Behemoth – I, Scvlptor
Behemoth – I, Scvlptor

Behemoth – I, Scvlptor

Najpierw wchodzi riff. Ciężki, wolny, ustawiony dokładnie tam, gdzie Behemoth mógłby już uruchomić pełną artylerię. Inferno robi jednak coś mniej oczywistego: przez chwilę nie próbuje go przebić. Perkusja ustawia ciężar, zamiast demonstrować szybkość, gitara dostaje miejsce na wybrzmienie, a Nergal pojawia się dopiero wtedy, gdy I, Scvlptor ma już własny środek grawitacji. Dopiero później kompozycja przyspiesza, poszerza aranżację i zaczyna korzystać z całego aparatu współczesnego Behemoth. Ta kolejność ma znaczenie. Zespół brzmi potężnie nie dlatego, że od pierwszej sekundy wszystko gra maksymalnie głośno, lecz dlatego, że dokładnie wie, kiedy poszczególne elementy mają zacząć ważyć.

To interesujące otwarcie dla wydawnictwa zbudowanego właściwie z samych problemów wersji. I, Scvlptor łączy nowy materiał, utwory wyjęte z wcześniejszych cykli twórczych, dwie ponownie nagrane kompozycje sprzed dekad, interpretacje Venom i Bathory oraz alternatywny miks Lord ov the Horizons. Behemoth przedstawia całość jako pomost między własnymi fundamentami i tym, co może wydarzyć się dalej. Brzmi jak gotowa narracja promocyjna. Na szczęście da się ją sprawdzić.

W Laboratorium podobny problem pojawiał się już wcześniej. Przy I Loved You at Your Darkest zwracaliśmy uwagę na naturalne łączenie „starego” i „nowego” Behemoth. I, Scvlptor przesuwa sprawę o krok dalej, bo nie zestawia wyłącznie stylów. Zestawia konkretne wersje historii zespołu i pozwala usłyszeć, co dzieje się z dawną kompozycją, kiedy dostaje dzisiejsze instrumentarium, warsztat, produkcję i trzydzieści kilka lat doświadczenia.

„Lord ov the Horizons”: pęknięcie w monolicie

Lord ov the Horizons jest pierwszym poważnym argumentem za tym, że słowo „pomost” nie musi oznaczać wyłącznie powrotu do początków. Utwór otwierają bardziej przestrzenne gitary i głos Nergala odsunięty od typowego ekstremalnego sposobu prowadzenia frazy. Jest w tym coś z gotyckiego rocka, trochę z balladowego języka, którym Darski posługuje się poza macierzystym zespołem. Nie trwa to długo. Perkusja zaczyna zagęszczać ruch, pojawiają się ostrzejsze wokale, a druga część kompozycji przechodzi w formę zdecydowanie bardziej rozpoznawalną jako współczesny Behemoth.

Ważne, że cięższa połowa nie unieważnia pierwszej. Właśnie wcześniejsze ograniczenie dynamiki sprawia, że wejście szybszych partii naprawdę coś zmienia. Zamiast kolejnego utworu budowanego na stałej monumentalności dostajemy pracę kontrastem tempa, głosu i gęstości aranżacji. Finał z szeroko poprowadzoną gitarą solową idzie jeszcze dalej, niemal w stronę stadionowej epiki. To ryzykowny kierunek, bo Behemoth od dawna znajduje się o kilka kroków od miejsca, w którym monumentalność może zamienić się we własną dekorację. Tutaj granica pozostaje jeszcze pod kontrolą.

Na końcu wydawnictwa pojawia się Lord ov the Horizons – Rough Studio Mix. Różnica dotyczy przede wszystkim proporcji: wokal jest bardziej bezpośredni, całość mniej wygładzona, część elementów nie została jeszcze tak dokładnie osadzona w przestrzeni. I właśnie ta wersja podpowiada ważną rzecz przed przejściem do starszego materiału. „Surowe” nie zawsze oznacza to samo. Rough mix jest po prostu etapem produkcji. Surowość wczesnego black metalu była natomiast częścią języka muzyki, czasem zamierzoną, czasem wynikającą z ograniczeń, najczęściej z obu tych rzeczy naraz.

