
Trzynaście lat po „Encounter One” Ampacity wraca do kosmicznej ikonografii, ale muzyczne pokrewieństwo z debiutem nie oznacza powrotu do tego samego punktu. „Cosmic Indifference” daje pretekst do rozmowy o granicy między bogactwem aranżacji a nadmiarem, świadomym komponowaniem a improwizacją oraz brzmieniu, w którym niedoskonałości mają własne miejsce. Naszym rozmówcą jest Piotr Paciorkowski, gitarzysta zespołu.
Punktem wyjścia są nowa płyta o której pisaliśmy szerzej w recenzji „Cosmic Indifference” i pytania, które pozostawiła po sobie jej lektura. Dalej pojawiają się Stanisław Lem, niemal trzynastominutowy singiel, nagrywanie bez metronomu i powrót do współpracy z autorem oprawy debiutu. Paciorkowski opowiada o decyzjach stojących za muzyką, ale też wyznacza granice interpretacji: nie każda zbieżność jest zaplanowanym konceptem, a niektóre znaczenia warto pozostawić słuchaczowi.
Powrót na znajomą orbitę
Konrad Puławski:
Kiedy w 2013 roku tłumaczyliście ideę „Encounter One”, mówiliście o człowieku jako istocie małej i właściwie nieistotnej wobec skali wszechświata. Trzynaście lat później nazywacie płytę „Cosmic Indifference”. Czy świadomie wróciliście do pytania postawionego na debiucie, tylko jako zupełnie inni ludzie? A może dopiero po nagraniu zorientowaliście się, że Ampacity zatoczyło pełną orbitę?
Piotr Paciorkowski: Oczywistym i świadomym nawiązaniem do „Encounter One” jest przede wszystkim estetyka oprawy graficznej. Natomiast skłamałbym, gdybym powiedział, że jest to kontynuacja jakiejś idei czy myśli przewodniej — przynajmniej ze strony nas jako autorów. Jeżeli jednak ktoś tak to odbiera, to oczywiście jest to dla mnie fajne, bo oznacza, że być może taki przekaz wyszedł od nas podświadomie, co tylko świadczy o sile muzyki jako nośnika emocji.
Konrad Puławski:
Jest tu jeszcze ciekawsza zbieżność. Po reaktywacji mówiliście, że nie macie już ambicji zdobywania kolejnych „szczebli na drabinie kariery”. Teraz wydajecie płytę pod tytułem „Cosmic Indifference”. Czy kosmiczna obojętność jest dla Was wyłącznie koncepcją albumu, czy trochę również filozofią funkcjonowania zespołu po powrocie — robimy swoje, bo właśnie to chcemy robić, a wszechświat może sobie nie klaskać?
Piotr Paciorkowski: Wolelibyśmy oczywiście, żeby klaskał, i na pewno tytuł albumu nie miał być sugestią, że nie obchodzą nas odbiorcy. Tytuł jest — być może już trochę oklepanym — nawiązaniem do kosmicyzmu, który dobrze koresponduje z lejtmotywem naszej twórczości.
Ile pomysłów potrzebuje kompozycja?
Konrad Puławski:
Przy „IV” mówiliście, że po powrocie zależało Wam na pulsie i groove’ie kosztem mnożenia motywów oraz komplikowania aranżacji. Tymczasem „Cosmic Indifference” momentami zachowuje się dokładnie odwrotnie: utwór potrafi kilka razy zmienić charakter, tempo, ciężar i kierunek. Czy wahadło znowu przesunęło się w stronę komplikacji? I skąd dziś wiecie, że kompozycja naprawdę potrzebuje kolejnego pomysłu, a nie że właśnie zaczynacie ją „przeprojektowywać”?
