
Harmonia bez pianisty
Po frazie saksofonu nie przychodzi akord fortepianu. Nie ma też gitary, która mogłaby dyskretnie podpowiedzieć, gdzie znajdujemy się harmonicznie. Zostają trzy linie: saksofon Gilada Atzmona, kontrabas Piotra Lemańczyka i perkusja Adama Golickiego. To wystarcza, ale zmienia zasady gry. Lemańczyk musi robić więcej niż utrzymywać fundament, Golicki nie może traktować pulsu jak oddzielnej warstwy, a Atzmon – choć jego instrument z natury przyciąga ucho najmocniej – nie dostaje pod sobą gotowej siatki, która amortyzowałaby każdą decyzję. Na Between The Vistula And The Hudson najbardziej interesujące okazuje się nie to, czego trio nie posiada, lecz sposób, w jaki trzej muzycy dzielą między siebie funkcje zazwyczaj przypisane czwartemu.
W materiałach towarzyszących albumowi pada określenie „harmony-less trio”. Dosłownie brzmi ono efektownie, muzycznie jest trochę mylące: harmonii oczywiście tu nie brakuje. Brakuje instrumentu akordowego, który podawałby ją wprost. I tę różnicę warto zachować, bo inaczej z dobrego pomysłu wykonawczego robi się reklamowe hasło o graniu nad przepaścią. ALG Trio nie spędza pięćdziesięciu trzech minut na krawędzi katastrofy. Wręcz przeciwnie. Atzmon, Lemańczyk i Golicki grają z dużą kontrolą, czasami aż przesadnie elegancko. Ich ryzyko leży gdzie indziej: w konieczności ciągłego ustalania proporcji bez osoby, która mogłaby po prostu położyć pod nimi komplet akordów.
Kontrabas nie stoi piętro niżej
Saksofon Atzmona jest najbardziej oczywistym narratorem albumu. W szybszych fragmentach jego alt potrafi zagęszczać frazę, zawijać ją wokół pulsu i długo odwlekać moment pełnego zatrzymania; kiedy tempo i materiał robią się bardziej liryczne, natychmiast wychodzi na powierzchnię jego zamiłowanie do melodii. Lance Liddle w brytyjskim Bebop Spoken Here zwrócił uwagę właśnie na tę podwójność: ruchliwość w szybkich numerach i bardzo bezpośredni liryzm w wolniejszych. Tom Hull opisał jego grę jako skupioną i precyzyjną. Obie obserwacje trafiają w charakter nagrania, ale ustawienie Atzmona jako „frontmana” daje tylko część obrazu.
Bo kiedy zdejmie się uwagę z saksofonu i przeniesie ją kilkadziesiąt centymetrów niżej, album zaczyna działać trochę inaczej. Lemańczyk nie jest tutaj kontrabasistą obsługującym zaplecze melodii. Sam mówił w radiowej Dwójce, że w tym składzie dopowiadanie harmonii w dużej mierze spoczywa na nim. To słychać również w samej logice zespołu: jego linia musi równocześnie utrzymywać orientację, prowadzić ruch basowy i reagować na to, jak Atzmon konstruuje melodię. Nie każda odpowiedź wymaga wyjścia na pierwszy plan. Częściej chodzi o zmianę kierunku bez zatrzymywania muzyki.
Lemańczyk i Golicki znają się muzycznie dużo lepiej niż sugerowałoby określenie „nowe trio”. Obu można było usłyszeć razem choćby na Reflections Adam Golicki Trio. Tam pomiędzy nimi funkcjonowała gitara Macieja Grzywacza, a sekcja mogła mocniej oprzeć się na tradycyjnym podziale obowiązków. W ALG Trio środek został opróżniony. Bas częściej przejmuje informację harmoniczną, perkusja musi uważniej dozować gęstość, a saksofon słyszymy w znacznie bardziej odsłoniętym otoczeniu.
Świeża relacja TopBass z koncertu w Gdyni dobrze pokazuje, jak daleko ta wymiana ról zaszła już po nagraniu płyty: Atzmon podawał frazę, Lemańczyk ją przejmował albo zmieniał jej kierunek, Golicki reagował rytmem; w innych fragmentach inicjatywa wychodziła z sekcji, a saksofon wchodził dopiero w przygotowaną przez nią sytuację. Koncert odbył się ponad rok po sesji, więc studyjnego albumu nie należy czytać przez późniejsze wykonania. Pokazuje to jednak, że jego podstawowy pomysł nie skończył się wraz z ostatnim dniem nagrań. Muzycy nadal rozwijają model, w którym hierarchia jest ruchoma.