1992 kontra 2026: kiedy „lepiej” znaczy „inaczej”

Rise of the Blackstorm of Evil jest najlepszym miejscem, by sprawdzić deklarację o łączeniu przeszłości z teraźniejszością. Kompozycja pochodzi z najwcześniejszego okresu Behemoth i wyrastała z języka wczesnego black metalu, w którym istotne były wpływy Celtic Frost, Hellhammer czy Samael. Nowe nagranie zachowuje rozpoznawalny szkielet, lecz właściwie wszystko, co ten szkielet otacza, należy już do innego zespołu.

Perkusja ma większą masę i znacznie dokładniej zaznacza podziały. Gitary można rozdzielać na konkretne warstwy, zamiast słyszeć jedną szorstką powierzchnię. Dzisiejszy Nergal dysponuje głosem nieporównywalnie potężniejszym niż nastoletni autor pierwowzoru. W sensie czysto wykonawczym porównanie jest bezlitosne dla starego nagrania.

Tyle że kompozycja nie składa się wyłącznie z nut.

W pierwotnej wersji ograniczenia techniczne wpływały na jej znaczenie. Chudsze brzmienie gitar, mniej stabilny ciężar perkusji i bardziej wysuszony, młodzieńczy wokal tworzyły poczucie oddalenia, którego nie sposób później odtworzyć samą zmianą korekcji. W 2026 roku ten sam materiał otrzymuje znacznie wyraźniejsze kontury. Można dokładniej śledzić riff. Można łatwiej docenić konstrukcję. Traci się część mgły, w której ta konstrukcja pierwotnie funkcjonowała.

Nie jest to argument za tym, że kiepsko zarejestrowany black metal automatycznie staje się bardziej autentyczny. Byłoby to równie łatwe, jak twierdzenie odwrotne: że nowa wersja jest lepsza, ponieważ brzmi drożej. Tutaj trzeba rozdzielić dwa pytania. Czy nagranie z 2026 roku jest sprawniejsze? Bez wątpienia. Czy zachowuje dokładnie tę samą funkcję atmosfery? Nie.

To zresztą napięcie obecne w historii Behemoth od dawna. Już w naszym podsumowaniu 2014 roku przy okazji The Satanist pojawiało się porównanie z bardziej blackmetalowym charakterem Evangelion. Historia tej grupy nigdy nie przebiegała prostą drogą od „surowego” do „wypolerowanego”. Różne elementy dawnego języka regularnie wracają, tylko za każdym razem trafiają do innej konstrukcji.

„In Thy Pandemaeternum”: odzyskane riffy

Jeszcze ciekawiej robi się przy In Thy Pandemaeternum, bo niemal ten sam zabieg prowadzi do odmiennego wyniku. Oryginał z Pandemonic Incantations powstał już w innym momencie rozwoju Behemoth. Kompozycja była bardziej złożona, blackmetalowy język coraz wyraźniej stykał się z deathmetalowym ciężarem, a aranżacja zawierała więcej elementów walczących o miejsce w miksie.

Nowa wersja tę walkę porządkuje. Syntezatorowa warstwa starego nagrania znika, riffy wychodzą na powierzchnię, a Inferno nadaje utworowi znacznie bardziej czytelny szkielet rytmiczny. Wokół głównego motywu wreszcie słychać, jak kolejne partie gitar zmieniają jego funkcję. W pierwowzorze część tych informacji stapiała się w jedną masę.

Tutaj modernizacja nie odbiera sensu. Ona go odsłania.

Można oczywiście zarzucić nowemu miksowi, że perkusja i wokal bywają zbyt dominujące, szczególnie gdy gitary wykonują bardziej szczegółową pracę w tle. Nie zmienia to zasadniczego rezultatu: In Thy Pandemaeternum zyskuje na ponownym nagraniu więcej niż Rise of the Blackstorm of Evil. Pierwszy utwór korzystał z niedoskonałości własnego dokumentu. Drugi był przez nie częściowo zasłonięty.

Ta różnica jest dla mnie najciekawszą rzeczą na I, Scvlptor, choć prawdopodobnie nie była powodem powstania wydawnictwa. Behemoth stosuje podobny zestaw współczesnych narzędzi do dwóch dawnych kompozycji i otrzymuje dwa różne wyniki. Historia nie daje się remasterować jedną metodą.