Piotr Paciorkowski: Myślę, że każdy z naszych albumów jest na swój sposób inny i chyba robienie takich wolt leży po prostu w naturze tego zespołu. Myślę, że na „Cosmic Indifference” nie przebiliśmy mnogości motywów z „Superluminal”, ale faktycznie jest to płyta bardziej intensywna. Kompozycja musi być dla nas historią, mieć swoją logikę. Czasami ta logika to puls i tekstura, a czasami transformacja.
Konrad Puławski:
Pytam o to również dlatego, że przed pierwszym rozpadem Ampacity mieliście już materiał, który ostatecznie uznaliście za zbyt eklektyczny, przeładowany i muzycznie rozchodzący się w różnych kierunkach. Co jest dzisiaj różnicą między bogatą kompozycją a kompozycją, która nie umie przestać mieć pomysłów?
Piotr Paciorkowski: Najprostsza odpowiedź jest taka, że do pierwszej z nich chce się wracać, a druga męczy. Oczywiście u każdego słuchacza ta granica może przebiegać w innych miejscach, ale my jesteśmy dość surowymi krytykami własnej twórczości i staramy się, by jednak tak zwany „replay value” tych utworów był wysoki. A osiągnięcie tego bez wokalu, tylko muzyką instrumentalną, oznacza, że często trzeba sięgać po nietypowe rozwiązania aranżacyjne.
Lem i znaczenia pozostawione słuchaczowi
Konrad Puławski:
Cosmic Indifference Blues jest fantastycznie przewrotnym tytułem. Blues to przecież jedna z najbardziej ludzkich form muzycznego narzekania na los, a kosmiczna obojętność zakłada mniej więcej, że los — a już szczególnie wszechświat — nie jest naszym narzekaniem specjalnie zainteresowany. Czy ten tytuł jest żartem z potrzeby opowiadania własnych problemów kosmosowi, który nawet nie zauważył, że istniejemy?
Piotr Paciorkowski: To jest bardzo trafna interpretacja, w zasadzie nie mam nic więcej do dodania.
Konrad Puławski:
Dwa tytuły na płycie aż proszą się o Lema: Symetriada odsyła do „Solaris”, a Phantomatics do fantomatyki z „Summa technologiae”. Czy to świadomy lemowski duet? Jeśli tak, fascynujące jest to, że pierwsze pojęcie dotyczy czegoś, czego człowiek właściwie nie potrafi pojąć, a drugie — rzeczywistości, którą człowiek potrafi sam sobie skonstruować. Czy ten kontrast miał znaczenie dla albumu?
Piotr Paciorkowski: To jest z kolei bardzo ciekawa interpretacja, która cieszy mnie jako twórcę, i wolę pozostawić tę kwestię niedopowiedzianą.
Konrad Puławski:
Lem pojawiał się u Was właściwie od początku — mieliśmy przecież Planetę Eden, a wcześniej nawet pomysł stworzenia całego albumu będącego Waszą interpretacją „Edenu”. Co Was właściwie ciągle do niego sprowadza? Nie pytam o to, czy lubicie Lema, ale jaki problem u Lema wciąż nie daje Ampacity spokoju?
Piotr Paciorkowski: On był po prostu fantastycznym futurologiem, a przy tym swoje koncepty bardzo zgrabnie ubierał w nomenklaturę. Grzechem byłoby nie czerpać z tego dorobku, gdy chce się nazwać utwór, który sam nie daje się łatwo sklasyfikować.
Konrad Puławski:
Symetriada jest szczególnie ciekawa, bo sama lemowska symetriada jest konstrukcją tak złożoną, że obserwator może zobaczyć właściwie tylko fragment procesu. Wasz utwór również zmienia perspektywę: spokojniejszy początek, mocniejsza część, kolejne przeobrażenia. Czy próbowaliście tutaj w jakikolwiek sposób przełożyć ideę symetriady na strukturę muzyczną, czy tytuł pojawił się dopiero później?
