Miłość, przyjaźń, jazz…

Miłość, przyjaźń, jazz…Pančevo nie przestaje zadziwiać! Położone nad rzeką Temesz miasto w okręgu Wojwodina, zaledwie 30 minut jazdy od stolicy Serbii Belgradu, do niedawna znane było głównie z przemysłu rafineryjnego, chemicznego, spożywczego (browar), etc. Od kilku lat profil miasta ulega zmianie i w jego kalendarzu systematycznie przybywa wydarzeń kulturalnych, które swym zasięgiem wykraczają daleko poza terytorialne granice Bałkanów. Najlepszym tego przykładem jest tamtejszy festiwal jazzowy, którego w tym roku odbyła się 24. edycja.

Pančevački Jazz Festival zdołał ustalić już swoją solidną pozycję na mapie europejskiego jazzu i dziś nikogo nie dziwi już, że do tego nie przekraczającego 100 tys. mieszkańców miasta przyjeżdżają artyści światowego formatu w pełnym znaczeniu tego słowa. Tegorocznej edycji może nie dopisała pogoda (deszcz!), ale doskonałą atmosferę zapewniła jakże spragniona muzyki na żywo, żywiołowo reagującą publiczność. Należy odnotować już sam fakt, że w środku pandemicznych obostrzeń festiwal ten się w ogóle odbył i żaden z zaplanowanych koncertów nie został odwołany. Ułańska fantazja organizatorów poszła jednak dalej i w trakcie czterodniowego wydarzenia zaprezentowali się tam artyści aż z czterech kontynentów, a jedenaście koncertów odbyło się w świeżo wyremontowanej sali tamtejszego Centrum Kultury i jego foyer.

Miłość, przyjaźń, jazz…Na pierwszy ogień poszedł Blazin’ Quartet dowodzony przez perkusistę i kompozytora Srdjana Ivanovića (zdjęcie po lewej). Ten międzynarodowy kwartet zdołał wypracować swoje indywidualne brzmienie oparte na starannych aranżacjach dającym solistom mnóstwo przestrzeni do muzycznej wypowiedzi. Partie trąbki (Andreas Polyzogopoulos) i gitary (Federico Casagrande) odznaczały się klarownością i dbałością o każdy detal, nie marginalizując przy tym technicznej sprawności. Sam lider przyczajony za swym zestawem perkusyjnym, bez zbędnych przejawów showmeństwa, z satysfakcją czuwał nad przebiegiem całości, wsparty regularnym pulsem kontrabasu Mihaila Ivanowa.

Jakże duży kontrast dla otwierającego festiwal aktu stanowił występ tria amerykańskiego wibrafonisty i pianisty Joela Rossa (zdjęcie po prawej). Artysta ten całkowicie zdominował scenę prezentując intensywne, hipnotyzujące wręcz improwizacje. 26. letni muzyk zaliczany jest do najbardziej utalentowanych artystów młodego pokolenia. Bezsprzecznie potwierdził to podczas koncertu, aczkolwiek raczej monotonna narracja, jak i brak interakcji z publicznością mógł pozostawić lekki niedosyt.

Miłość, przyjaźń, jazz…

Co ciekawe, stylistyka Joela Rossa i jego zespolu Good Vibes była o wiele bardziej zbliżona do coltrane’owskiej niż ta, do której bezpośrednio odwoływała się Lakecia Benjamin (zdjęcie poniżej) i jej projekt Pursuance – The Coltranes. Jej występ opierający się na twórczości Johna i Alice Coltrane’ów był co prawda popisem wspaniałej muzykalności i instrumentalnej maestrii, ale duch muzyki Coltrane’a gdzieś przy tym zaginął, a jego kompozycje zostały czasami aż zanadto wygładzone. Niezaprzeczalne jest jednak, że Lakecia Benjamin to artystka na tyle utalentowana, aby zacząć operować bardziej indywidualnym językiem muzycznym. Być może wystarczy jedynie odrobina odwagi.

