
Najgłośniejszy instrument
„Aurora” zaczyna się od fortepianu i orkiestry, jakby Yes zamierzał odsłonić nowy kontynent. Po chwili okazuje się, że kontynent ma poręcze, miękki dywan i bardzo dobrze oznaczone wyjście ewakuacyjne.
To właściwie cała sprzeczność tej płyty. Muzyka chce być szeroka, świetlista i podniosła, ale niemal każda potencjalnie niebezpieczna krawędź została zaokrąglona. Gitary Steve’a Howe’a potrafią ukłuć, rytm Billy’ego Sherwooda i Jaya Schellena czasem nabiera siły, Geoff Downes wyciąga z magazynu kilka cięższych barw organowych, lecz produkcja szybko przypomina wszystkim, że obowiązuje elegancki strój wieczorowy. Można się poruszać. Bieganie po sali nie jest mile widziane.
Najgłośniejszym instrumentem pozostaje oczywiście sama nazwa Yes. Każdy dźwięk zostanie zestawiony z „Close to the Edge”, każda partia wokalna z Jonem Andersonem, każdy basowy ozdobnik z Chrisem Squire’em, a każda dłuższa kompozycja będzie musiała zdać egzamin przed komisją złożoną z ludzi, którzy od 1972 roku nie zmienili ani pytań, ani marynarek.
Można zrozumieć tę potrzebę. Yes nie jest zwykłym zespołem, lecz jednym z tych kilku organizmów, które pomogły stworzyć język rocka progresywnego, a później spędziły pół wieku na próbach porozumienia się z własnym wynalazkiem. Tyle że rozliczanie „Aurora” z tego, czy powtarza wstrząs wywołany przez „Fragile” albo „Relayer”, prowadzi donikąd. Pytanie nie brzmi, czy dzisiejszy Yes jest tym samym zespołem. Nie jest. Pytanie brzmi, czy ten obecny ma jeszcze coś do powiedzenia poza uprzejmym przypominaniem, że marka pozostaje aktywna.
Na „Aurora” odpowiedź po raz pierwszy od dłuższego czasu nie brzmi jak wyjaśnienie działu prawnego.
Obecny skład przestał zachowywać się jak grupa muzyków wynajętych do konserwacji stylu. Jon Davison, Steve Howe, Geoff Downes, Billy Sherwood i Jay Schellen zaczynają brzmieć jak zespół, nawet jeśli nie zawsze brzmią jak Yes zapamiętany przez publiczność. To różnica większa, niż sugeruje spokojna powierzchnia albumu.
Piękno z regulatorem bezpieczeństwa
Tytułowa Aurora ma wszystko, czego można oczekiwać od późnego, symfonicznego Yes: szerokie klawiatury, wielopiętrowe wokale, eleganckie przejścia, gitarowe komentarze Howe’a i orkiestrę sugerującą, że za chwilę wzejdzie nie słońce, lecz cała metafizyka. Kompozycja rozwija się jednak najlepiej wtedy, gdy przestaje pilnować własnej monumentalności. W zwrotkach pojawia się lekki puls, syntezatory migoczą zamiast grzmieć, a głos Davisona unosi się nad nimi bez przesadnego napinania melodii.
Davison nadal śpiewa tak, jakby górne rejestry były nie tyle wyborem, ile obowiązkiem wynikającym z umowy franczyzowej. Jego głos ma czystość i odpowiednią lekkość, lecz przez znaczną część albumu brakuje mu nacisku. Gdy wszystkie instrumenty również zostają wygładzone, muzyka traci środek ciężkości. Zaczyna płynąć, choć nikt nie potrafi wskazać nurtu.
Turnaround Situation rozwiązuje ten problem za pomocą rytmu. Sherwood nie próbuje odtwarzać agresywnego, niemal solistycznego stylu Squire’a. Gra krócej, bardziej sprężyście, zostawiając przestrzeń gitarze i klawiszom. Schellen trzyma utwór w ruchu bez nieustannego zgłaszania perkusyjnych aspiracji do nagrody za całokształt twórczości. Powstaje prosty, dotykalny groove, który robi dla płyty więcej niż kilka minut orkiestralnego rozmachu.
