
Pierwsze sekundy The Vanishing uruchomiły we mnie zawodową podejrzliwość. Geezer Butler grający intro na płycie Mastodon brzmi przecież jak pomysł tak oczywisty, że człowiek odruchowo sprawdza, czy zaraz obok nie pojawi się limitowana edycja winylu w kolorze „Sabbath Purple” za dodatkowe czterdzieści dolarów. Tymczasem Butler wchodzi do utworu bez fanfar. Bas jest brudny, ciężki, przez chwilę nawet trochę niezdecydowany, jakby ktoś zostawił włączone nagrywanie podczas sprawdzania wzmacniacza. Dopiero potem wyłania się motyw. Bardzo prosty. Bardzo jego.
I ten początek został ze mną na dłużej niż wiele bardziej efektownych fragmentów „Marrow Deep”. Album jest napakowany świetnymi muzykami, solówkami, zmianami faktury, wokalistami gościnnymi i historiami, z których przeciętny dział marketingu zbudowałby kampanię na trzy kwartały. A jednak kilka najlepszych momentów bierze się tutaj z powściągliwości. Trochę mnie to zaskoczyło, bo po pierwszych dwóch numerach zapowiadało się raczej na płytę, która zamierza kopnąć drzwi, a później dla pewności jeszcze sprawdzić, czy framuga przeżyła.
Barbarians Blood ma w sobie bardzo dużo dawnego Mastodon: gitarę przemieszczającą akcent ciężaru co kilka chwil, pracowitą sekcję i Branna Dailora grającego tak, jakby każda wolna przestrzeń między riffami była osobistą obrazą. Dodatkowa perkusja Bena Kollera zwiększa bałagan w najlepszym znaczeniu tego słowa. Numer jest nerwowy, poszarpany, pełen tych drobnych przestawień, po których człowiekowi wydaje się, że już zna riff, a za moment musi uczyć się go ponownie.
Poisonous Weapons idzie bardziej po ziemi. Ma więcej ciężaru w środku pasma, mniej odlotów, bardzo konkretny napęd. Przy trzecim czy czwartym odsłuchu zacząłem jednak podejrzewać, że wcale nie te najbardziej agresywne utwory będą decydowały o wartości całej płyty. Mastodon potrafi grać ciężko od 2000 roku. Informacja, że nadal umie, jest miła, lecz mniej więcej tak odkrywcza jak wiadomość, że na Alasce zdarzają się chłodne wieczory.
Problem tej płyty leży gdzie indziej i nawet trudno nazwać go problemem, bo zaczyna się od człowieka, którego tutaj nie ma.
Nick Johnston i João Nogueira
Brent Hinds opuścił Mastodon w marcu 2025 roku. Pięć miesięcy później zginął w wypadku motocyklowym. Z zespołem spędził niemal ćwierć wieku i nie trzeba przesadnie romantyzować jego roli, żeby przyznać rzecz oczywistą: jego gitara powodowała kłopoty. Czasami cudowne. W utworze, który szedł już w rozsądnym kierunku, Hinds potrafił nagle postawić znak prowadzący w góry, na bagna albo do baru, którego pozostali muzycy nie mieli wcześniej w planie odwiedzać. Zdarzało się, że ten bałagan szkodził. Częściej tworzył coś, czego zespół sam nie umiałby wcześniej zaplanować.
Nick Johnston dostał więc rolę niewdzięczną z definicji. Każda jego solówka będzie przez jakiś czas ważona obok solówek człowieka, którego właśnie zastąpił na gitarze. Gra z większą kontrolą, bardzo melodyjnie, szeroko prowadzi frazy, rzadziej doprowadza je na skraj wykolejenia. W Out Like a Lamb może wreszcie trochę poszaleć i robi to znakomicie; problem pojawia się dopiero wtedy, gdy przypominamy sobie, że w przypadku Mastodon „znakomita solówka” nie zawsze oznaczała „bezpieczna solówka”. Bywały tu rzeczy krzywe, wręcz paskudne, a po chwili okazywało się, że właśnie tego utwór potrzebował.
Przez sporą część „Marrow Deep” odruchowo czekałem na podobne zdarzenie. Potem zainteresowało mnie coś innego.
