Arab Strap - Half-Told Tales
Arab Strap - Half-Told Tales

Arab Strap – Half-Told Tales

Arab Strap - Half-Told Tales

Theremin w Glamour Magick pojawia się gdzieś pomiędzy tłustym basem Middletona a kolejnymi cudownymi sposobami Moffata na zatrzymanie biologii. Brzmi trochę jak urządzenie z gabinetu medycyny estetycznej, którego ktoś przez pomyłkę podłączył do wzmacniacza. Gitara tymczasem mieli krótki, brudnawy motyw, perkusja trzyma całość twardo przy ziemi, a Moffat urządza katalog zabiegów, suplementów i desperackich wynalazków mających zdjąć z człowieka parę lat. Z twarzy, brzucha, włosów, czegokolwiek. Byle klient był zadowolony.

I ten theremin mnie zatrzymał. Niby szczegół. Właściwie można go przeoczyć, bo Moffat skutecznie zajmuje uwagę całą tą geriatryczno-kosmetyczną błazenadą. Tyle że instrument, na którym gra się bez dotykania, trafia akurat do piosenki o człowieku obsesyjnie poprawiającym własne ciało. Przypadek? Zapewne. Nie mam zamiaru wzywać komisji śledczej. Ale Half-Told Tales jest pełne podobnych drobiazgów, po których słowo „starzenie” przestaje wystarczać jako wygodny opis albumu. Bo tutaj ciało nie jest tematem. Ono jest problemem technicznym.

Theremin, bas i lifting wszystkiego

Arab Strap zawsze mieli osobliwy talent do zajmowania się sprawami, przy których większość autorów tekstów odruchowo gasi światło. Seks, wstyd, picie, nuda, żałość, ciało robiące rzeczy zdecydowanie nieprzeznaczone do Instagrama. Teraz doszła do tego mechanika pięćdziesięciolatka: brzuch nie chce współpracować, włosy przechodzą do opozycji, tabletki stają się częścią śniadania, a internet codziennie proponuje kolejną metodę, dzięki której wystarczy wydać trochę pieniędzy, żeby umrzeć młodziej.

Glamour Magick byłoby znacznie słabsze, gdyby Middleton zagrał tę groteskę równie groteskowo. A nie gra. Bas jest wręcz bezczelnie sprawny, gitara pilnuje swojego nerwowego obiegu, syntezator z thereminem doprawiają rzecz dopiero później. Muzyka nie rechocze razem z narratorem. Dzięki temu Moffat może zejść bardzo nisko – miejscami naprawdę nisko, anatomia również bierze udział – i nadal nie robi się z tego kabaretowa piosenka o staruchu.

Podobny numer wycinają w You You You, tylko tam muzyka początkowo zachowuje się tak, jakby ktoś wpuścił Arab Strap do dyskoteki i zapomniał uprzedzić ochronę. Elektroniczny puls, syntezator, regularny bas; Moffat recytuje listę usterek, a refren okazuje się niemal bezwstydnie chwytliwy. Później wchodzą gitary, robi się ciężej, pod koniec nawet całkiem widowiskowo. Utwór ma ponad pięć minut, a przecież mógłby się skończyć znacznie wcześniej. Dobrze, że tego nie robi.

W środku Moffat zdąży jeszcze wbić szpilę platformie, na której część ludzi zapewne właśnie słucha tej piosenki, i technologicznej gospodarce stojącej za streamingiem. Piosenka gryzie własny kabel zasilający. Moffat zresztą później przyznaje w tekście bezradność wobec całej tej sieci zależności. To jest dla mnie dużo ciekawsze niż prosta poza buntownika stojącego poza systemem, bo przecież stoi dokładnie w nim. Jak my wszyscy. Tylko narzeka bardziej melodyjnie.

Stary Arab Strap potrafił brzmieć, jakby nie miał siły wstać z kanapy. Dzisiejszy opisuje ludzi, którzy naprawdę mają problem ze wstawaniem, po czym podkłada im pod nogi rytm. To chyba największa zmiana. I trochę komiczna, jeśli spojrzeć na nią z dystansu.

Moffat sam pilnuje zegara

Sprawdzenie creditsów daje tu zresztą zabawny efekt uboczny. Moffat nie siedzi wyłącznie przy mikrofonie i nie czeka, aż Middleton zbuduje mu dekorację do monologu. W You You You gra na perkusji, syntezatorze i programuje. W Glamour Magick dochodzi jeszcze theremin. Basic Physics – znowu bębny, syntezator, programowanie. Fragments, Beats Per Minute – podobnie. Człowiek pisze album o uciekającym czasie i sam odpowiada za sporą część zegara. Tu aż prosi się o metaforę, więc jej nie będzie.

