„St. Anger” nie jest katastrofą. To Metallica bez makijażu i bez wyjścia awaryjnego
Metallica St. Anger od lat funkcjonuje w internecie jak worek treningowy z doczepionym werblem: każdy może podejść, walnąć dwa razy i poczuć się jak znawca produkcji muzycznej. Powszechna opinia brzmi mniej więcej tak: najgorsza płyta Metalliki, metalowy błąd systemu, terapia grupowa przepuszczona przez śmietnik, album tak brzydki, że nawet okładka wygląda, jakby chciała wyjść wcześniej z własnej premiery. Tyle że ta opinia jest zbyt wygodna. „St. Anger” nie jest nieudaną wersją „Master of Puppets”. To bardzo dobra płyta o zespole, który przestał brzmieć jak pomnik i przez chwilę zabrzmiał jak awaria w środku człowieka. A awarii nie ocenia się tym samym uchem, którym mierzy się marmurowy riff z lat 80.
Właśnie dlatego ten tekst nie będzie kolejnym ceremonialnym kopniakiem w puszkę Larsa Ulricha. Na Laboratorium Muzycznych Fuzji przy okazji „72 Seasons” padła już myśl, która aż prosi się o rozwinięcie: z „St. Anger” można pamiętać każdy numer, nawet jeśli człowiek przez połowę odsłuchu ma ochotę wezwać hydraulika do werbla. To nie jest drobiazg. To jest oskarżenie wobec późnej, bezpieczniejszej Metalliki.
Najpierw ustalmy, z czego śmieje się internet
Lista zarzutów jest znana, wytarta, ale nie całkiem fałszywa. Brak gitarowych solówek. Suchy, metaliczny werbel. Utwory przeciągnięte ponad zdrowy rozsądek. Refreny powtarzane tak długo, jakby ktoś przy konsoli zasnął z łokciem na przycisku „jeszcze raz”. Teksty pełne prostych deklaracji bólu, gniewu, winy i nieporadnej autoterapii. Do tego produkcja, która zamiast polerować legendę, wkłada jej głowę do pustego kontenera i mówi: proszę, teraz śpiewaj.
To wszystko słychać. Udawanie, że „St. Anger” jest eleganckim, świetnie zredagowanym, kompozycyjnie zdyscyplinowanym albumem, byłoby równie sensowne jak twierdzenie, że „Lulu” to dobra muzyka do prasowania koszul. Nie, „St. Anger” bywa toporny. Bywa męczący. Bywa tak nieprzyjemny, że nawet jego najlepsze momenty nie tyle proszą o sympatię, ile wchodzą do pokoju w butach i siadają na stole.
Ale właśnie tu zaczyna się ciekawsza rozmowa. Bo być może problem nie polega na tym, że „St. Anger” jest brzydki. Być może problem polega na tym, że jest brzydki w sposób zbyt konsekwentny, by dało się go łatwo uznać za zwykłą wpadkę.
To nie jest zepsuty „Master of Puppets”. To dokument z miejsca katastrofy
„St. Anger” ukazał się 5 czerwca 2003 roku jako ósmy album studyjny Metalliki. Oficjalna dyskografia zespołu wymienia jedenastoutworowy materiał z takimi kompozycjami jak Frantic, St. Anger, Some Kind of Monster, Dirty Window, The Unnamed Feeling i All Within My Hands. Wersja albumowa trwa około 75 minut, czyli tyle, ile powinno trwać zebranie wspólnoty mieszkaniowej, jeśli wszyscy są już skłóceni jeszcze przed rozpoczęciem obrad.
Tu nie chodzi jednak tylko o długość. Album powstał w czasie, kiedy Metallica była zespołem po przejściach, po odejściu Jasona Newsteda, po kryzysie wewnętrznym, po okresie publicznego zmęczenia własnym statusem i po terapii, która przestała być tłem, a stała się częścią samej narracji. Louder w swoim obszernym tekście o historii „St. Anger” przypomina cały ten kontekst: Napster, napięcia wewnętrzne, odejście basisty, rehab Jamesa Hetfielda, pracę z Philem Towle’em i atmosferę dokumentu „Some Kind of Monster”. To nie były okoliczności sprzyjające nagraniu kolejnego lśniącego metalowego monumentu. To były okoliczności sprzyjające nagraniu czegoś pokracznego, nerwowego i prawdziwie niekomfortowego.