Downes również wreszcie wychodzi zza dekoracji. Na poprzednich albumach zbyt często pełnił funkcję człowieka odpowiedzialnego za produkowanie nieokreślonego koloru w tle. Tutaj organy, fortepian i syntezatory częściej stają się częścią konstrukcji. Nie wszystkie barwy dobrze zniosły upływ czasu. Niektóre nadal pamiętają epokę, w której plastikowy połysk oznaczał technologiczną przyszłość, a każdy przycisk na instrumencie należało nacisnąć przynajmniej raz. Mimo to klawisze nadają „Aurora” własną temperaturę.
Delikatność działa dobrze w Love Lies Dreaming. Akustyczne gitary nie są tu jedynie obowiązkowym ukłonem wobec pastoralnej strony zespołu. Wchodzą w rozmowę z melodyjnym basem, a wokalne harmonie wyrastają z instrumentalnego pulsu zamiast wisieć nad nim jak ozdobny żyrandol. Utwór nie prowadzi do wielkiego finału. Jego dramaturgia opiera się na drobnych zmianach faktury, przesuwaniu akcentów i dokładaniu kolejnych barw.
Gorzej, gdy łagodność zmienia się w emocjonalne środowisko sterylne. Emotional Intelligence zaczyna się od fortepianu, akustycznej gitary i melodii, która mogłaby wybrzmieć znacznie mocniej, gdyby tekst nie tłumaczył empatii językiem firmowego szkolenia z komunikacji. Intencje są szlachetne. Człowiek powinien mniej mówić, więcej słuchać i tworzyć przestrzeń do porozumienia. Trudno protestować. Równie trudno zbudować z tego przekonującą piosenkę, jeśli kolejne frazy brzmią jak punkty wyświetlane na slajdzie przed przerwą na kawę.
Teksty są zresztą jednym z głównych ograniczeń albumu. Yes zawsze potrafił operować słowami na granicy duchowej poezji, kosmicznego bełkotu i fraz, których nie należało zbyt uważnie przesłuchiwać bez obecności prawnika. Na „Aurora” problemem nie jest hermetyczność. Przeciwnie. Wszystko zostaje podane zbyt bezpośrednio. Sztuczna inteligencja zagraża człowieczeństwu, komunikacja wymaga słuchania, świat potrzebuje miłości, a świadomość powinna wzrastać. Teksty potwierdzają właściwe wartości, lecz rzadko znajdują dla nich nieoczywisty obraz.
Muzyka jest znacznie mniej przewidywalna od słów.
Trzynaście minut bez alibi
Countermovement trwa niemal czternaście minut, co w świecie prog rocka może oznaczać zarówno odwagę kompozycyjną, jak i niechęć do wyrzucania czegokolwiek z folderu „pomysły”. Ten utwór przez chwilę wygląda podejrzanie. Otwiera się posępniejszą przestrzenią klawiszy, stalową gitarą, zmieniającymi się fakturami i motywami, które nie spieszą się z wyjaśnieniem swoich zamiarów. Później pojawiają się akustyczne pasaże, głosy Howe’a, Sherwooda i Davisona, folkowy ruch oraz harmonie przywołujące dawne Yes tak wyraźnie, że jeszcze jeden takt mógłby wymagać zgody młodszej wersji zespołu.
A jednak kompozycja się broni. Nie dlatego, że przypomina klasyczne suity, lecz dlatego, że ma własny sposób rozwijania materiału. Nie buduje jednej potężnej konstrukcji. Łączy kilka odmiennych części, które stopniowo zaczynają wymieniać motywy. Fraza pojawiająca się w gitarze przechodzi do wokali, rytmiczny układ wraca w innym tempie, a pozornie odległe fragmenty zaczynają tworzyć wspólną pamięć.
Najważniejsze, że muzycy pozwalają pomysłom wybrzmieć. Na „Mirror to the Sky” zdarzało się, że kompozycje miały wiele elementów, ale żaden nie otrzymywał wystarczająco dużo czasu, by stać się centrum. Tutaj forma wreszcie nie jest liczbą zgromadzonych części. Jest relacją między nimi.