Pięć standardów zajmuje trzy czwarte płyty
Układ repertuaru jest bardziej przemyślany, niż początkowo wygląda. Jedenaście utworów ustawiono niemal naprzemiennie: krótka kompozycja autorska, standard, kolejna autorska miniatura, następny standard. Like Cats In The Rain prowadzi do Green Dolphin Street, The 2nd Liberation do Secret Love, The Romantic Lad do Giant Steps, The Philosopher do You Don’t Know What Love Is, Tension do Lonnie’s Lament. Album zamyka The 1st Liberation.
Różnica czasu jest uderzająca. Autorskie utwory mają zwykle dwie lub trzy minuty: The 2nd Liberation trwa 2:20, Tension 2:08, finałowa The 1st Liberation 2:04. Tymczasem Secret Love rozrasta się do 9:30, Lonnie’s Lament do 8:27, Green Dolphin Street przekracza siedem minut. Przy niespełna pięćdziesięciu trzech minutach całej płyty standardy zajmują zdecydowaną większość czasu.
To istotniejsze od metafory dwóch rzek użytej w tytule. Wisła ma reprezentować przestrzeń Lemańczyka i Golickiego, Hudson – Nowy Jork i amerykańskie źródło języka jazzowego. Ładnie. Tyle że na poziomie muzycznym spotkanie obu brzegów nie polega na poszukiwaniu narodowej syntezy ani obowiązkowym dodawaniu „słowiańskiej melancholii” do amerykańskich standardów. ALG Trio ustawia własny materiał obok kanonu i pozwala różnicy długości powiedzieć więcej niż deklaracja programowa. Krótkie autorskie kompozycje zmieniają temperaturę, przecinają większe formy, resetują ucho. Standardy są miejscem rozwijania improwizacyjnego czasu.
Nie wszystkie te miniatury zostają w pamięci jako samodzielne kompozycje równie mocno. Część lepiej funkcjonuje wewnątrz sekwencji albumu niż poza nią. To jedna z niewielu rzeczy, które zatrzymują mnie przed jeszcze wyższą oceną. Własny materiał odpowiada za architekturę płyty, ale melodyczne centrum ciężkości wyraźnie ciąży ku utworom, które muzycy zastali.
„Giant Steps”: usunąć pianistę z utworu, który pianistom śni się po nocach
Umieszczenie Giant Steps w repertuarze tego konkretnego składu jest decyzją na granicy elegancji i lekkiej bezczelności. Utwór Johna Coltrane’a od dekad jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych sprawdzianów orientacji harmonicznej w jazzie. Progresja porusza się szybko pomiędzy odległymi centrami tonalnymi; przy klasycznym kwartecie fortepian może bardzo wyraźnie zaznaczać kolejne punkty mapy. Tutaj go nie ma.
Nie zamienia to wykonania ALG Trio w cyrkowy test sprawności. Sens leży raczej w odsłonięciu mechanizmu. Atzmon musi prowadzić frazę tak, żeby jej harmoniczny kierunek pozostał czytelny bez klawiatury dopowiadającej kolejne zmiany, Lemańczyk staje się jednym z najważniejszych punktów orientacyjnych, a Golicki musi utrzymać puls bez sztywnego zamykania saksofonu i basu w rytmicznej kratownicy. W naszym tekście o dwóch strategiach wolności Milesa Davisa i Johna Coltrane’a pisaliśmy o Giant Steps jako o muzyce, w której trudność bierze się przede wszystkim z szybkości przemieszczania się harmonii. ALG Trio dokłada do tego jeszcze jeden warunek: część tej harmonii nie zostaje wypowiedziana akordami.
A potem, cztery utwory dalej, pojawia się Lonnie’s Lament – również Coltrane, ale prawie przeciwieństwo tamtego rodzaju ruchu. Osiem i pół minuty pozwala Atzmonowi oprzeć się mocniej na jego największej sile: prowadzeniu melodii. Saksofon nie musi niczego udowadniać tempem ani ilością informacji. W takim repertuarze słychać, dlaczego brytyjscy recenzenci zwracają uwagę na jego liryzm. Atzmon lubi cytaty, lubi przemycać rozpoznawalne fragmenty innych melodii, czasem igra z pamięcią słuchacza, ale zasadniczo pozostaje muzykiem, który wierzy w frazę. Nawet kiedy ją komplikuje, nie chce jej unieważniać.
Ta różnica pomiędzy dwoma Coltrane’owskimi utworami robi dla płyty więcej niż rozbudowany manifest mógłby zrobić w książeczce. Jeden zmusza trio do szybkiego porządkowania zmieniającej się harmonii. Drugi daje mu czas, żeby sprawdzić, jak długo może utrzymać napięcie bez podobnego pośpiechu. Ten sam skład, ten sam kompozytor, całkiem inne obowiązki.