Lepiej posłuchać Basic Physics. Perkusja pracuje dość prosto, bas Middletona daje Moffatowi twardą linię, na której może układać te swoje półmówione, półśpiewane frazy, a gitara w jaśniejszych momentach otwiera utwór szerzej. Paul Savage dokłada mellotron. Nie dominuje – bardziej rozciąga tło, dzięki czemu kawałek zaczyna zajmować więcej miejsca, niż sugeruje początkowa oszczędność.

I chyba właśnie Middleton najlepiej chroni ten album przed jego własnym konceptem. Moffat naprawdę dużo mówi o czasie, wieku, rozpadzie, pamięci. Gdyby muzyka również bezustannie przypominała nam: „uwaga, teraz przemijanie”, po czterdziestu minutach można by zacząć przeglądać oferty ubezpieczeń na życie. Middleton ucieka w disco, gitarowy łomot, folkową akustykę, piano, syntezatory. Gatunkowo ten album jest trochę bałaganiarski. Bogu dzięki.

Rock Action reklamuje go zakresem od disco po metal, przez post-rock, folk i elektronikę. Zwykle podobne wyliczenia pachną informacją prasową tak mocno, że trzeba otworzyć okno. Tutaj niestety mają rację. Fighting For You rzeczywiście może przejść od napędzającej gitary do bardziej otwartego środka z klawiszami i znów przywalić; Sunsong idzie w stronę melodyjnej, rozświetlonej piosenki; Gape wyciąga z magazynu ten stary, znużony arabstrapowy bezruch i podłącza go do pulsującej elektroniki.

Przez moment wydawało mi się, że taka liczba pomysłów powinna rozszczelnić płytę. Nie rozszczelnia. Może dlatego, że Moffat ma głos będący czymś w rodzaju własnego gatunku muzycznego. Można go posadzić na elektronice, gitarowym hałasie, fortepianie albo banjo i po kilku sekundach wszystko znowu pachnie Arab Strap. Lekko nieświeżo, rzecz jasna.

John Burgess wpuszcza powietrze

Jest jeszcze jeden składnik, który łatwo zepchnąć do roli ozdobnika: dęte Johna Burgessa. W I Get Noise saksofon nie dekoruje. Wpycha się. Perkusja Moffata i bas Middletona robią ciężką, niewygodną podstawę, gitara jest szorstka, a Burgess dorzuca frazy, które momentami brzmią jak próba wepchnięcia jeszcze jednego człowieka do już pełnej windy. Dobry początek płyty, choć nie dlatego, że „ustawia ton”. Niczego tu nie ustawia. Kolejny utwór natychmiast idzie gdzie indziej.

Be a Man używa Burgessa zupełnie inaczej. Middleton zaczyna od fortepianu, basu i gitary, Moffat prowadzi tekst spokojniej, a saksofon altowy i klarnet miękczą krawędzie. Piosenka mówi o ojcostwie, wychowywaniu syna i całym bagnie współczesnych wzorców męskości, lecz nie zostaje publicystycznym transparentem. Moffat nie brzmi jak człowiek rozdający instrukcje. Bardziej jak ktoś, kto sprawdza, czy instrukcja w ogóle istnieje, po czym odkrywa, że internet ma ich siedem milionów i większość sprzedaje kurs.

Różnica między I Get Noise i Be a Man jest pod tym względem świetna. Ten sam Burgess, dwa odmienne zastosowania powietrza. Raz dęciak zwiększa tłok, później daje kompozycji oddech. W Mr. Splitfoot schodzi jeszcze niżej, po klarnet basowy. Na płycie tak zajętej zużywaniem się ciała sporo ważnych momentów należy do instrumentów, które trzeba fizycznie napełniać powietrzem. Tu już interpretacyjnie trochę odpływam, wiem. Ale przynajmniej słychać, skąd odpływam.

Under Offer i remont pamięci

Najbardziej lubię jednak moment, w którym cała ta rozbuchana stylistyczność nagle się kurczy. Under Offer ma dwa i pół minuty. Middleton bierze fortepian, gitarę i banjo. Moffat poza głosem gra na perkusji, harmonium i skrzypcach. Instrumentarium wygląda jak lista rzeczy znalezionych na strychu po kimś, kto miał kilka zainteresowań i żadnego systemu przechowywania. I akurat tutaj taki zestaw pasuje idealnie.

