
The Last Dinner Party od początku wyglądali i brzmieli jak zespół, który jeszcze przed pierwszą próbą generalną zatrudnił scenografa, kostiumografa i osobę odpowiedzialną za właściwe rozmieszczenie świec. Nie był to zarzut. Ich debiutanckie „Prelude to Ecstasy” miał siłę właśnie dlatego, że nie próbował udawać spontanicznego spotkania przy gitarach. Był wejściem na scenę: zdecydowanym, starannie oświetlonym i świadomym każdego gestu.
Druga płyta stawia trudniejsze pytanie. Nie o to, czy zespół potrafi powtórzyć ten gest, lecz czy pod kostiumem znajduje się organizm zdolny do zmiany. Na oficjalnej stronie The Last Dinner Party świat „From The Pyre” nadal funkcjonuje jako rozbudowane widowisko, lecz muzyka ma być ciemniejsza, bardziej surowa i bliższa ziemi. Zgodnie z opisem wydawnictwa Island Records tytułowy stos jest miejscem destrukcji i odrodzenia, z którego wyłaniają się kolejne historie.
Problem polega na tym, że ziemia nadal ma tu aksamitne zasłony.
Mit jako filtr, nie dekoracja
„From The Pyre” nie jest zbiorem osobnych piosenek połączonych ogólną atmosferą. To album o mechanizmie przekształcania zwyczajnych doświadczeń w legendy, przypowieści i sceny z przedstawienia. Odrzucenie, żałoba, zazdrość, rodzinne oczekiwania czy zmęczenie własnym wizerunkiem nie pojawiają się bezpośrednio. Najpierw muszą przejść przez religijną ikonografię, ostrza, ogień, postacie historyczne i krajobraz, w którym nawet wiadomość pozostawiona bez odpowiedzi może skończyć się pojedynkiem na pograniczu.
W Agnus Dei ta metoda działa znakomicie. Stabilny puls basu i fortepianu pozwala Abigail Morris stopniowo zwiększać napięcie, a kolejne partie gitar i głosów nie wpadają do utworu jednocześnie. Zostają wpuszczone na scenę we właściwym momencie. Kompozycja rośnie z apokaliptyczną pewnością siebie, lecz jej środek pozostaje zaskakująco przyziemny: ktoś pragnie uwagi, bliskości i potwierdzenia własnego znaczenia. Koniec świata jest kostiumem dla emocjonalnego głodu.
Count The Ways szybciej odsłania ciało zespołu. Riff jest sprężysty, wokalne frazy krótsze, a rytm pracuje zamiast jedynie podtrzymywać monumentalną konstrukcję. Piosenka nie potrzebuje długiego wprowadzenia do własnego dramatu. Atakuje z miejsca i właśnie dlatego religijne oraz brutalne obrazy nie wydają się dopisane czerwonym atramentem na marginesie. Są częścią ruchu kompozycji.
The Last Dinner Party należą do tej odmiany art rocka, która nie boi się popowej melodii, ale chce ją podać w naczyniu wyglądającym na znalezione podczas wykopalisk. Nie ma w tym nic nagannego. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy naczynie okazuje się ciekawsze od zawartości.
Kiedy scena zaczyna oddychać
Najmocniejsze fragmenty albumu pojawiają się nie wtedy, gdy zespół dodaje kolejną warstwę, lecz gdy zmienia perspektywę. Oddanie głównego wokalu Lizzie Mayland w Rifle jest czymś więcej niż urozmaiceniem obsady. Jej interpretacja ma mniej operowej pewności, więcej napięcia zamkniętego w środku. Gitary są ostre i rytmicznie poszarpane, pauzy rzeczywiście coś ważą, a francuski fragment nie brzmi jak ozdobnik przyniesiony z teatralnego magazynu. Na chwilę zmienia temperaturę całej sceny.
Jeszcze wyraźniej działa I Hold Your Anger, śpiewane przez Aurorę Nishevci. Fortepian nie służy tu do ogłoszenia nadejścia kolejnej tragedii. Powtarza delikatne figury, zostawiając miejsce dla smyczków i głosu pozbawionego zwyczajowej emfazy Morris. Temat emocjonalnej pracy wykonywanej przez kobiety, dziedziczonego gniewu i obowiązku przechowywania cudzych lęków nie potrzebuje stosu symboli. Aranżacja powstrzymuje się przed wielką eksplozją, dzięki czemu utwór nie zamienia bólu w pokaz pirotechniczny.
Podobna dyscyplina pojawia się w Sail Away. Fortepian i wokal budują piosenkę z prostych zmian dynamiki, a chóralne zakończenie wyrasta z wcześniejszej intymności zamiast spadać na nią z sufitu. Osobno to jeden z najbardziej przekonujących momentów albumu. W układzie płyty trafia jednak do spokojniejszej części, w której kolejne kompozycje zaczynają poruszać się z podobną ostrożnością. Dramaturgia zwalnia bardziej, niż wymaga tego materiał.
Woman Is A Tree znajduje się po przeciwnej stronie. Smyczki, perkusyjny puls i wielogłosowe frazy tworzą sugestywne środowisko, gdzie kobiecość zostaje spleciona z naturą, pamięcią i biologicznym trwaniem. Atmosfera jest gęsta, ale sama piosenka pozostaje częściowo nierozwinięta. Symbol staje się miejscem akcji, nie zawsze myślą. Można się w nim zanurzyć, trudniej wynieść z niego melodię.
