
Ciężar nauczył się świecić
Pierwsze 130 sekund Solaris załatwia sprawę, którą inne zespoły rozciągnęłyby na pół albumu. The Ocean wracają po poważnym przemeblowaniu składu, więc można było spodziewać się demonstracyjnego riffu, czegoś w rodzaju kontroli technicznej: spokojnie, kadłub cały, silniki działają. Zamiast tego dostajemy wibrafon, delikatniejsze instrumentarium i wejście Enrico Tiberiego. Post-metalowa maszyna rusza nie od uderzenia, lecz od lekkiego metalicznego drżenia, jakby ktoś próbował uruchomić reaktor kamertonem. Dopiero Departure Song wpuszcza do środka bas, przester i większy nacisk. I już tutaj wiadomo, że Robin Staps nie zatrudnił nowych ludzi po to, aby grali role po poprzednikach. The Ocean nie rekonstruują dawnego składu. Sprawdzają, ile można w nim wymienić, zanim nazwa na drzwiach przestanie cokolwiek znaczyć.
To interesujące zwłaszcza po Holocene, gdzie elektronika zaczęła wypierać wcześniejszą tektonikę gitar. Robin Staps przy okazji Solaris przyznawał, że po zmianach personalnych zależało mu również na przywróceniu słuchaczom znajomego rdzenia brzmienia. I rzeczywiście: post-metal, sludge’owy ciężar oraz progresywna cierpliwość znów zajmują sporo miejsca. Tyle że ten „znajomy rdzeń” został podłączony do instalacji, której wcześniej tutaj nie było. Gitary Robin Stapsa, Emmanuela Jessuy i Marco Gennaro coraz częściej tworzą fakturę zamiast prostego muru; klawisze i elektronika przestają pełnić funkcję kosmicznego dezodorantu rozpylanego nad riffami; Jordi Farré na perkusji i Mattias Hägerstrand na basie pilnują natomiast, żeby całe to laboratorium jednak poruszało się do przodu. Solaris potrafi dryfować, ale rzadko stoi.
Tiberi zna kod. Shi przynosi magnes
Enrico Tiberi ma rolę niewdzięczną. Loïc Rossetti zostawił po sobie sposób prowadzenia wokalu tak mocno sklejony z nowoczesnym The Ocean, że jego następca mógł łatwo skończyć jako profesjonalnie wykonana podróbka samego siebie. Tiberi momentami zbliża się do barwy i ekspresji Rossettiego wystarczająco mocno, by ciągłość była oczywista, szczególnie gdy kompozycje nabierają ciężaru. To jednak nie on jest największym przewrotem. Jest nim Lane Shi.
Shi nie działa jak drugi wokal do harmonii. Jej obecność zmienia kierunek sił. Potrafi przeciągnąć czystą frazę nad instrumentami, za chwilę rozedrzeć ją krzykiem albo wprowadzić rodzaj chwiejnego zawodzenia, które nie brzmi ani metalowo, ani „ładnie”, ani specjalnie zainteresowane spełnianiem oczekiwań któregokolwiek z tych światów. W Light Pollution przynosi to świetny efekt. Utwór porusza się między bardziej przestrzennymi fragmentami, elektroniką i cięższymi wejściami, ale nie musi za każdym razem regulować napięcia potencjometrem głośności. Tiberi może dociskać formę, Shi potrafi ją nadgryźć od boku. Nagle w muzyce The Ocean pojawia się coś, co wcześniej zdarzało się rzadziej: niepewność co do tego, w jaki sposób zabrzmi następne zdanie.
Szkoda tylko, że tekst Light Pollution nie ufa odbiorcy równie mocno jak aranżacja. Temat jest dobry: komunikacyjna natychmiastowość, technologiczne skracanie odległości, prywatność wystawiona pod jarzeniówkę. Muzyka zostawia szczeliny, przez które można wejść samemu. Słowa chwilami zachowują się natomiast jak prezentacja biznesowa, która po pokazaniu wykresu koniecznie dopisuje pod nim: „jak widzimy na wykresie”. Nie zabija to utworu, ale odsłania problem powracający później na albumie. The Ocean potrafią muzyką zasugerować coś subtelniej, niż umieją o tym napisać.