Tekst obraca się wokół powrotu do dawnego domu wystawionego na sprzedaż i oglądania zmian dokonanych przez kolejnych mieszkańców. Architektura robi się tu czymś bardzo osobistym: ktoś przesunął, zabudował, pomalował, ulepszył, czyli z punktu widzenia poprzedniego życia oczywiście wszystko zniszczył. Moffat bywa zabawny, ale aranżacja nie podsuwa żartu co kilka sekund. Harmonium siedzi z tyłu, banjo dodaje suchej, trochę domowej faktury, fortepian nie robi z pamięci melodramatu.

Ten utwór podważył mi zresztą wcześniejsze myślenie o płycie jako o przede wszystkim cielesnej. Ciało starzeje się dość uczciwie – wiemy przynajmniej, kto jest właścicielem zmarszczek. Z miejscem jest gorzej. Dom może nadal stać, mieć ten sam adres i kompletnie przestać należeć do naszej historii, a przecież gdzieś pod tapetą nadal mogą siedzieć dziecięce bazgroły, ślady po meblach, coś, czego nowy właściciel nawet nie zauważy. I nagle cały ten album o uciekającym czasie przestaje potrzebować zegarka. Wystarczy ściana.

Nie jest to zresztą dalekie od problemu, który wracał niedawno w naszej rozmowie z Maćkiem Pyszem o muzyce i pamięci: rzecz pozostaje fizycznie ta sama, ale po latach człowiek przynosi do niej zupełnie inne życie. U Moffata zamiast nut mamy pokoje, ściany i cudze pomysły remontowe.

Mr. Splitfoot robi podobną rzecz z duchami. Moffat wraca do młodzieńczych zainteresowań zjawiskami paranormalnymi, tylko że po pięćdziesiątce duch przestaje być atrakcyjnym problemem badawczym. Zaczynasz znać ludzi, których już nie ma. Paranormalne hobby dostaje rachunek z rzeczywistości. Middleton zostawia tu dużo miejsca gitarze akustycznej, Burgess schodzi w niższe rejony klarnetu basowego i całość ma w sobie coś dziwnie codziennego. Żadnej gotyckiej mgły, żadnych efektów specjalnych. Duchy najwyraźniej też się starzeją. Half-Told Tales dobrze sobie zresztą radzi z przemijaniem właśnie dlatego, że rzadko stroi śmierć w czarny golf.

Ampersand, czyli miłość po terminie przydatności

Ampersand na chwilę przywraca Arab Strap ten rodzaj melodii, przy którym łatwo zapomnieć, jak paskudne rzeczy Moffat właśnie mówi. Gitara Middletona układa się miękko, klawisze nie pchają się na pierwszy plan, wszystko ma w sobie lekkie zmęczenie, które nie wymaga już specjalnego aranżacyjnego makijażu. Tekst jest mniej romantyczny: to związek po przejściach, ale bez całej tej wygodnej mitologii o „trudnej miłości”. Ludzie są już zmęczeni sobą, własnymi wersjami wspólnej historii, tym kto komu zabrał jakie lata, kto kogo naprawdę lubił i dlaczego mimo wszystko nadal istnieje między nimi jakieś cholerne „i”. Tytułowy ampersand. Znak, który łączy dwa elementy również wtedy, gdy same elementy najchętniej zażądałyby osobnych mieszkań.

Middleton nie robi z tego ballady rozwodowej. Jest za to zwykła melancholia, kilka dobrze ustawionych gitarowych warstw i Moffat brzmiący dokładnie tak, jak powinien brzmieć człowiek wypowiadający zdania, których prawdopodobnie nie powinno się mówić podczas mediacji małżeńskiej. Arab Strap od trzydziestu lat piszą piosenki o bliskości i nadal nie doszli do wniosku, że bliskość jest szczególnie dobrym pomysłem.

Fragments jest pozornie bardziej pojednawcze. Elektronika zaczyna od drobnego, mechanicznego pulsu, później gitara powoli zwiększa napięcie, w tle pojawia się saksofon, a w końcu wszystko robi się znacznie większe, niż zapowiadał początek. Tu słychać najlepiej, jak bardzo współczesny Arab Strap potrzebuje Middletona myślącego w kategoriach narastania i masy. Stary duet potrafił zbudować napięcie z niedopowiedzenia. Dzisiejszy czasem po prostu odpala wzmacniacze i akurat tutaj nie widzę powodu, żeby się temu sprzeciwiać.

Moffat dorzuca swoje carpe diem w wersji człowieka, który spróbował chwycić dzień, dostał siniaka i jeszcze wdepnął w coś po drodze. To właściwie lepsze streszczenie całej płyty niż oficjalne rozważania o przemijaniu. Żyj pełnią życia. Oczywiście. Tylko załóż porządne buty.

