Miles Davis: jazz bez instrukcji obsługi
Miles Davis: jazz bez instrukcji obsługi

Miles Davis: jazz bez instrukcji obsługi

Miles Davis: jazz bez instrukcji obsługi
Miles Davis: jazz bez instrukcji obsługi

Muzyka zaczyna się tam, gdzie kończy się oczywistość. Miles Davis i sztuka grania braku

Są zdania, które brzmią jak aforyzm, ale w rzeczywistości są miną przeciwpiechotną podłożoną pod wygodne myślenie. „Nie graj tego, co jest. Graj to, czego nie ma” — powiedział podobno Miles Davis i od razu połowa muzyków powinna była odłożyć instrumenty, a druga połowa przynajmniej przestać udawać, że wie, co robi.

Bo to nie jest złota myśl do kalendarza z trąbką w tle. To jest rozkaz dezercji. Ucieczki z armii poprawności, w której każdy dźwięk ma mieć mundur, wypastowane buty i zgodę komisji estetycznej. Davis nie pytał, czy wypada. Davis sprawdzał, czy po wejściu w nieznane dalej da się oddychać. I, co najgorsze dla wszystkich grzecznych uczniów jazzu, zwykle się dało.

Na Laboratorium Muzycznych Fuzji takie zdania lubimy szczególnie, bo pachną kłopotem. A kłopot w muzyce jest jak sól w kuchni: bez niego niby da się żyć, ale po co sobie robić taką krzywdę?

Davis nie grał nut. Davis organizował brak

Największe nieporozumienie polega na tym, że wielu słuchaczy wciąż myśli o jazzie jak o zawodach sportowych. Kto szybciej? Kto wyżej? Kto bardziej skomplikowanie? Kto zagra solo tak długie, że pod koniec trzeba będzie wymienić publiczność na świeżą?

Davis miał na to odpowiedź okrutną: nie muszę. I właśnie w tym „nie muszę” mieszkała jego wielkość.

Weźmy „Kind of Blue”. Płyta tak kanoniczna, że aż niebezpieczna, bo kanony mają tę wadę, że ludzie zaczynają je szanować zamiast słuchać. „So What” nie wchodzi jak manifest. Nie wali pięścią w stół. Raczej odsuwa krzesło, siada bokiem i patrzy, czy sam zrozumiesz, że coś się zmieniło.

Tu nie chodzi o to, że Davis gra mało. Każdy może grać mało. Wystarczy nie umieć więcej. Davis gra mało tak, jak dobry reżyser zostawia pusty kadr: żebyś zauważył, że pustka też ma dramaturgię. Trąbka nie opowiada całej historii. Ona tylko uchyla drzwi. Resztę musisz sobie dopowiedzieć. I nagle okazuje się, że słuchacz, ta zwykle rozpieszczona istota domagająca się refrenu jak rachunku po obiedzie, musi wykonać pracę.

Skandal.

„Kind of Blue”, czyli elegancja bez lokaja

„Kind of Blue” jest często opisywane jako arcydzieło modalnego jazzu. Pięknie. Bardzo ładnie. Można przy tym zasnąć z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku edukacyjnego. Tyle że ta płyta działa nie dlatego, że można ją opisać mądrym terminem. Ona działa, bo brzmi jak ktoś, kto przestał się spieszyć w świecie ludzi wiecznie spóźnionych do własnego życia.

W 1959 roku jazz miał już swoje rytuały, swoje salony, swoje popisy i swoje ambicje. Davis wszedł w to wszystko i zamiast dorzucić kolejną warstwę ozdób, zaczął zdejmować. Mniej akordowego tłoku. Mniej gimnastyki. Więcej powietrza. Więcej napięcia pomiędzy tym, co zagrane, a tym, co tylko zasugerowane.

I właśnie tam zaczyna się prawdziwa rozmowa. Nie między muzykami, bo oni oczywiście rozmawiają cały czas. Między muzyką a słuchaczem. „Freddie Freeloader” czy „Blue in Green” nie mówią: patrz, jakie jesteśmy wyrafinowane. One mówią: podejdź bliżej, ale bez butów ubłoconych oczekiwaniami.

To jest jazz bez lokaja. Elegancki, ale nie usługowy.