Simulacra – 17:18 i kontrola paszportowa
Najlepszym laboratorium dla tej płyty jest Simulacra. Siedemnaście minut i osiemnaście sekund. Sam stoper nie wystawia ocen, więc długość nie jest tu argumentem. Liczy się, co kompozycja robi z pożyczonym czasem. Początkowo robi sporo: osłabia nacisk, wpuszcza więcej przestrzeni, przesuwa głosy, elektronikę i instrumenty względem siebie, potem stopniowo ponownie obciąża konstrukcję. Dzwonkowe barwy i syntezatorowe tło nie wiszą na ścianie jako dekoracja science fiction; pomagają przygotować grunt pod fragmenty, w których zespół znowu przykręca śrubę. Dzięki temu późniejszy ciężar ma punkt odniesienia. Riff waży więcej, gdy wcześniej nie leżało obok pięć innych riffów o tej samej masie.
Ale Simulacra pokazuje też największą słabość Solaris: The Ocean nie zawsze rozpoznają moment, w którym pomysł już wykonał swoją pracę. Pewne figury wracają po raz kolejny bez dostatecznej zmiany funkcji. Napięcie zostało zbudowane, rezultat osiągnięty, a utwór jeszcze chwilę sprawdza, czy może przypadkiem dałoby się na tym samym bilecie przejechać dodatkowe trzy przystanki. Nie chodzi o brutalne skrócenie kompozycji do radiowej diety cud. Problemem Simulacra nie jest siedemnaście minut. Problemem jest kilka minut, które nie wiedzą, że ich koledzy wykonali już robotę. Na płycie trwającej 69:25 takie drobne nadwyżki zaczynają się sumować.
Co ciekawe, właśnie w tym rozciągnięciu słychać też coś atrakcyjnego. The Ocean nie projektują już długich utworów wyłącznie jak klatki schodowej prowadzącej do wielkiego finału. Na Pelagial ruch miał niemal geologiczną logikę: coraz niżej, coraz ciężej, coraz większe ciśnienie. Solaris porusza się mniej posłusznie. Czasami wraca w to samo miejsce innym korytarzem. Czasami patrzy przez okno. Czasami zapomina, po co w ogóle weszło do pokoju. Nie wszystkie te chwile są potrzebne, ale dzięki nim album przestaje być wyłącznie kolejną odmianą doskonale znanego post-metalowego crescendo.
Belligerence wreszcie przewraca krzesło
Dlatego Belligerence pojawia się w idealnym momencie. Po całym rozsuwaniu ścian ktoś w końcu zaczyna używać ich jako tarana. Sekcja rytmiczna zagęszcza ruch, gitary dostają twardszy kontur, a wokalna relacja Tiberi–Shi przestaje przypominać wymianę perspektyw. Oboje mogą atakować. Szczególnie Shi, która w bardziej agresywnej emisji brzmi nie jak kontrast dla metalowego wokalisty, lecz jak awaria syreny alarmowej, której nikt nie zamierza naprawiać.
To również miejsce, gdzie produkcja Jensa Bogrena zdaje egzamin bardziej praktyczny niż audiofilski. Przy siedmioosobowym składzie, trzech gitarach, dwóch wokalistach, klawiszach, syntezatorach i dodatkowych gościach można bardzo łatwo otrzymać miks przypominający autobus o 7:15 – wszyscy są w środku, tylko nikt nie może ruszyć ręką. Tutaj instrumenty zachowują funkcje. Bębny mają atak, bas daje grunt, gitary mogą rosnąć bez zamalowania wokali, a elektronika nie znika w chwili, gdy wzmacniacze zaczynają pracować mocniej. Bogren miksował już Pelagial oraz obie części Phanerozoic, lecz na Solaris ma inne zadanie: nie tylko podnieść ciężar, ale zostawić między jego elementami wystarczająco dużo tlenu.
To właśnie dlatego Belligerence wypada lepiej niż fragmenty, które próbują osiągnąć podobny rezultat samą długością. Utwór nie czeka, aż monumentalność sama wyrośnie. Pcha. Naciska. Zmienia ciśnienie. W muzyce Pawłowego testu skuteczności to argument trudny do podważenia: kiedy zespół chce być brutalny, najbardziej przekonuje wtedy, gdy brutalność jest czasownikiem, a nie dekoracją.