Czternaście utworów to też jednostka czasu

W pewnym momencie zaczyna jednak ciążyć sama objętość. Czternaście utworów, prawie godzina materiału, kilka powracających obsesji. Moffat ma dużo do powiedzenia, a jeszcze więcej rzeczy go drażni. Można mu współczuć, ale przy czterdziestej którejś minucie człowiek sam zaczyna nabierać ochoty na chwilę ciszy. Half-Told Tales dałoby się skrócić, choć wcale nie jestem pewien, czy byłoby wtedy lepsze.

Przy podobnym albumowym rozpasaniu zwykle można dość łatwo wskazać dwa numery stojące w drzwiach tylko dlatego, że nikt nie miał serca powiedzieć im, że impreza jest zamknięta. Tutaj słabsze chwile istnieją raczej wewnątrz utworów. Czasami Moffat dopowiada żart, który już zadziałał. Czasami puenta dostaje drugą puentę. Gdzieś indziej Middleton jeszcze przez minutę rozbudowuje zakończenie, choć kompozycja zdążyła już powiedzieć swoje. Potem trafia się jednak detal, dla którego szkoda byłoby cokolwiek wyrzucać: saksofon, dziwny syntezator, gitara zmieniająca charakter całego refrenu, jedno wejście fortepianu, banjo w miejscu, gdzie teoretycznie nie powinno być banjo.

Arab Strap są tutaj trochę jak człowiek, który wyprowadza się z mieszkania i nie potrafi wyrzucić żadnego kabla, ponieważ „jeszcze może się przydać”. Oczywiście połowa tych kabli nie pasuje już do żadnego urządzenia, ale jeden potem rzeczywiście ratuje sytuację. Middleton i Moffat mówili przy okazji płyty o wrzuceniu na nią właściwie wszystkiego zamiast zostawiania materiału na później. Słychać. Album ma momentami mentalność szuflady, którą wreszcie wysypano na podłogę. Do tytułu pasuje to aż nieprzyzwoicie dobrze.

Beats Per Minute: człowiek, rudzik, jętka

Beats Per Minute jest dokładnie takim utworem, którego na papierze powinienem nie znosić. Moffat wylicza różne skale czasu: ludzkie życie, długość życia zwierząt, fizyczne procesy, światło potrzebujące określonej chwili, żeby dotrzeć z jednego miejsca w drugie. Człowiek robi się starszy w trakcie słuchania piosenki o robieniu się starszym. Subtelność właśnie poszła zapalić papierosa.

Tyle że pod spodem Middleton buduje coś znacznie mniej oczywistego. Syntezatory ciągną długie, ciężkie powierzchnie, gitara pojawia się ostrożnie, potem coraz mocniej, perkusja nie wpada w funeralny marsz. Utwór rośnie powoli i zaczyna mieć ten rodzaj szkockiej, post-rockowej przestrzeni, w której bardzo łatwo byłoby przesadzić z emocjonalną skalą. Ten sposób budowania ciężaru przez proporcje, narastanie i przestrzeń, a nie sam przester, pojawił się niedawno również w naszej recenzji Nine Russian Circles. Tutaj Arab Strap podsuwają jeszcze Moffata z kalkulatorem. W pewnej chwili naprawdę zaczyna brzmieć jak ktoś, kto próbuje matematycznie udowodnić własną śmiertelność, choć ciało wcześniej dostarczyło wystarczająco dużo dokumentacji.

A jednak zakończenie działa. Facet przez godzinę próbuje oswoić czas żartem, fizjologią, wspomnieniem, rytmem, listą, historią o domu, piosenką dla syna i absurdem chirurgii estetycznej, a pod koniec zostają mu liczby. Te również niczego nie załatwiają. Middleton w tym czasie powoli zagęszcza dźwięk, aż wszystkie wcześniejsze wyliczenia zaczynają znikać pod muzyką. Moffat może liczyć dalej, ale utwór i tak zmierza do własnego końca.

Arab Strap po trzydziestce

Najłatwiej byłoby teraz napisać, że Arab Strap dojrzeli razem ze swoimi słuchaczami. Okropne zdanie. Brzmi jak tekst z reklamy banku skierowanej do ludzi, którym urodziło się drugie dziecko. Znacznie prościej powiedzieć, że zmienił się materiał do narzekania. Dawniej można było upić się, przespać z niewłaściwą osobą, wrócić do domu, pożałować wszystkiego i zrobić z tego piosenkę. Teraz dochodzą dzieci, polityka, internet, medycyna estetyczna, nieruchomości, łysienie, pamięć, ludzie umierający trochę częściej niż kiedyś i świadomość, że za moment ktoś może sprzedać twój stary dom z opisem „nieruchomość z potencjałem”. Skala problemu wzrosła. Moffat pozostał Moffatem.