Potem Davis podłączył jazz do prądu i puryści dostali wysypki

Każdy artysta z czasem dostaje propozycję nie do odrzucenia: zostań własnym pomnikiem. Publiczność cię lubi, krytycy już wiedzą, gdzie cię postawić, wytwórnia wie, jak cię sprzedać, a ty możesz przez następne dwadzieścia lat dostarczać wersje samego siebie. Trochę cieplejsze, trochę chłodniejsze, ale zawsze z certyfikatem autentyczności.

Davis zrobił coś bardziej niegrzecznego. Zaczął się wymykać.

„Bitches Brew” nie brzmi jak kontynuacja „Kind of Blue”. Brzmi raczej tak, jakby ktoś wyniósł fortepian z eleganckiego klubu, wrzucił go do kotłowni, dołożył kable, perkusję, elektryczne piano, rytuał, pot, dym i powiedział: proszę bardzo, oto wasza czysta forma, tylko trochę się ubrudziła po drodze.

Puryści oczywiście musieli cierpieć. Puryści cierpią zawodowo. Gdyby za cierpienie nad „upadkiem prawdziwej muzyki” płacono składki emerytalne, wielu z nich miałoby dziś wille z widokiem na przeszłość.

A Davis? Davis znowu grał to, czego nie było. Nie było już grzecznej granicy między jazzem, rockiem i funkiem. Nie było wygodnej mapy. Nie było tradycyjnej narracji, w której temat przychodzi w garniturze, solo robi ukłon, a zespół wraca do domu przed ciszą nocną. Była masa. Puls. Trans. Studio jako instrument. Zespół jako organizm, który bardziej przypomina ruch uliczny niż kwartet z fotografii prasowej.

Warto o tym poczytać choćby w materiałach poświęconych historii sesji „Bitches Brew”, bo tam widać wyraźnie, że Davis nie zmieniał brzmienia dla kaprysu. On nie doklejał nowoczesności jak świecącego breloczka do kluczy. On rozumiał, że epoka zmieniła temperaturę. A jeśli epoka ma gorączkę, nie gra się jej kołysanki z termometrem w ustach.

„In a Silent Way”: kiedy cisza nie jest przerwą, tylko bohaterem

Najbardziej fascynujące u Davisa nie jest jednak to, że potrafił hałasować inaczej niż inni. Bardziej fascynujące jest to, że potrafił milczeć w taki sposób, że robiło się głośno.

„In a Silent Way” to tytuł niemal bezczelny. W czasach, kiedy wszystko musi wrzeszczeć, sprzedawać się, błyskać, zapraszać, zachęcać, krzyczeć „nowość”, „przełom”, „najlepsze”, Davis proponuje drogę cichą. Nie nijaką. Cichą. To duża różnica, choć nie dla wszystkich dostępna bez instrukcji obrazkowej.

Ta muzyka nie prowadzi za rękę. Ona raczej idzie obok i co jakiś czas znika za rogiem. John McLaughlin, Joe Zawinul, Herbie Hancock, Chick Corea, Tony Williams — to nie są nazwiska do ozdoby. To ludzie, którzy potrafili zagrać wszystko, więc Davis musiał zrobić rzecz najtrudniejszą: namówić ich, żeby nie grali wszystkiego.

To brzmi prosto tylko dla kogoś, kto nigdy nie spotkał muzyka z nadmiarem umiejętności. Nadmiar umiejętności bywa jak nadmiar przypraw: kucharz jest z siebie dumny, gość udaje zachwyt, a potrawa wygląda jak skład chemiczny pasty do zębów.

Davis wiedział, że czasem największą odwagą jest powstrzymać rękę. Nie dlatego, że nie masz pomysłu. Dlatego, że masz ich za dużo i nie wszystkie zasługują na obywatelstwo.

Niels, Miles i ta dziwna sprawa z setką

Wspomniałeś o Nielsie, ale w tym kontekście trudno nie pomyśleć przede wszystkim o Davisie i jego setnych urodzinach. Miles, urodzony 26 maja 1926 roku, obchodziłby właśnie sto lat. I to jest zabawne, bo rocznice wielkich artystów zwykle zamieniają się w nekrolog z balonikami. Trochę wspominek, trochę cytatów, obowiązkowa fotografia, może winyl na Instagramie i już: kultura odfajkowana.

Tylko że Davis nie nadaje się do odfajkowania. On się nie mieści w rocznicowej ramce. Wkładasz go jako jazzmana, wychodzi jako awangardzista. Wkładasz jako trębacza, wychodzi jako producent przestrzeni. Wkładasz jako ikonę cool, wychodzi jako nerwowy sabotażysta własnej legendy.