I dokładnie takie jest „St. Anger”. Nie klasyczne. Nie dostojne. Nie „dla fanów, którzy chcą jeszcze raz usłyszeć, jak koń galopuje przez Bay Area”. To płyta o ludziach, którzy zostali zamknięci w swojej własnej legendzie i zaczęli walić w ściany, żeby sprawdzić, czy coś jeszcze odpowiada.
Werbel Larsa: nieładny, nieznośny, ale potrzebny
Najłatwiej zacząć od werbla, bo to on stał się maskotką całej nienawiści. Ten dźwięk jest suchy, metaliczny, pusty, rozstrojony emocjonalnie i fizycznie irytujący. Brzmi trochę tak, jakby ktoś nagrywał perkusję w magazynie z garnkami, po czym stwierdził: „świetnie, zostawiamy, ludzie będą cierpieć”.
Ale krytyka tego werbla często zatrzymuje się na poziomie miny. „Ha, ha, puszka”. Koniec analizy. Tymczasem Bob Rock tłumaczył w Kerrang!, że ten dźwięk był bliski temu, jak zespół brzmiał w swojej przestrzeni prób. Można mu nie wierzyć w sensie estetycznym, ale argument ma sens: „St. Anger” nie brzmi jak płyta dopieszczona do stadionu. Brzmi jak próba uchwycenia zespołu w stanie surowym, zanim ktoś przyjdzie z mądrym notesem producenta i zacznie wygładzać pęknięcia.
Czy ten werbel jest dobry w tradycyjnym sensie? Nie. Czy pasuje do albumu? Niestety dla memów — tak. To nie jest werbel, który ma bujać, olśniewać albo budować majestat. To sygnał alarmowy. Tępy gwóźdź w czole. Dźwięk, który odmawia komfortu. A „St. Anger” jest albumem, który nie powinien być komfortowy, bo komfort byłby tu kłamstwem w lakierowanych butach.
Brak solówek to nie ubytek. To zdjęcie zbroi
Drugim wielkim zarzutem jest brak gitarowych solówek. W przypadku Metalliki to brzmi jak bluźnierstwo. Kirk Hammett bez solówek? To trochę jak restauracja rybna bez ryb, kościół bez echo, festiwal bez kogoś, kto pyta, czy jeszcze daleko do sceny głównej.
A jednak właśnie brak solówek jest jednym z najważniejszych gestów tego albumu. Solówka w klasycznej Metallice często pełni funkcję wyjścia na szeroki plan: po zwrotce, riffie i napięciu nagle pojawia się przestrzeń, popis, kulminacja, wyprowadzenie słuchacza z tunelu. Na „St. Anger” tunelu nikt nie opuszcza. Nie ma eleganckiego wyjścia awaryjnego. Nie ma bohaterskiego oddechu. Jest pętla, nacisk, repetycja, krzyk, riff i kolejny riff, czasem lepszy, czasem gorszy, ale zawsze bardziej cielesny niż popisowy.
W tym sensie „St. Anger” jest antyheroiczną płytą Metalliki. Zabiera zespołowi część jego dawnego majestatu. Nie daje fanom chwili, w której można powiedzieć: „o, teraz Kirk nas uniesie”. Nie unosi. Tu nikt nikogo nie niesie. Tu wszyscy idą pieszo przez hałas.
Ten album warto usłyszeć jako całość, bo dopiero wtedy widać, że jego najbardziej znienawidzone decyzje tworzą wspólny język, a nie tylko listę produkcyjnych grzechów do odczytania przy ognisku fanów „Ride the Lightning”.
Frantic: Metallica w trybie paniki, nie autopilota
Frantic jest otwarciem idealnie nieprzyjemnym. Nie dlatego, że to najlepszy utwór na płycie, ale dlatego, że od razu ustawia parametry świata: nic nie będzie tu miękkie, nic nie będzie elegancko rozwiązane, nikt nie poda ręki słuchaczowi i nie powie: „spokojnie, zaraz zagramy klasyczną Metallikę”.
Riff jest nerwowy, rytm goni własny ogon, wokal Hetfielda nie ma w sobie dawnej ceremonialnej potęgi. Jest bardziej jak monolog kogoś, kto usiłuje przekrzyczeć siebie. Powtarzane frazy nie działają tu jak klasyczny refren do śpiewania pod sceną. Działają jak natrętna myśl. A natrętna myśl z definicji nie zna dobrego smaku. Ona nie przychodzi w dobrze skrojonym garniturze. Ona wraca, wraca, wraca i jeszcze raz wraca, aż zaczynasz rozumieć, że kompozycyjna przesada jest tutaj częścią psychologii nagrania.