Jazzowe instrumentarium rozszerzane jest systematycznie od dawna i w kwestii tej sporo do powiedzenia ma austriacki saksofonista i flecista Wolfgang Puschnig. Do swojego ostatniego projektu Fulsome X zaprosił on wiolonczelistkę Asję Valcić (zdjęcie poniżej), tubistę Jona Sassa oraz perkusistę Reinhardta Winklera. Grę zespołową tego kwartetu należy postawić jako wzór do naśladowania. Mimo tak niestandardowego zestawu instrumentów, tej niecodziennej formacji udało się stworzyć jednolite muzyczne ciało, tak pod względem brzmieniowym jak i wykonawczym. Tuba z powodzeniem przejęła funkcję pulsującego kontrabasu, a wiolonczelistka miała na tyle dużo swobody, aby wykazać się pełnią umiejętności jako solistka oraz akompaniatorka, dając również solidne wsparcie harmoniczne. Na takim tle partie Puschniga prezentowały się wręcz lekko i ulotnie, bez zbędnych kompromisów. Wprost proporcjonalnie do ciężaru artystycznej całości, przez co ogólna wartość muzycznej wypowiedzi pozostała wyjątkowo wysoka.

Miłość, przyjaźń, jazz…

Rola największej gwiazdy festiwalu przypadła meksykańskiemu perkusiście Antonio Sanchezowi. Zdobywca nagrody Grammy za muzykę do filmu „Birdman” swój nowy projekt ochrzcił Shift. W jego składzie znalazł się Japończyk Bigyuki, basista Lex Sadler oraz chorwacka wokalistka Thana Alexa (zdjęcia po lewej), która prywatnie jest żoną perkusisty. Jak mówi nam historia muzyki, wspólne występy współmałżonków wielokrotnie kończyły się niepowodzeniem i rzadko kiedy przetrwały one próbę czasu. Koncertowi tej międzykontynentalnej formacji towarzyszył więc początkowo lekki dystans. Publiczności nie do końca przekonały rapowane partie wokalistki po hiszpańsku, ale z czasem muzyczny warsztat artystów uwiarygodnił ich poczynania. Rozkręcał się klawiszowiec Bigyuki, który coraz częściej wychodził poza ustalone ramy tonalne, co każdorazowo kończyło się zasłużonym aplauzem. Prym wiodła jednak Thana Alexa, której doskonała prezencja sceniczna i wokalna walnie przyczyniły się do prawdopodobnie najlepszego koncertu tego festiwalu. Do repertuaru weszły kompozycje, które napisane zostały specjalnie na potrzeby tego projektu. Wśród autorów znaleźli się tacy artyści jak: Tren Reznor, Lila Downs, Kimbra, Dave Matthews, Meshell Ndegeocello oraz sam Antonio Sanchez. Prawie dwugodzinne show, bo tylko tak można określić ten występ, oscylował na pograniczu jazzu, rocka, muzyki world, choć znaleźć tam można było też elementu funku i awangardy. Muzyka, która z powodzeniem w niedalekiej przyszłości wypełnić może stadiony świata zagrana została dla stosunkowo niewielkiego audytorium (około 350 osób) w Pančevie. Wydarzenie bez precedensu!

Miłość, przyjaźń, jazz…

Kiedy wydawało się, że tych emocji nic już nie przebije i wszyscy powoli w pełni usatysfakcjonowani rozejdą się do domu, w foyer wydarzyło się coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Podczas gdy Antonio Sanchez po raz ostatni uderzył w talerze, niemal natychmiast odpowiedziały mu dźwięki akustycznego fortepianowego techno tria LBT z Monachium. Wychodząca z sali głównej widownia zetknęła się z intensywnym, rytmicznym pulsem wygrywanym przez: Leo Betzla (fortepian), Maximiliana Hirninga (kontrabas) Sebastiana Wolfgrubera (perkusja). Takiej ekspresyjności nikt się nie spodziewał, ale niech nie zmyli tu nikogo określenie „techno”. LBT składa się ze starannie wykształconych muzycznie artystów, przez co ich gra nie ma nic wspólnego z prymitywizmem popularnej muzyki klubowej. Zachowana została intensywność i transowość przekazu, natomiast cała reszta przełożona została na akustyczny język muzycznego żywiołu.

Trzeci dzień festiwalu otworzyła serbska wokalistka Jelena Jovović (zdjęcie poniżej), która przedstawiła projekt Jazz Junction. Od pierwszych taktów słychać było jak wiele pracy artystka włożyła w ten występ, który przy okazji prezentował tak utalentowanych serbskich artystów jak m.in. Rastko Obradović (saksofon tenorowy). Jovović operuje ciepłą i pastelową barwą głosu, imponująco brzmiącym zarówno w niskich jak i wysokich rejestrach i predylekcją do frazowania charakterystycznego dla czarnoskórych artystów. Starannie zaaranżowany koncert był niewątpliwie pokazem doskonałego warsztatu serbskiej szkoły jazzowej.