Ta różnica oddziela „From The Pyre” od płyt, na których nadmiar ma własną architekturę, jak opisywana przez nas „Fossora” Björk. The Last Dinner Party potrafią budować piętra, krużganki i boczne kaplice, ale nie każda część konstrukcji prowadzi do innego pomieszczenia.
Głośniej nie zawsze znaczy groźniej
Markus Dravs produkuje album tak, by żaden pomysł nie wyglądał na przypadkowy. Alan Moulder spaja gitary, fortepian, smyczki i wielowarstwowe wokale w jednolitą masę, a mastering Chrisa Gehringera utrzymuje kontrolę nad szerokimi skokami dynamiki. Technicznie jest to praca dopracowana. Instrumenty nie rozpadają się nawet w najbardziej zatłoczonych fragmentach, a głos Morris pozostaje czytelny niezależnie od liczby osób symbolicznie płonących właśnie w tle.
Jednolitość ma swoją cenę. Środkowe pasmo jest nasycone, chórki często zajmują tę samą emocjonalną płaszczyznę co gitary, a kulminacje bywają wygładzone zanim zdążą naprawdę ukłuć. Album brzmi duży, lecz nie zawsze brzmi niebezpiecznie. Moulder nadaje całości kleistość potrzebną tak rozbudowanym aranżacjom, tylko że klej momentami zmienia się w lakier.
Second Best najlepiej ujawnia tę sprzeczność. Początek opiera się na harmonii głosów i lekkim fortepianowym zawieszeniu, po czym utwór przechodzi w mocniej akcentowany, niemal punkowy refren. Kontrast powinien przewrócić stół. Zamiast tego otrzymujemy efektowną zmianę dekoracji, której melodia nie ma siły dorównać aranżacyjnemu zamachowi. Rytm jest prosty, refren uporczywy, ale po zakończeniu zostaje głównie wspomnienie wykonawczego wysiłku.
Znacznie swobodniej zachowuje się This Is The Killer Speaking. Westernowe napięcie zwrotek zostaje skonfrontowane z rozbuchanym, niemal kabaretowym finałem, a zespół pozwala sobie na humor bez puszczania oka co kilka sekund. Gitary rysują nerwowe linie, fortepian przyspiesza teatralny chaos, Morris świadomie przesadza. To jedna z chwil, w których przesada jest metodą kompozycyjną, nie automatycznym ustawieniem.
Podobna gra ze stylami pojawiała się w barokowym popie The Last Shadow Puppets, lecz The Last Dinner Party nie traktują retro jak eleganckiej gabloty. W ich muzyce historia rocka jest garderobą. Queen, Kate Bush, glam, folkowa ballada i musical mogą pojawić się w ciągu kilku minut, ponieważ wszystkie pasują do opowieści o tożsamości jako roli zmienianej między kolejnymi scenami.
Serce pod warstwą popiołu
Emocjonalnym centrum płyty pozostaje The Scythe. Opowieść o śmierci, rozstaniu i możliwym spotkaniu w innym życiu nie zostaje uduszona przez własną symbolikę. Melodia rozwija się spokojnie, głos Morris nie rozpoczyna od maksymalnego natężenia, a smyczki stopniowo zwiększają ciężar refrenu. Gitarowe rozwinięcie nie służy prezentacji umiejętności Emily Roberts. Jest uwolnieniem napięcia, na które aranżacja wcześniej zapracowała.
To również moment, w którym album przestaje wymagać od słuchacza znajomości całej ikonograficznej instrukcji obsługi. Obraz kosy jest prosty, niemal archetypiczny. Zespół nie musi dodawać kolejnych świętych, ran i płonących krajobrazów, by przekonać, że strata jest poważna.
Inferno zamyka album inaczej: skocznym fortepianem, serią tożsamości i autoironicznym zderzeniem postaci historycznych z codziennym chaosem. Morris raz jest męczennicą, za chwilę osobą czekającą na telefon i rozpadającą się przed telewizorem. To dobry pomysł na finał płyty poświęconej mitologizowaniu własnych doświadczeń. Problemem pozostaje nagłe zakończenie, które wygląda bardziej jak podniesienie kurtyny na przerwę niż domknięcie historii.
„From The Pyre” nie jest ani wielkim zwycięstwem nad presją drugiego albumu, ani katastrofą przykrytą drogą scenografią. Zespół gra pewniej, sprawniej wymienia się głosami i lepiej rozumie, kiedy instrumenty mają współpracować, a kiedy wejść ze sobą w konflikt. Nie wszystkie melodie nadążają za ambicją aranżacji. Nie każdy symbol dociera do emocjonalnego źródła. Czasem zamiast opowieści otrzymujemy imponujący rekwizyt.
Mimo tych ograniczeń płyta nie brzmi jak ostrożna kopia debiutu. The Last Dinner Party wzmacniają swoją tożsamość, a jednocześnie odkrywają jej granice. Najlepsza droga naprzód nie prowadzi przez jeszcze większy ogień. Prowadzi przez decyzję, które elementy naprawdę powinny spłonąć.