Steve Howe gra oszczędniej, niż oczekiwaliby słuchacze pamiętający jego dawne kaskady nut, lecz ta oszczędność bywa zaletą. Charakterystyczne, lekko suche brzmienie gitary nie próbuje zdominować całego nagrania. Howe częściej rzuca krótką frazę, pozwala jej zostać w przestrzeni, a potem odpowiada innym kolorem instrumentu. Jego partie nie mają już dawnej fizycznej zwinności, lecz nadal posiadają składnię rozpoznawalną po kilku dźwiękach. W czasach seryjnej produkcji gitarowej perfekcji to niemało.
Countermovement przynosi też najbardziej potrzebną rzecz na całej płycie: cień. Klawisze stają się chłodniejsze, gitara mniej dekoracyjna, a kompozycja nie próbuje co kilkadziesiąt sekund zapewniać słuchacza, że wszechświat zmierza ku światłu. Dzięki temu jaśniejsze fragmenty zaczynają mieć sens. Blask bez ciemności jest tylko ustawieniem monitora.
Nie wszystkie przejścia są płynne. Jedna część potrafi skończyć się, zanim następna naprawdę na nią odpowie. Tekstowe rozważania o technologii i ludzkiej intuicji pozostają zbyt ogólne, by nadać suicie intelektualny ciężar. Mimo tego Countermovement jest najlepszym dowodem, że obecny Yes nie musi ograniczać się do eleganckiego AOR-u z progresywną metryką.
To nie jest nowa Close to the Edge. Na szczęście. Światu nie była potrzebna jej wersja przygotowana przez ludzi, którzy doskonale wiedzą, że wszyscy czekają właśnie na nią.
Gdy otwierają boczne drzwi
Najciekawsze momenty „Aurora” powstają wtedy, gdy zespół przestaje kontrolować własną poprawność.
Ariadne zaczyna się od smyczków, które mogłyby zapowiedzieć mitologiczny dramat sceniczny, ale szybko wikła się w rytmiczne przesunięcia, falującą gitarę i niemal funkowy ruch. Orkiestra nie służy wyłącznie do zwiększania objętości. Wchodzi w spór z zespołem, podbija napięcie, czasem wręcz narzuca mu krok. To jeden z nielicznych utworów, w których symfoniczność jest metodą kompozycji, nie dodatkiem do wersji deluxe.
Jeszcze lepiej działa trzyminutowe All Hands on Deck. Ciężki riff pojawia się bez zapowiedzi, Downes odpowiada organami, a Davison schodzi do niższego rejestru i natychmiast brzmi bardziej ludzko. Gdy przestaje być strażnikiem pamięci o Jonie Andersonie, jego głos nabiera ciała. Nie musi walczyć o wysokość. Może wreszcie zająć miejsce w środku zespołu.
Utwór jest krótki i ma kilka niedopracowanych linii wokalnych, ale właśnie ta zwięzłość mu pomaga. Yes nie dopisuje obowiązkowej części instrumentalnej, nie wraca z refrenem w wersji orkiestrowej i nie urządza finału, w którym każdy muzyk podsumowuje przebieg spotkania. Riff, kontrast, kilka spięć między gitarą a organami. Koniec.
Produkcja mogłaby pozwolić tej muzyce uderzyć mocniej. Gitary są chropowate, lecz pozostają zbyt lekkie w dolnym paśmie, perkusja nie nabiera pełnej masy, a całość brzmi tak, jakby ciężar został wcześniej zatwierdzony przez komisję bezpieczeństwa. Mimo tego All Hands on Deck pokazuje kierunek, w którym Yes mógłby pójść częściej: mniej jedwabiu, więcej tarcia.
Outside the Box wychodzi jeszcze dalej. Akustycznej gitarze towarzyszą pozbawione słów wokale, później pojawiają się drony, psychodeliczne klawisze, zniekształcone gitary i coraz gęstsza sekcja rytmiczna. Kompozycja nie ma eleganckiego punktu kulminacyjnego. Rozrasta się jak eksperyment, którego muzycy nie przerwali w chwili, gdy zaczął zachowywać się dziwnie.