„Begotten”: odrzut, który mówi najwięcej

Begotten pochodzi z późniejszego okresu i stylistycznie od razu odstaje od obu rekonstrukcji. Jest bardziej chwytliwy, pracuje krótszymi figurami gitarowymi, momentami ociera się o new wave i post-gotycką motorykę, a mimo to nie traci charakterystycznego dla Behemoth sposobu organizowania ciężaru. Inferno może rozpędzić kompozycję, ale centralny riff ma również funkcję niemal refrenową: powinien zostać w pamięci.

To materiał pozostawiony poza The Shit ov God, ponieważ nie pasował do ram tamtego albumu. Tutaj pasuje właśnie dlatego, że ramy są luźniejsze. I być może jest to najbardziej użyteczna informacja o przyszłości Behemoth na całym wydawnictwie. Ponownie nagrane utwory pokazują, jak zespół interpretuje własną historię. Begotten pokazuje pomysł, którego niedawno nie dało się jeszcze wpisać w główny nurt twórczości grupy.

Podobną funkcję ma Lord ov the Horizons. Oba utwory rozszerzają aktualny język Behemoth od środka: jeden przez bardziej gotycką przestrzeń i zróżnicowany wokal, drugi przez chwytliwość i niemal rockową ekonomię motywu. Gdyby całe I, Scvlptor składało się z materiału tego typu, mielibyśmy podstawę do mówienia o wyraźnym zwrocie. Trzy nowe kompozycje to za mało. Wystarczają jednak, żeby określenie „pomost” nie było wyłącznie pracą działu promocji.

Venom i Bathory: genealogia bez muzeum

In League with Satan ustawia sprawę wpływów bez większych subtelności. Venom jest tutaj źródłem, Shagrath z Dimmu Borgir pojawia się jako współuczestnik nagrania, a Behemoth przekłada pierwotnie prymitywną konstrukcję na własne współczesne brzmienie. Siedmiostrunowe gitary dokładają masy, rytm staje się bardziej precyzyjny, chóralne partie refrenu brzmią jak element przygotowany do dużej sceny.

Najgorszą możliwą decyzją byłaby próba udawania, że współczesny Behemoth potrafi zagrać Venom tak, jakby nagle zapomniał trzy dekady własnego rozwoju. Zespół tego nie robi. Cover traci część chwiejnej, pierwotnej brutalności oryginału, ale nie próbuje jej fałszować. Zastępuje ją innym rodzajem fizyczności.

Jeszcze lepiej działa The Return of Darkness and Evil Bathory, bo tutaj problem zostaje rozwiązany sytuacją wykonawczą. Zamiast studyjnej rekonstrukcji dostajemy nagranie koncertowe z Aten z Sakisem Tolisem z Rotting Christ. Mniej kontrolowane proporcje, obecność sali i ogólny brud wydarzenia robią dla tej kompozycji więcej niż kolejny idealnie przygotowany miks. Po serii nagrań pokazujących precyzję współczesnego Behemoth można wreszcie usłyszeć zespół zmuszony do reagowania na przestrzeń, publiczność i chwilę.

W ten sposób na jednym wydawnictwie pojawiają się co najmniej trzy rodzaje „surowości”. Ta z wczesnego Behemoth wynikała częściowo z możliwości technicznych epoki. Ta z koncertowego Bathory bierze się z wykonania na żywo. Rough mix Lord ov the Horizons jest po prostu etapem pracy studyjnej. Używanie jednego słowa wobec wszystkich trzech zaciera więcej, niż wyjaśnia.

Po co Behemothowi ten most?

I, Scvlptor nie zachowuje się jak regularny album. Nie ma zwartej dramaturgii The Satanist, nie próbuje również przedłużać narracji The Shit ov God. Druga wersja Lord ov the Horizons jest dodatkiem bardziej poznawczym niż artystycznie koniecznym, dwa covery przesuwają środek ciężkości z autorskiego materiału na genealogię, a utwory pochodzące z różnych momentów kariery nie udają jednego procesu kompozycyjnego.

I dobrze. Gdyby Behemoth próbował sprzedać ten zestaw jako pełnoprawny następny rozdział dyskografii, konstrukcja zaczęłaby pracować przeciwko muzyce. Jako wydawnictwo przejściowe materiał ma znacznie więcej sensu, bo jego fragmentaryczność staje się użyteczna. Można porównywać wersje, funkcje produkcji, sposoby grania i decyzje, które w regularnym albumie byłyby oddalone od siebie o trzydzieści lat.