João Nogueira robi na tej płycie znacznie więcej, niż sugerowałoby zwykłe dopisanie w składzie słów „instrumenty klawiszowe”. Jego partie czasami wychodzą na pierwszy plan, czasami wiszą gdzieś za gitarami i zmieniają ich kolor. Najlepiej słychać to w Moth and Bone. Początek jest miękki, prawie senny. Klawisze trzymają tę część w lekkim zawieszeniu, a kolejne wejścia zespołu nie powodują gwałtownego zerwania nastroju. Utwór rośnie powoli. Gitary przybierają na wadze, perkusja zaczyna pracować gęściej, ale ślad początkowej melodii zostaje wewnątrz całej konstrukcji.
Taki sposób budowania utworu Mastodon znał wcześniej. Nowa jest proporcja. Klawisze przestały być dodatkiem ustawianym za gitarzystami, żeby na zdjęciu rodzinnym nie zostało puste miejsce. Czasem właśnie one decydują, gdzie kompozycja może skręcić.
I chyba dlatego po kilku odsłuchach coraz mniej brakowało mi na tej płycie drugiego Hindsa. Nadal brakowało Hindsa. To zupełnie inna sprawa.
Your Ghost Again najdotkliwiej przypomina, z jakiego miejsca powstawał ten materiał. Dailor stracił wcześniej matkę, Michele Lawrence; później przyszła śmierć byłego kolegi z zespołu, z którym relacje pod koniec były dalekie od łatwych. Mastodon wszedł do studia krótko po tragedii. Nie potrzeba szczególnie bujnej wyobraźni, żeby zrozumieć, że w takich warunkach słowo „żałoba” jest trochę za schludne. Do smutku dochodzą złość, wyrzuty sumienia, niedokończone rozmowy, wspomnienia rzeczy dobrych i rzeczy, których już nie da się naprawić.
Na Your Ghost Again te emocje pozostają czytelne również bez znajomości całego biograficznego bagażu. Dailor śpiewa wysoko, momentami niemal lekko, a pod nim zespół ciągnie ciężką gitarową masę. Pod koniec wszystko gęstnieje. Utwór zaczyna gryźć mocniej, jakby delikatniejsza część wyczerpała swoje możliwości. Zwyczajnie dobrze to napisano. I cieszę się, że żaden producent nie wpadł na pomysł dopisania tam chóru dziecięcego, kwartetu smyczkowego i dzwonu pogrzebowego. Branża muzyczna zna takie przypadki.
Środek płyty
„Marrow Deep” trwa ponad godzinę i tutaj dochodzimy do części mniej wygodnej. Nie każdy z dwunastu utworów zostawia równie wyraźny ślad.
In the Ruins zostawia. Inspiracją były doświadczenia Troya Sandersa i jego rodziny po huraganie Helene. Początek jest spokojniejszy, dużo w nim miejsca między głosem a kolejnymi warstwami instrumentów. Potem kompozycja puchnie. Dailor nie prowadzi prostego marsza ku kulminacji; wypełnia przestrzeń drobnymi przejściami i uderzeniami, podczas gdy gitary robią się coraz cięższe. Klawisze nie znikają w chwili, gdy pojawia się większy przester, dzięki czemu finał zachowuje trochę z wcześniejszego smutku. To ważne, bo metalowe crescendo często cierpi na chorobę polegającą na tym, że wszystkie emocje pod koniec zamieniają się w jedną: GŁOŚNO.
Tutaj słychać więcej.
They’re Coming for You przekonuje mnie słabiej. Jest odpowiednio duszne, ma dobry gitarowy ruch i kilka przejść, które przypominają, jak sprawną maszyną pozostaje ten skład. W tym właśnie tkwi kłopot. Po kilku minutach zaczynam podziwiać wykonanie zamiast śledzić sam utwór. Golden Spires cierpi miejscami na podobną przypadłość. Wiem, że dzieje się dużo. Słyszę, jak dobrze pracuje sekcja. Podoba mi się sposób, w jaki gitary wchodzą między rytmiczne akcenty. A kiedy płyta się kończy, muszę świadomie przypomnieć sobie część tych motywów.