Middleton zrobił przy tym coś chyba ciekawszego niż zwykłe „odświeżenie brzmienia”. Poszerzył muzyczny teren tak bardzo, że trudno dziś mówić o Arab Strap wyłącznie jako o smutnym indie-rockowym duecie z Falkirk. Na Half-Told Tales potrafią być taneczni, ciężcy, folkowi, elektroniczni, niemal post-rockowi i chwilami zwyczajnie piosenkowi. Zwykle jedna z tych rzeczy pojawia się dokładnie wtedy, kiedy człowiek zdążył przyzwyczaić się do poprzedniej.

Nie wszystko siada idealnie. Kilka fragmentów można było przyciąć, Moffat parę razy nie wytrzymuje i tłumaczy własny dowcip, a finał niemal drukuje główny temat płyty czcionką 72 punkty. Mimo tego wolę Arab Strap z nadmiarem pomysłów niż Arab Strap zajętych konserwowaniem własnej przeszłości. Niedawno przy okazji tekstu o tym, dlaczego z wiekiem coraz trudniej słucha nam się nowej muzyki, przewijał się podobny problem: bardzo łatwo pomylić doświadczenie z potrzebą pilnowania tego, co już znamy. Arab Strap po trzydziestu latach nadal nie zachowują się jak zespół, który przyszedł odebrać nagrodę za całokształt i grzecznie zejść ze sceny. Są bardziej zajęci sprawdzaniem, co jeszcze można zepsuć, dołożyć, przestawić albo podłączyć do wzmacniacza.

A Moffat? Jeśli życie da mu jeszcze jeden powód do narzekania, zapewne zrobi z niego piosenkę. I istnieje spore ryzyko, że znowu będzie w niej coś o mosznie.

Arab Strap - Half-Told Tales
Arab Strap – Half-Told Tales
1. I Get Noise – 3:23 • 2. You You You – 5:30 • 3. Be a Man – 4:42 • 4. Fighting For You – 3:06 • 5. Glamour Magick – 4:30 • 6. Gape – 4:33 • 7. Under Offer – 2:36 • 8. Basic Physics – 3:39 • 9. Sunsong – 3:06 • 10. Dollar Park – 4:19 • 11. Mr. Splitfoot – 2:40 • 12. Ampersand – 4:13 • 13. Fragments – 4:17 • 14. Beats Per Minute – 5:15 • Skład: Aidan Moffat – wokal, perkusja, syntezatory, programowanie, harmonium, skrzypce, theremin; Malcolm Middleton – gitary, gitara basowa, fortepian, instrumenty klawiszowe, syntezatory, banjo, ksylofon • Goście: John Burgess – saksofon, saksofon altowy, klarnet, klarnet basowy; Paul Savage – mellotron w Basic Physics • Miks: Paul Savage • Mastering: Sam John • Wytwórnia: Rock Action Records • Premiera: 4 września 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Miejsce w dyskografii: dziewiąty album studyjny, trzeci po reaktywacji zespołu • Czas: 55:49 • Liczba utworów: 14 • Formaty: CD, podwójny winyl gatefold – czarny oraz żółty wariant niezależnych sklepów, wydanie cyfrowe, streaming • Numery katalogowe: ROCKACT173CD, ROCKACT173LP, ROCKACT173LPX • Autorzy i produkcja: Aidan Moffat – teksty i kompozycje; Malcolm Middleton – kompozycje; produkcja przy utworach – Arab Strap i Paul Savage • Nagrania: Paul Savage • Studio / miejsce nagrania: Chem19 • Inżynieria: Paul Savage • Dodatkowe credits: John Burgess – instrumenty dęte; Paul Savage – mellotron w Basic Physics • ℗ / ©: ℗ 2026 Rock Action Recordings Ltd • © 2026 Rock Action Recordings Ltd.
KONCEPT
7.6
SPÓJNOŚĆ
7.4
BRZMIENIE / PRODUKCJA
7
WYKONANIE
6.8
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
7.8
MELODIE / MOTYWY
7.5
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
7.5
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
8.3
EMOCJONALNOŚĆ
8.4
SIŁA PRZEKAZU
8.5
INNOWACYJNOŚĆ
7.3
EFEKT UZALEŻNIENIA
7.2
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
7.6
OCENA