Oczywiście, można powiedzieć: skrócić o dwie minuty, wyrzucić kilka powtórzeń, uporządkować strukturę. Można. Tylko wtedy „Frantic” stałby się sprawniejszym singlem, ale mniej przekonującym objawem. A „St. Anger” nie jest katalogiem singli. Jest płytą objawów.
St. Anger: utwór, który powinien boleć
Tytułowy St. Anger to numer, który najłatwiej sprowadzić do karykatury. Refren jest prymitywny, werbel bezlitosny, całość napiera bez finezji. Tylko że ten utwór nie ma być finezyjny. On ma być jak gniew, który nie nauczył się jeszcze gramatyki.
Najciekawsze jest to, że Metallica nie próbuje tu opowiadać gniewu z bezpiecznej odległości. Nie mamy narratora, który wspomina dawne demony z perspektywy wygodnej kanapy i umiarkowanie drogiej terapii. Mamy zespół, który wchodzi w sam środek chaotycznej energii. Brzmi to topornie, bo sam gniew jest toporny. Brzmi powtarzalnie, bo gniew jest powtarzalny. Brzmi chwilami głupio, bo wściekłość rzadko bywa inteligentna w chwili, gdy właśnie przewraca krzesło.
Oficjalny teledysk nagrany w San Quentin dobrze pokazuje, dlaczego ten utwór działa mimo całej swojej nieokrzesanej konstrukcji. Nie jako elegancki singiel. Jako spektakl napięcia, który bardziej dokumentuje stan niż ozdabia piosenkę.
Some Kind of Monster: za długie, ale zbyt ważne, żeby je wyrzucić
Some Kind of Monster jest jednym z tych utworów, które równocześnie wzmacniają i osłabiają obronę całej płyty. Tak, trwa za długo. Tak, mógłby być bardziej zwarty. Tak, jego ciężar momentami przechodzi w ociężałość, a ociężałość w chodzenie po mieszkaniu w butach narciarskich. Ale ma w sobie coś, czego brakuje wielu późniejszym nagraniom Metalliki: poczucie realnego zagrożenia.
To nie jest utwór, który „ładnie rozwija temat”. To raczej wielki, krzywy blok riffów, przez który zespół przepycha się barkiem. Tytuł późniejszego dokumentu nieprzypadkowo brzmi jak diagnoza całej epoki. Metallica na „St. Anger” jest jak własny potwór: zbyt duża, zbyt sławna, zbyt zraniona, zbyt świadoma oczekiwań i za bardzo rozbita, żeby po prostu wrócić do domu i nagrać „Battery 2: Jeszcze Szybciej”.
W tym kontekście dobrze działa też wewnętrzne zestawienie z tekstem „Metallica – marka na sterydach”. Bo „St. Anger” jest paradoksalnie jednym z tych momentów, kiedy marka pęka. Nie znika, nie biednieje, nie traci stadionów. Ale nagle widać pod spodem nerw, konflikt i bardzo ludzką nieumiejętność eleganckiego cierpienia.
The Unnamed Feeling: tu brzydota zamienia się w sens
Jeśli ktoś chce bronić „St. Anger” jednym utworem, powinien sięgnąć po The Unnamed Feeling. To najbardziej przekonujący dowód, że pod całą blachą, hałasem i produkcyjnym uporem kryje się nie tylko frustracja, ale też emocjonalna konkretność. Kompozycja ma więcej oddechu niż wiele innych fragmentów albumu, a jej ciężar nie polega na szybkim ataku, tylko na narastaniu napięcia.
Hetfield brzmi tu mniej jak metalowy kaznodzieja, bardziej jak człowiek, który próbuje nazwać stan, zanim ten stan nazwie jego. I nagle ta cała estetyka „St. Anger” — sucha, nieelegancka, niemal antymuzyczna w swojej niechęci do ozdobników — zaczyna działać na głębszym poziomie. Nie ma tu klasycznej katharsis. Nie ma pięknego rozwiązania. Jest duszność. Jest ciało. Jest psychiczny ucisk, który nie zamienia się w ładny refren do samochodu.