Gitary idą spać. Tangerine Dream zostaje na nocnej zmianie
Ultima Esperanza zaczyna powoli oddawać sterowanie elektronice. Riff wciąż ma znaczenie, ale przestaje być konstytucyjnym monarchą tej muzyki. Puls klawiszy i syntezatorów ustawia ruch, za którym dopiero podążają cięższe elementy. Tu również tekst nie zawsze nadąża za aranżacją. Powracająca metafora nadziei jako kruchego przedmiotu zaczyna się od trafnego obrazu, lecz kolejne powtórzenia wycierają z niej fakturę. Metafora jest trochę jak mydło: intensywne używanie nie wzmacnia jej, tylko sprawia, że zostaje coraz mniej.
Za to przejście w Milk Of My Dreams jest jednym z najbardziej bezczelnie udanych ruchów na całej płycie. Thorsten Quaeschning z Tangerine Dream nie przychodzi tu na pięć minut, żeby Pelagic Records mogło wydrukować znane nazwisko na naklejce. Elektronika przejmuje odpowiedzialność za napęd. Sekwencje pulsują, głosy zaczynają funkcjonować inaczej, metalowy ciężar zostaje zdjęty z konstrukcji, ale napięcie nie spada wraz z nim. Zespół odkrywa rzecz banalną tylko z pozoru: można przestać być ciężkim w kilogramach i nadal być ciężkim w skutkach.
To bardzo dobry kierunek również dlatego, że nie spada z sufitu. Quaeschning pracował nad elektronicznym wymiarem całego albumu, a nie wyłącznie nad jednym finałowym numerem. Dlatego Milk Of My Dreams brzmi jak konsekwencja wcześniejszych przecieków elektroniki, nie jak bonus po właściwym albumie. Dopiero końcowe 51°28′30″S, 73°6′11″W przeciąga wygaszanie nieco za długo. Muzyka dotarła już do swojego punktu końcowego; ostatnie minuty bardziej zamykają śluzę, niż odkrywają kolejną planetę. Ładne, logiczne, trochę zbyt ceremonialne. The Ocean nie mają problemu z rozpoczynaniem podróży. Czasami nie wiedzą tylko, kiedy zdjąć płaszcz i powiedzieć „dobranoc”.
Tarkowski patrzy, Lem stoi kawałek dalej
Solaris wyrasta bezpośrednio z filmu Andrieja Tarkowskiego, ale The Ocean dokładają do niego materiały dotyczące historycznych podróżników i mechanizmu eksploracji – tej cienkiej granicy, przy której ciekawość zaczyna przechodzić w zawłaszczanie. Oficjalna tracklista zamyka album pomiędzy dwiema parami współrzędnych: startem w Berlinie i finałem skierowanym ku Patagonii. Geografia pracuje więc tak samo jak instrumentarium. Najpierw znajduje się punkt orientacyjny, później album stopniowo zabiera słuchaczowi mapę.
Nie trzeba jednak czytać Tarkowskiego przez Stapsa ani Stapsa przez Tarkowskiego, żeby Solaris działało. Najciekawszy koncept tej płyty wydarzył się bowiem poza fabułą: sam zespół został zmuszony do sprawdzenia, czym właściwie jest The Ocean, kiedy z dotychczasowej konstrukcji wyjmuje się kilka elementów, które wydawały się nośne. Odpowiedź okazała się znacznie ciekawsza niż „Robin Staps i charakterystyczne riffy”. To sposób zarządzania napięciem, cierpliwość wobec długiej formy, skłonność do budowania całego środowiska wokół ciężaru, a przede wszystkim przekonanie, że muzyka powinna się przemieszczać, nawet jeśli czasem wybiera podejrzanie malowniczą drogę okrężną.
Solaris ma więc kilka minut, które chętnie wyrzuciłbym przez śluzę, kilka tekstów domagających się mniej markerów fluorescencyjnych i przynajmniej jeden finał, który żegna się z nami dwa razy. Ale to są problemy płyty żywej. Znacznie gorzej byłoby dostać perfekcyjnie odmierzony album The Ocean z certyfikatem zgodności z rokiem 2013.
Nowy skład nie naprawił starej maszyny. Zrobił coś bardziej ryzykownego: odkręcił osłonę podczas pracy i zobaczył, które części można przepiąć. Większość wytrzymała. Niektóre zaczęły robić rzeczy, do których najwyraźniej nigdy ich nie projektowano. I właśnie tam Solaris jest najlepsze.
The Ocean nadal ważą sporo. Tyle że po raz pierwszy od dawna część tego ciężaru unosi się nad ziemią.