Najmniej interesujące okazuje się więc pytanie, czy Behemoth „wraca do korzeni”. W jednym miejscu wraca i wygładza coś, co korzystało z chropowatości. W innym wreszcie wydobywa riffy zasłonięte przez dawną realizację. Jeszcze gdzie indziej wychodzi poza własny utrwalony język, bo Lord ov the Horizons oraz Begotten nie potrzebują rekonstrukcji żadnej przeszłości.

Jeżeli następny album pójdzie drogą tych dwóch utworów, I, Scvlptor rzeczywiście będzie można kiedyś nazwać punktem przejściowym. Dziś możemy powiedzieć tylko tyle, ile potwierdzają same nagrania: Behemoth nadal bardzo dobrze pamięta, skąd przyszedł, ale nie każda część tej przeszłości reaguje dobrze na współczesne narzędzia. I właśnie tam, gdzie rezultat nie jest oczywisty, to wydawnictwo staje się naprawdę potrzebne.

Behemoth – I, Scvlptor
Behemoth – I, Scvlptor
Tracklista: 1. I, Scvlptor – 4:53 • 2. Lord ov the Horizons – 4:42 • 3. Rise of the Blackstorm of Evil – 2026 Version – 5:11 • 4. In Thy Pandemaeternum – 2026 Version – 5:05 • 5. Begotten – 3:49 • 6. In League with Satan – 4:26 • 7. The Return of Darkness and Evil – Live In Athens, 2026 – 4:59 • 8. Lord ov the Horizons – Rough Studio Mix – 4:41 • Skład zespołu: Adam „Nergal” Darski – wokal prowadzący, gitary • Tomasz „Orion” Wróblewski – gitara basowa, syntezatory, sample • Zbigniew „Inferno” Promiński – perkusja, instrumenty perkusyjne • Muzycy gościnni: Patryk „Seth” Sztyber – gitary • Shagrath – dodatkowy wokal w „In League with Satan” • Sakis Tolis – dodatkowy wokal w „The Return of Darkness and Evil” • Miks: Jens Bogren; szczegółowy podział credits dla wszystkich wersji utworów nie został jednoznacznie potwierdzony • Mastering: Jens Bogren • Wytwórnia: Nuclear Blast Records – dystrybucja cyfrowa • Massacre Records – wydania fizyczne • Data premiery: 4 września 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: EP / autonomiczne wydawnictwo kompilacyjne, nie regularny album studyjny • Miejsce w dyskografii: wydawnictwo następujące po „The Shit ov God” z 2025 roku • Czas trwania: 37:48 w Spotify • Liczba utworów: 8 • Formaty: digital, CD, LP, MC, limitowane wydania kolekcjonerskie i box set • Numery katalogowe: AEON028CD – CD • AEON028LP – LP • AEON028BOX – box set • AEON028MC – kaseta • Autorzy i produkcja: Nergal – songwriting i teksty utworów 1–5 i 8; Jens Bogren – produkcja/miks/mastering według dostępnych credits • Nagrania / realizacja: utwory 1–4 i 6 powiązane z realizacją w Fascination Street Studios; „The Return of Darkness and Evil” zarejestrowano na żywo w Atenach 8 lutego 2026 • Studia nagraniowe: Fascination Street Studios, Örebro, Szwecja – potwierdzone dla części materiału • Inżynieria dźwięku: brak kompletnych, jednoznacznie potwierdzonych informacji dla całego wydawnictwa • Dodatkowe credits: Bartłomiej Rogalewicz / LODGE.BLACK – artwork i design • Grupa 13 – realizacja teledysków do materiału promocyjnego • Informacje copyright / ℗ / ©: ℗ 2026 Nuclear Blast • © 2026 Nuclear Blast
KONCEPT
6.4
SPÓJNOŚĆ
6.2
BRZMIENIE / PRODUKCJA
7.4
WYKONANIE
8
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
7.6
MELODIE / MOTYWY
7
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
5.8
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
6.7
EMOCJONALNOŚĆ
6.5
SIŁA PRZEKAZU
7.4
INNOWACYJNOŚĆ
5.3
EFEKT POWROTU
5.3
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
6.6
OCENA
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.