Nie wszystko tu pasuje. Nie musi. Ta niedoskonałość jest cenniejsza od kilku fragmentów albumu, w których każda część została umieszczona dokładnie tam, gdzie spodziewa się jej odbiorca melodyjnego rocka progresywnego. Podobny balans między chwytliwością, rytmiczną energią i progresywną formą pojawiał się choćby na opisywanym przez nas albumie Magic Pie „Fragments of the 5th Element”, choć norweski zespół podawał go z większą siłą i hardrockowym nerwem.
Bonusowe Jambustin’ oraz Watching the River Roll pokazują dwa skrajne oblicza tej samej swobody. Pierwszy utwór miesza gitarową zabawę, funk, country, syntezatorową groteskę i dowcip, którego część słuchaczy nie będzie miała ochoty zrozumieć. Jest chaotyczny, ale przynajmniej nie zachowuje się przy stole. Drugi płynie spokojnie, oparty na akustycznym pulsie, ciepłych harmoniach i gitarze, która nie musi niczego udowadniać. Watching the River Roll byłoby lepszym finałem albumu niż Emotional Intelligence. Zamiast pouczać o uważności, po prostu ją praktykuje.
Nie odrodzenie, lecz późny styl
Największym osiągnięciem „Aurora” nie jest powrót do klasycznego Yes. Takiego powrotu nie ma i nie będzie. Jest za to coś trudniejszego do sprzedania: powolne wykształcanie późnego stylu.
Późny styl nie polega na udawaniu młodości ani na nagrywaniu wolniejszych wersji dawnych płyt. Pojawia się wtedy, gdy artysta przestaje walczyć z ograniczeniami i zaczyna wykorzystywać ich kształt. Howe nie gra już z dawną gwałtownością, ale potrafi budować utwór zmianą barwy i pojedynczą, cierpką frazą. Downes nie jest Wakemanem i nie potrzebuje kolejnych kilometrów klawiatur, by to udowodnić. Sherwood nie odtwarza basowego ataku Squire’a, lecz znajduje bardziej zespołową rolę. Schellen nie próbuje wygrać konkursu z Billem Brufordem ani Alanem White’em. Davison pozostaje najsłabszy wtedy, gdy ściga ducha Andersona, i najciekawszy, gdy wreszcie zostawia go w spokoju.
Ta akceptacja własnej skali odróżnia „Aurora” od słabszych płyt obecnego wcielenia Yes. Na „Heaven & Earth”, którego recenzję można znaleźć w archiwum Laboratorium, łagodność zbyt często przechodziła w bezwład. Tutaj zespół nadal gra miękko, ale częściej wie, po co. Melodia ma rytmiczny szkielet, orkiestracja potrafi wpływać na dramaturgię, a dłuższa forma nie istnieje wyłącznie dlatego, że progresywny regulamin przewiduje przynajmniej jeden utwór przekraczający dziesięć minut.
Nie wszystko zostało odzyskane. Brakuje napięcia, które kiedyś sprawiało, że muzyka Yes wydawała się jednocześnie precyzyjna i niebezpieczna. Brzmienie bywa zbyt cienkie, wokale zbyt idealnie wygładzone, melodie zbyt słodkie, a teksty potrafią sprowadzić złożone problemy do zdań, pod którymi z łatwością podpisałby się producent herbaty z cytatem na etykiecie.
A jednak „Aurora” nie jest produktem wykonanym przez maszynę do podtrzymywania legend. Słychać na niej ludzi, którzy sprawdzają pomysły, czasem źle dobierają proporcje, czasem przesadzają z orkiestrą, czasem trafiają na świetny riff i mają wystarczająco dużo rozsądku, by po trzech minutach go zakończyć. Słychać też przyjemność ze wspólnego grania. Nie jest to cecha gwarantująca wielką sztukę, ale jej brak gwarantuje znacznie gorsze rzeczy.
„Aurora” unosi się częściej, niż uderza. Problem w tym, że Yes najlepiej działał zawsze wtedy, gdy robił jedno i drugie jednocześnie. Na tej płycie odzyskuje pierwszą z tych umiejętności i zaczyna przypominać sobie drugą.
Nie jest to nowe życie starego Yes. To pierwszy album od dawna, na którym obecny Yes wyraźnie okazuje oznaki własnego życia.
Informacje o albumie można znaleźć na oficjalnej stronie Yes oraz na stronie InsideOut Music.