To właśnie dlatego sprowadzanie całej płyty do werbla jest lenistwem. W The Unnamed Feeling słychać, że „St. Anger” potrafi być czymś więcej niż tylko agresywną pomyłką produkcyjną. Potrafi być nieprzyjemną, ale trafną mapą napięcia.
Lepsza technicznie, ale mniej ryzykowna
Najciekawsze porównanie nie prowadzi wcale do „Master of Puppets” czy „Ride the Lightning”. To byłoby zbyt łatwe i zbyt niesprawiedliwe. „St. Anger” nie wygra z klasykami Metalliki w kategorii kompozycyjnej architektury, riffowej doskonałości czy metalowego mitu. Nie taki jest sens tego sporu.
Ciekawsze jest zestawienie z późniejszą Metalliką. „Death Magnetic”, „Hardwired… to Self-Destruct” czy „72 Seasons” często brzmią jak próby odbudowania bezpiecznego porozumienia z fanami: więcej solówek, więcej klasycznych struktur, więcej znajomego galopu, więcej deklaracji „spokojnie, pamiętamy, kim jesteśmy”. I czasem działa to bardzo dobrze. Ale często działa też jak konserwacja pomnika, któremu ktoś co kilka lat zmienia oświetlenie.
W tym sensie „Hardwired… to Self-Destruct” czy „72 Seasons” mogą być płytami bardziej profesjonalnymi, ale niekoniecznie bardziej żywymi. „St. Anger” oddycha ciężej, sapie, brudzi się, gubi proporcje, przesadza, męczy. Ale przynajmniej nie brzmi jak zespół, który wypełnia formularz pod tytułem: „proszę zaznaczyć trzy elementy klasycznej Metalliki, które mają pojawić się w nowym albumie”.
Ta płyta ryzykuje śmieszność. A w rocku i metalu ryzyko śmieszności jest często bardziej wartościowe niż bezbłędne odtwarzanie własnej legendy. Problem w tym, że publiczność lubi ryzyko dopiero wtedy, gdy historia już je oswoi i dopisze mu elegancki przypis.
No dobra, ta płyta naprawdę ma poważne problemy
Żeby nie zamienić obrony „St. Anger” w odwrócony fanatyzm, trzeba powiedzieć jasno: to nie jest album bez wad. Jest za długi. Niektóre kompozycje powinny przejść przez montaż z bezwzględnością chirurga, a nie przez zebranie terapeutyczne, na którym każdy riff ma prawo wyrazić swoje uczucia. Invisible Kid testuje cierpliwość. Purify brzmi jak moment, w którym zespół miał energię, ale zgubił pomysł na jej sensowne ukierunkowanie. All Within My Hands ma fascynujący potencjał, ale jego końcówka potrafi zmęczyć bardziej niż kolejka do toalety na festiwalu po koncercie głównej gwiazdy.
Do tego produkcja jest radykalna, ale nie zawsze skuteczna. Są momenty, w których brud przestaje być znaczeniem, a zaczyna być przeszkodą. Są fragmenty, w których powtarzalność nie buduje obsesji, tylko rozciąga materiał jak gumę do żucia przyklejoną pod ławką. To trzeba uczciwie przyznać. Obrona „St. Anger” nie może polegać na tym, że każdą wadę nazwiemy geniuszem, bo wtedy sekator zamieni się w różowe nożyczki z papierniczego.
Ale właśnie dlatego sensowna teza brzmi: „St. Anger” to bardzo dobra płyta, nie płyta perfekcyjna. Bardzo dobra, bo osobna. Bardzo dobra, bo ryzykowna. Bardzo dobra, bo nie da się jej pomylić z żadnym innym albumem Metalliki. Bardzo dobra, bo nawet wtedy, gdy irytuje, irytuje własnym charakterem, a nie brakiem charakteru.
Grammy, memy i dziwny status płyty przeklętej
Paradoks recepcji „St. Anger” polega na tym, że album stał się symbolem porażki, choć nie funkcjonował wyłącznie jako porażka. Singiel St. Anger zdobył nagrodę Grammy za Best Metal Performance w 2004 roku, co oficjalna strona Grammy nadal odnotowuje w historii kategorii. Czy Grammy zawsze rozumie metal? Spokojnie, nie otwierajmy tej piwnicy bez latarki. Ale sam fakt pokazuje, że ówczesny odbiór nie był tak prosty, jak późniejszy internetowy folklor.