Takiego problemu nie mam z Snakes for Dinner. Josh Homme pasuje do tego utworu trochę zbyt dobrze, co również mogło być pułapką. Jego głos ma własny ciężar kulturowy; wystarczy kilka sylab i Queens of the Stone Age wchodzi człowiekowi do pokoju bez pukania. Mastodon pozostawia mu miejsce dopiero wtedy, gdy numer ma już ustalony charakter. Homme może więc dołożyć swoją rozciągniętą, lekko odurzoną frazę, a reszta nie zmienia się w utwór QOTSA z wyjątkowo ambitną sekcją rytmiczną. To drobiazg aranżacyjny, ale przy albumie z tak rozbudowaną listą gości zaczyna mieć znaczenie.
Bo na papierze ta lista wygląda podejrzanie. Homme, Geezer Butler, Joe Duplantier, Randy Blythe, Nate Newton, Neil Fallon, Ben Koller. Jeszcze dwie osoby i można było wydrukować osobny plakat festiwalowy. Większość pojawia się jednak po coś.
A Vampire’s Demeanor korzysta z Randy’ego Blythe’a i Nate’a Newtona dokładnie tam, gdzie utwór potrzebuje dodatkowego chamstwa. Troy Sanders jest tu świetny. Jego głos od dawna potrafił brzmieć jak coś ciężkiego przeciąganego po betonie, lecz na tej płycie kilka razy wraca ostrzejsza, bardziej brutalna artykulacja. Brann w tym samym czasie wali w zestaw z intensywnością, która naprawdę przypomina wcześniejsze Mastodon. Nie reprodukcję konkretnego starego utworu. Raczej dawny odruch.
Właściwie dopiero przy tym numerze zdałem sobie sprawę, że Dailor jest dla „Marrow Deep” równie ważny jako wokalista, jak perkusista. Brak Hindsa zmienił przecież również układ głosów. Wcześniej można było przechodzić pomiędzy trzema bardzo różnymi barwami. Teraz Dailor i Sanders muszą zajmować większą część pola. Dailor robi to bez specjalnej skromności. Śpiewa wysoko, pewnie, momentami wręcz popowo, po czym sekundę później wraca do jednego z najbardziej ruchliwych stylów perkusyjnych w ciężkim rocku. Sam fakt, że robi obie te rzeczy jednocześnie na koncertach, jest argumentem za istnieniem dodatkowej kończyny, której nauka jeszcze nie opisała.
Geezer wchodzi pierwszy
Wracam do The Vanishing, bo tutaj nowy Mastodon wydaje mi się najmniej zainteresowany własną historią. Butler otwiera utwór, potem bas odsuwa się i pojawia się bardzo wyraźny ślad psychodelicznego Black Sabbath, szczególnie Planet Caravan. Głos Dailora zostaje potraktowany tak, że brzmi daleko, jak transmisja dochodząca z innego pokoju albo przez radio. Gitary przez jakiś czas nie próbują zagospodarować całej powierzchni. Tempo pozwala Sandersowi naprawdę osadzić bas.
Joe Duplantier pojawia się późno. I dobrze. Gdyby wszedł po trzydziestu sekundach z pełną mocą, dostałbym dokładnie to, czego spodziewałem się po napisie „feat. Joe Duplantier”. Mastodon najpierw pozwala kompozycji odpłynąć, rozciąga ją, trochę usypia czujność. Wtedy jego głos ma znacznie większą siłę. Po kulminacji muzycy znów schodzą niżej. Ten utwór rozumie, że sześć minut nie musi oznaczać sześciu minut wspinania się pod górę.
To dla mnie najlepszy fragment albumu. Zaraz za nim postawiłbym Moth and Bone oraz In the Ruins. Co ciekawe, wszystkie trzy pokazują Mastodon mniej zajęty udowadnianiem własnej ciężkości. Można oczywiście wyciągać z „Marrow Deep” argument o powrocie do bardziej metalowego grania i będzie w nim sporo prawdy. Płyta jest mocniejsza, bardziej zwarta i mniej pogrążona we własnym monumentalnym smutku niż „Hushed and Grim”. W naszym archiwum warto przy tej okazji wrócić także do recenzji „Emperor of Sand”, bo już tam rodzinne tragedie i ciężka muzyka były ze sobą bardzo mocno splecione.
Mastodon od dawna przetwarza śmierć, chorobę i żałobę. To już prawie osobna gałąź ich dyskografii. Przy „Marrow Deep” biografia jest jednak szczególnie niebezpieczna dla krytyka, bo może załatwić całą robotę za muzykę. Wystarczy napisać kilka zdań o Hindsie, potem o matce Dailora, dorzucić huragan Helene, słowo „katharsis” i gotowe. Album otrzymuje dziewiątkę, wszyscy wyglądają na wrażliwych ludzi, można iść na kolację.