I bardzo dobrze. Artyści, którzy mieszczą się w jednej definicji, są wygodni jak meble z katalogu. Davis był raczej jak krzesło, na którym nie da się siedzieć normalnie, ale po chwili odkrywasz, że przez to prostują ci się plecy.

Dlaczego to zdanie nadal boli?

„Graj to, czego nie ma” boli, bo wymaga odwagi nie tylko od muzyka, ale też od słuchacza. Łatwo mówić, że kochamy eksperymenty, dopóki eksperyment nie zaczyna eksperymentować na nas. Lubimy ryzyko w opisie albumu. W praktyce często chcemy, żeby nowość była znajoma, bunt dobrze zmiksowany, a awangarda miała refren do nucenia przy zmywaniu naczyń.

Davis pokazuje coś niewygodnego: że prawdziwa zmiana nie polega na dodaniu efektu, szybszego tempa albo bardziej egzotycznego instrumentu. Prawdziwa zmiana polega na przesunięciu pytania. Nie: „co jeszcze mogę zagrać?”. Raczej: „czego tu brakuje tak bardzo, że aż zaczyna mówić?”.

To pytanie dotyczy jazzu, rocka, popu, hip-hopu, elektroniki, a nawet tej smutnej kategorii muzyki, która powstaje chyba wyłącznie po to, żeby grać w tle podczas wybierania kafelków do łazienki. W każdej stylistyce można grać to, co jest. I w każdej można spróbować zagrać dziurę w powietrzu. Tylko za tę drugą opcję nikt nie daje gwarancji producenta.

Największy luksus: nie dopowiadać

Davis był mistrzem niedopowiedzenia. A niedopowiedzenie jest dziś towarem luksusowym. Żyjemy w epoce, w której wszystko musi zostać wyjaśnione, opisane, podpisane, streszczone, zrecenzowane, ocenione i jeszcze przerobione na krótkie wideo dla ludzi, którzy nie mają czasu żyć, bo muszą konsumować treści o życiu.

Dlatego Davis brzmi świeżo. Nie dlatego, że jego płyty nie mają wieku. Mają. Słychać epoki, studia, instrumenty, decyzje produkcyjne, mody, pęknięcia. Ale słychać też coś rzadszego: niezgodę na oczywistość. A to się starzeje wolniej niż technologia.

W „Kind of Blue” brak jest elegancki. W „Bitches Brew” brak jest dziki. W „In a Silent Way” brak jest mistyczny, ale bez kadzidła i taniego zamglenia. W każdym przypadku Davis zostawia słuchaczowi przestrzeń. Nie jak uprzejmy gospodarz. Bardziej jak ktoś, kto mówi: masz, radź sobie. I zamyka drzwi od zewnątrz.

Po co nam dziś Davis?

Po co nam dziś Miles Davis? Nie po to, żebyśmy mogli mądrze kiwać głową nad klasyką. Od kiwania głową są figurki na desce rozdzielczej. Davis jest potrzebny, bo przypomina, że muzyka bez ryzyka szybko zamienia się w dekorację. Ładną, profesjonalną, dobrze oświetloną. Martwą.

Jego słynne zdanie nie mówi: bądź dziwny dla samej dziwności. To też jest pułapka, tylko w innym kapeluszu. Ono mówi raczej: nie ufaj pierwszemu rozwiązaniu. Nie graj nuty tylko dlatego, że pasuje. Nie wypełniaj ciszy tylko dlatego, że się jej boisz. Nie zostawaj kustoszem własnego stylu, kiedy możesz być włamywaczem do własnych przyzwyczajeń.

I może właśnie dlatego Davis nadal drażni. Bo nie daje się grzecznie uczcić. Nie wystarczy go postawić na półce między „ważne” a „legendarne”. Trzeba go słuchać tak, jak on grał: z podejrzliwością wobec tego, co oczywiste.

Jeśli masz własną teorię, dlaczego Davis nadal działa — albo dlaczego czasem działa jak drzazga pod paznokciem — napisz komentarz. Polemika jest zdrowsza niż muzealna cisza. A potem zajrzyj do naszych tekstów o jazzie, przeczytaj więcej recenzji płyt i zostań chwilę w dziale wywiadów. Oczywistość naprawdę nigdzie nie ucieknie. Niestety ma świetną frekwencję.

Verified by MonsterInsights