Golicki nie musi komentować każdej sylaby
Najłatwiej przeoczyć na tej płycie Adama Golickiego, jeśli perkusji słucha się wyłącznie wtedy, gdy zaczyna dominować. Jego wartość polega na czymś odwrotnym. W trio, w którym bas ma tyle pracy harmonicznej, perkusista bardzo łatwo mógłby zagęszczać przestrzeń ponad potrzebę i zamieniać otwartość składu w permanentny ruch. Golicki pilnuje, żeby do tego nie dochodziło.
Nie znaczy to, że gra zachowawczo. Różnica dotyczy sposobu budowania energii. Dynamika może zostać zmieniona akcentem, ciężarem pulsu, krótkim zwiększeniem nacisku, a nie koniecznie lawiną dodatkowych uderzeń. Koncertowe relacje z trasy potwierdzają, że ta cecha jeszcze się pogłębiła: Golicki potrafi zostawić partnerom przestrzeń przez dłuższy fragment, a później jednym mocniejszym ruchem przestawić środek ciężkości całego tria.
W tej muzyce powściągliwość nie jest brakiem pomysłu. Jest decyzją zespołową. To odróżnia ALG Trio od wielu małych składów, w których ograniczona liczba instrumentów zostaje potraktowana jak zaproszenie do nieustannego demonstrowania indywidualności. Atzmon ma dosyć osobowości, żeby wypełnić pół albumu sam. Lemańczyk dysponuje techniką pozwalającą zmienić każdy drugi utwór w pokaz kontrabasowy. Golicki mógłby stale podbijać napięcie. Cała trójka bardzo często decyduje się zrobić mniej.
Paradoksalnie z tego samego powodu płyta momentami wydaje się aż nadto bezpieczna. Muzycy rzadko wpadają sobie w słowo w sposób, który groziłby utratą formy. Ich porozumienie jest tak dobre, że prawie zawsze wiadomo, iż ktoś złapie piłkę. W bardziej agresywnym materiale chciałbym czasem usłyszeć sytuację, w której odpowiedź nie przychodzi od razu, albo przychodzi w sposób niewygodny dla poprzedniej frazy. Albumowi nie brakuje swobody; czasami brakuje tarcia.
Nie dwie rzeki. Jeden język, trzy akcenty
Wydawnicza opowieść prowadzi nas nad Wisłę i Hudson, przywołuje Heraklita oraz jazz jako sztukę nieustannego ponawiania. Nie ma w tym nic złego – improwizacja aż prosi się o rzeczne metafory, prawdopodobnie od chwili, kiedy pierwszy krytyk odkrył, że woda płynie. Muzyka ALG Trio okazuje się ciekawsza, kiedy na chwilę odłożymy geografię.
Atzmon wnosi bardzo silne przywiązanie do melodii, cytatu i narracyjnego prowadzenia sola. Lemańczyk traktuje kontrabas jako instrument mogący w tej samej kompozycji zmieniać pozycję między fundamentem a partnerem saksofonu. Golicki kontroluje ilość informacji w muzyce. Nie słyszę tu „Ameryki” odpowiadającej „Polsce” po obu stronach stołu. Słyszę trzech muzyków, którzy mają inne odruchy i wystarczająco dużo doświadczenia, żeby nie próbować ich ujednolicić.
Standardy są do tego idealnym laboratorium. Secret Love, You Don’t Know What Love Is, Green Dolphin Street, dwa utwory Coltrane’a – to melodie obciążone ogromną historią wykonań. Można przy nich szybko popaść w jeden z dwóch banałów: grać nabożnie albo na siłę „dekonstruować”. ALG Trio nie potrzebuje żadnego z tych gestów. Zachowuje tematy na tyle czytelnie, by ich pamięć nadal działała, a następnie wykorzystuje brak instrumentu akordowego do poluzowania zwyczajowych proporcji.
Dlatego Between The Vistula And The Hudson nie jest płytą rewolucyjną i chyba nie ma żadnego powodu, żeby ją tak sprzedawać. Horn trio ma długą historię. Standardy także nie potrzebują kolejnego aktu ratunkowego. Wartość tego albumu znajduje się w jakości decyzji podejmowanych wewnątrz dobrze znanej formuły: kto w danym momencie utrzymuje kierunek, kto może się wycofać, jak długo można pozostawić harmonię niedopowiedzianą i kiedy trzy instrumenty przestają brzmieć jak solista z sekcją.
Po pięćdziesięciu trzech minutach brak fortepianu przestaje zwracać uwagę. To najlepszy komplement, jaki można dać tej konfiguracji. Gdyby przez cały album słyszało się „trio bez pianisty”, pomysł przegrałby z własnym konceptem.
Tutaj słychać po prostu trio.