Lista laureatów Grammy w kategorii Best Metal Performance potwierdza zwycięstwo St. Anger, a oficjalna strona Metalliki traktuje album jak normalną część dyskografii, nie jak wstydliwą plamę schowaną za wzmacniaczem. Oczywiście, zespół i fani przez lata żartowali z pewnych decyzji, a sam album pozostał jednym z najbardziej dzielących punktów katalogu. Ale „dzielący” nie znaczy „bezwartościowy”. Czasem znaczy po prostu: zbyt krzywy, żeby łatwo go oprawić w ramkę.
Najbardziej leniwa narracja mówi: „wszyscy wiedzą, że to najgorsza płyta Metalliki”. Tylko że „wszyscy wiedzą” to często moment, w którym kończy się słuchanie, a zaczyna recytowanie komentarzy. „St. Anger” zasługuje na więcej niż recytację.
Dlaczego „St. Anger” jest lepszy niż jego reputacja?
Bo ma tożsamość. To brzmi banalnie, ale w przypadku zespołu wielkości Metalliki jest sprawą zasadniczą. Wielkie zespoły często wpadają w pułapkę własnego rozmiaru: wszystko musi być duże, wszystko musi pasować do hali, wszystko musi mieć riff, refren, solówkę, moment dla świateł, moment dla koszulek i moment dla fanów z pierwszych rzędów, którzy pamiętają czasy, kiedy jeszcze bolały ich kolana z innych powodów.
„St. Anger” nie spełnia tego kontraktu. Nie daje oczekiwanego komfortu. Nie proponuje klasycznej przyjemności. Nie głaszcze fana po głowie. Nie udaje, że zespół jest w świetnej formie psychicznej, kreatywnej i interpersonalnej. Przeciwnie: pokazuje wielką maszynę w stanie tarcia. I właśnie dlatego jest ważny nie tylko jako ciekawostka biograficzna, ale jako muzyczne doświadczenie.
Warto tu przypomnieć także tekst „Człowiek z Metalu. Szczegółowa biografia Jamesa Hetfielda”, bo Hetfield bywa przedstawiany głównie jako monumentalny frontman i riffowy architekt. Na „St. Anger” ta monumentalność zostaje poruszona od środka. Wokalnie nie jest to jego najbardziej elegancki album. Ale jest jednym z bardziej odsłoniętych. Nie w sensie delikatnego singer-songwritera z kubkiem herbaty i smutną lampką. Raczej w sensie człowieka, który próbuje mówić przez zaciśnięte zęby, bo inaczej wszystko rozsypie się na podłogę.
Nie trzeba kochać „St. Anger”. Wystarczy przestać udawać, że to tylko żart
Największą krzywdą, jaką zrobiono „St. Anger”, nie jest krytyka. Krytyka jest potrzebna. Ten album sam wystawia się na ciosy, czasem wręcz z podziwu godną beztroską. Największą krzywdą jest sprowadzenie go do jednego dźwięku, jednego mema, jednej łatwej reakcji.
Bo kiedy odłożymy na bok internetowy kabaret z werblem, zostaje płyta dziwna, agresywna, odarta z ozdobników i głęboko niekomfortowa. Płyta, która nie zawsze działa, ale prawie zawsze coś komunikuje. Płyta, która może przegrać w konkursie na najlepszą Metallikę, ale wygrać w konkursie na Metallikę najbardziej odsłoniętą, najbardziej niepewną i najbardziej gotową zaryzykować własną śmieszność.
A to wcale nie jest mało. Szczególnie w świecie, w którym wielu rockowych gigantów woli bezpiecznie dreptać po własnych śladach, sprawdzając co kilka minut, czy merch dobrze się sprzedaje.
Dlatego tak: „St. Anger” to bardzo dobra płyta. Nierówna, drażniąca, przerośnięta i miejscami nieznośna. Ale bardzo dobra. Bo brzmi jak coś, co musiało się wydarzyć, a nie jak coś, co zostało obliczone, by nikogo nie zdenerwować. A Metallica, która nikogo nie denerwuje, to dopiero byłby naprawdę smutny widok.
Po cięciu
„St. Anger” nie jest albumem do rehabilitacji przez ślepy sentyment. Jest albumem do odzyskania spod memów. To nie pomyłka udająca arcydzieło, tylko brzydki, nerwowy i zaskakująco szczery zapis zespołu, który przez chwilę przestał konserwować własną legendę. Można go nie lubić. Ale nie wypada już udawać, że cały spór kończy się na dźwięku werbla.




