż. W ogóle Włochy od dawna są dla mnie źródłem inspiracji. Mieszkałem też kiedyś w Mediolanie i byłem w wielu częściach tego kraju, także dwa razy na Sardynii, którą również uwielbiam.
Ale w Sycylii jest coś innego. W jakiś sposób weszła mi do serca. Jest tu coś w krajobrazie, świetle, tempie życia i atmosferze, co bardzo mocno do mnie przemawia.
Nie wiem jeszcze, czy kiedyś przełoży się to na konkretną kompozycję, współpracę z lokalnymi muzykami czy po prostu pozostanie gdzieś w mojej muzycznej wyobraźni. Czasami miejsce musi trochę w nas pobyć, zanim zrozumiemy, co właściwie nam dało.
Nie wiem, czy kiedykolwiek zamieszkam na Sycylii na stałe, ale wiem, że będę tu regularnie wracał. A znając siebie, wcale bym się nie zdziwił, gdyby w pewnym momencie Sycylia zaczęła pojawiać się w mojej muzyce.
Płyty, których już nie słucha się samotnie
Konrad Puławski:
Twój ojciec nie był muzykiem, ale był jednym z pierwszych ludzi, z którymi naprawdę słuchałeś: przynosił nowe płyty, pokazał Ci Milesa Davisa, zabrał na Tomasza Stańkę, a potem wspólnie rozmawialiście o tym, co usłyszeliście. Po nagraniu płyty dedykowanej jego pamięci zastanawia mnie więc nie tyle, czego Cię nauczył, ile czy jego nieobecność zmieniła sposób, w jaki sam dziś słuchasz muzyki. Czy istnieje nagranie, do którego po 2024 roku wracasz inaczej właśnie dlatego, że nie możesz już później z nim o nim porozmawiać?
Maciek Pysz: Oczywiście mam szczególną więź z wieloma albumami i muzykami, których poznałem dzięki ojcu. Ale myślę, że najbardziej zmieniło się to, że bardzo często, słuchając muzyki, łapię się na myśli: „jemu by się to spodobało” albo „fajnie byłoby posłuchać tego razem”.
Wcześniej słuchanie muzyki było czymś, co dzieliliśmy. Dzisiaj te momenty stały się wspomnieniami, które bardzo sobie cenię. Często siadaliśmy razem, piliśmy wino i słuchaliśmy muzyki na jego bardzo dobrym sprzęcie. Miał ogromną ciekawość muzyki i nigdy nie był specjalnie przywiązany do jednego gatunku. Mogliśmy słuchać muzyki filmowej, potem Milesa Davisa, później Metalliki czy Rage Against the Machine, Prince’a, Pata Metheny’ego, Jeffa Becka, Deep Purple i wielu innych rzeczy.
Myślę, że ta otwartość również bardzo mnie ukształtowała.
Jednym z artystów, których mi przedstawił i którzy zostali ze mną na całe życie, jest Pat Metheny Group. „Still Life (Talking)” to album, którego nadal bardzo często słucham. Właściwie jest to chyba moja ulubiona muzyka do słuchania w samolocie. Często słuchaliśmy też razem „Letter from Home”. Takich płyt jest jednak znacznie więcej.
W domu nadal mamy jego kolekcję ponad tysiąca płyt CD. Kiedy odwiedzam mamę, czasami idę do jego dawnego gabinetu, gdzie wszystkie te płyty wciąż stoją. Wybieram kilka, nalewam sobie kieliszek wina i zaczynam słuchać. I w takich momentach mam czasami niemal fizyczne poczucie, że on słucha razem ze mną.
Myślę o nim codziennie i cały czas czuję jego obecność – również w mojej muzyce i podczas grania koncertów. Nie zawsze mówię o jego śmierci czy wpływie na mnie ze sceny, bo nie chcę, żeby każdy koncert stawał się dla publiczności zbyt ciężkim doświadczeniem. Ale on zawsze gdzieś jest w mojej głowie, kiedy gram.
Być może jego nieobecność sprawiła więc, że jeszcze bardziej uświadomiłem sobie, że słuchanie muzyki jest również dzieleniem pewnego doświadczenia z drugim człowiekiem. Nagranie może być dokładnie takie samo jak wcześniej, ale nagle ma dodatkową warstwę, ponieważ kojarzy się z osobą, z którą kiedyś go słuchałeś.
I może właśnie dlatego te stare albumy są dla mnie nadal tak ważne. Nie przypominają mi tylko muzyki. Przypominają mi słuchanie jej razem z nim.
Więcej o wcześniejszych nagraniach gitarzysty można przeczytać również w archiwum Laboratorium Muzycznych Fuzji, między innymi w recenzji albumu „London Stories” Maćka Pysza i Gianluki Corony.