A przecież są tu także zwykłe kompozycyjne słabości. Kilka utworów trwa dłużej, niż wymaga ich materiał. W środkowej części za często spotykamy podobny model: ciężki riff zostaje rozluźniony bardziej atmosferyczną częścią, potem sekcja ponownie zwiększa nacisk. Zespół wykonuje te przejścia znakomicie, co przez jakiś czas maskuje powtarzalność. Johnston miewa piękne partie, choć rzadziej zostawia po sobie charakterystyczny hak, który po jednym przesłuchaniu wraca bez pytania. Klawisze Nogueiry są świeższe od części gitarowych rozwiązań. Sam nie spodziewałem się, że po pierwszym pełnym albumie Mastodon bez Hindsa napiszę właśnie takie zdanie.
Finałowe The Three Fates też mnie nie przekonuje w całości. Neil Fallon w roli dziwnego kaznodziei jest pomysłem niemal laboratoryjnie zgodnym z jego głosem. Mówi swoje kwestie nad ciężką, rozbudowaną końcówką, pojawiają się kolejne instrumentalne ozdobniki, a zespół ma ponad siedem minut na pożegnanie słuchacza. Gdzieś w szóstej minucie zaczynam już czuć, że finał zdaje sobie sprawę z tego, że jest finałem. Rozsiada się. Poprawia marynarkę. Czeka na oklaski przed ostatnim akordem.
Z drugiej strony – i na tym poprzestańmy, bo nie każda wada musi zostać po trzech zdaniach uniewinniona – bardzo podoba mi się sama obecność Fallona. Gościnnie śpiewał już przecież na „Leviathan”, więc w albumie tak mocno zajętym pamięcią jego głos niesie własny fragment historii zespołu. Nie trzeba dopisywać do niego wielkiej symboliki. Wystarczy rozpoznać barwę.
Produkcja pomaga utrzymać tę rozbudowaną obsadę w ryzach. Mastodon nagrywał w swoim West End Sound w Atlancie, współpracując z Patrikiem Bergerem i Kurtem Ballou; miks przygotował Andrew Scheps. Berger oraz Ballou wyglądają na papierze jak nazwiska wyciągnięte z dwóch różnych kolejek do studia – jeden ma w dorobku Charli XCX i Lanę Del Rey, drugi Converge oraz znaczną część współczesnego ciężkiego podziemia. Rezultat wcale nie brzmi jak eksperyment producencki. Bębny są duże i bliskie, gitary mają odpowiednią masę, ale rzadko zamieniają cały środek miksu w jedną szarą płytę. Klawisze mogą wyjść przed riff bez konieczności podnoszenia ręki.
Po ponad godzinie zostaję więc z albumem bardzo dobrym, czasem świetnym, miejscami odrobinę zbyt świadomym własnej sprawności. Dziewiąta płyta Mastodon nie przynosi katastrofy, której po zmianie składu obawiała się część fanów. Nie przynosi również objawienia na poziomie „Leviathan” czy „Crack the Skye”. Te albumy powstawały w zupełnie innym zespole i w zupełnie innym wieku jego członków. Próba odtworzenia tamtego napięcia dzisiaj prawdopodobnie skończyłaby się muzycznym odpowiednikiem czterdziestolatka kupującego deskorolkę, żeby pokazać dzieciom, że „tata nadal umie”.
„Marrow Deep” ma ciekawsze momenty właśnie wtedy, gdy nikt niczego nie odtwarza. Nogueira zostawia za gitarami dziwną smugę w Moth and Bone. Johnston w Out Like a Lamb zaczyna pokazywać własny temperament. Sanders wypluwa A Vampire’s Demeanor. Butler przez kilkanaście sekund gra na basie, jakby jeszcze zastanawiał się, co właściwie zagrać.
Po ostatnim utworze najczęściej wracam właśnie do tego Butlerowskiego początku. Być może dlatego, że w całym tym albumie pełnym śmierci, wielkich nazwisk, nowego składu i pytań o przyszłość brzmi jak pięciu facetów stojących w studiu i czekających, aż ktoś wreszcie zacznie.