Miłość, przyjaźń, jazz…

Jednym z najlepszych i najjaskrawszych przykładów na to jak należy zaprezentować swoją stricte jazzową twórczość i przy okazji porwać tłumy, stanowić mógł koncert kwartetu Tinissima saksofonisty Francesco Bearzattiego (Giovanni Falzone – trąbka, Danilo Gallo – kontrabas, Marco D’Orlando – perkusja, zdjęcie na samej górze). Formacja zagrała materiał ze swojego koncept albumu „Zorro” ilustrującego muzyką przygody legendarnego zamaskowanego bohatera. Niezwykła ekspresyjność wykonawcza, pomysłowość i dynamizm przełożył się na niesamowity spektakl. Dwójka frontmanów (Bearzatti, Falzone) nie tylko grała, ale i przeżywała całym sobą przygody Zorra, zjednując sobie zarazem sympatię widowni. Trzeba zaznaczyć przy tym, że ich twórczość wcale nie należała do najłatwiejszych w odbiorze, ale w takiej formie i z takim zaangażowaniem nikt nie mógł mieć wątpliwości co do intencji wykonawców. Włoskie szaleństwo, finezja i szał, który pozostawił po sobie niezapomniane wrażenie.

Na drugiej stronie szali muzycznej siły wyrazu umieścić należy występ LIUN + The Science Fiction Band. Lucia Cadotsch (wokal) wraz z czteroosobowym zespołem zaprezentowała materiał oscylujący w granicach muzyki pop, jazzu, trip hopu i downtempo. Muzyka mogła się podobać, ale ze względu na małe zaangażowanie wokalistki, opinie po koncercie były raczej mało pochlebne. Szkoda, bo możliwości są spore, ale w zestawieniu z innymi koncertami, ten wypadł niestety …blado.

Ostatnim aktem festiwalu był solowy występ jednego z najbardziej uznanych gitarzystów na świecie – Marca Ribota (zdjęcie poniżej). W programie koncertu miały znajdować się protest songi, aczkolwiek wsłuchując się uważnie, jego repertuar był znacznie bardziej rozległy i zarazem trudny do zdefiniowania. Jego narracja często opierała się na zaledwie pojedynczych motywach poszczególnych kompozycji. Dało usłyszeć się melodię z: Killer Joe, Internazionale, Somewhere z „ West Side Sory”, a nawet Jingle Bells. Bluesy przeplatały się z niczym nieograniczoną improwizacją, gdzie centrum tonalne nieustannie migrowało wraz obfitością intonowanych tematów. Niewątpliwie czuć było ciężar gatunkowy tej muzyki i jej powagę. Wsłuchując się w grę Ribota popaść można było zarówno w zadumę jak i euforię. Jednak co najważniejsze, jego muzyka znalazła swoich odbiorców, którzy potrafili docenić niezwykły kunszt artystyczny jazzowego koryfeusza naszych czasów.

Miłość, przyjaźń, jazz…

Spoglądając na tegoroczny festiwal w Pančevie przez pryzmat ostatnich kilkunastu miesięcy, możemy dojść do wniosku, że wszyscy biorący udział w tym wydarzeniu (zarówno artyści jak i widownia), w dniach 4-7 listopada 2021 roku znaleźli się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, tworząc razem niezapomniane widowisko. Organizatorzy nie ulegli licznym ograniczeniom związanym z trwającą ciągle pandemią i się do nich umiejętnie dostosowali. Liczba publiczności była zredukowana, ale stało się to podobnie z cenami biletów, których cena w tym roku zeszła do …zera. Wystarczyło tylko zarezerwować w kasie swoją miejscówkę.

W foyer festiwalu jak zwykle zaprezentowana została wystawa fotograficzna, tym razem poświęcona twórczości wybitnego rumuńskiego fotografa Liviu Tulbure. Wielki przyjaciel jazzu i znakomity fotoreporter zmarł niespodziewanie w styczniu tego roku, ale jego duch i aura niezwykle przyjacielskiego człowieka roztaczała się na wszystkich uczestników tego wydarzenia. Świat idzie naprzód, ale niektóre aspekty naszej codzienności pozostają bez zmian. Miłość, przyjaźń, jazz…

Miłość, przyjaźń, jazz…

Zdjęcia – Marcin Puławski