Piotr Paciorkowski: Wszystkie nasze tytuły pojawiają się na samym końcu, gdy utwór jest już gotowy. Ale oczywiście wybór tytułu jest w jakiś sposób podyktowany muzyką i cieszę się, że w świadomości odbiorcy funkcjonuje to jako spójna całość.
Trzynaście minut poza schematem
Konrad Puławski:
Phantomatics trwa prawie trzynaście minut — i właśnie ten utwór wybraliście jako singiel promujący płytę. To dość zabawny sposób funkcjonowania w epoce, która próbuje przekonać zespoły, że człowiek traci koncentrację po kilkunastu sekundach. Zwłaszcza że sami kilka lat temu narzekaliście na rzeczywistość algorytmów. Czy wypuszczenie trzynastominutowego singla było choć trochę świadomym aktem nieposłuszeństwa?
Piotr Paciorkowski: Walka z algorytmami czy próba dostosowania się do nich byłaby w naszym przypadku pewnie karykaturalna i raczej z góry skazana na porażkę. Wyboru singla dokonaliśmy wspólnie z naszym wydawcą. Uznaliśmy, że jest on dość reprezentatywny dla tej dość eklektycznej płyty, a dodatkowo dał nam możliwość zrealizowania długiego teledysku, a w zasadzie miniatury filmowej, co zrobiliśmy po raz pierwszy.
Konrad Puławski:
W Phantomatics jest jeszcze coś ciekawego: kompozycja nie rozwija jednego pomysłu przez trzynaście minut, tylko kilkukrotnie jakby przedefiniowuje własne zasady. Jak w Ampacity podejmuje się decyzję, że dwa bardzo różne fragmenty są nadal jednym utworem, a nie dwoma osobnymi numerami? Gdzie przebiega ta granica?
Piotr Paciorkowski: Nie ma sztywno ustalonych granic. Za każdym razem zastanawiamy się, na ile taka, a nie inna forma działa i się broni. Tak jak wspominałem, muzyka instrumentalna rządzi się dla mnie trochę innymi prawami i w naszym przypadku forma zwrotka–refren–zwrotka–przejście–dwa refreny najczęściej by nie działała.
Konrad Puławski:
W recenzji „Encounter One” na Laboratorium Muzycznych Fuzji pisałem, że improwizacja właściwie króluje na całej płycie. Później przy „The Sum of All Flaws” sami mówiliście, że świadomie ograniczyliście improwizację, która stała się wcześniej Waszym znakiem rozpoznawczym. Gdzie na tej osi znajduje się „Cosmic Indifference”? I czy po tylu latach potraficie jeszcze podczas jamu odróżnić spontaniczny świetny pomysł od czegoś, co brzmi dobrze tylko dlatego, że macie już bardzo wypracowany wspólny język?
Piotr Paciorkowski: Na „Cosmic Indifference” znajdują się motywy, które powstały przy improwizacji, ale większość płyty to rzeczy świadomie skomponowane i zaaranżowane.
Co do drugiej części Twojego pytania, trudno jest mi jednoznacznie odpowiedzieć. Wydaje mi się, że potrafimy, ale ostatecznie to słuchacz jest recenzentem naszego gustu.
Niedoskonałości, które budują styl
Konrad Puławski:
Debiut nagraliście niemal jak koncert: bez metronomu, bez dublowania partii, właściwie kilka podejść i koniec. Na „Cosmic Indifference” interesuje mnie nie tyle technologia nagrania, ile Wasza dzisiejsza tolerancja dla niedoskonałości. Czy zostawiliście na tej płycie moment, który technicznie można było poprawić, ale muzycznie poprawienie go byłoby błędem?
Piotr Paciorkowski: Oczywiście, jest tych momentów bardzo dużo. W dalszym ciągu gramy bez metronomu, w dalszym ciągu nagrywamy materiał na setkę, choć w przypadku tego albumu świadomie dublowaliśmy wiele partii i robiliśmy dodatkowe dogrywki. Myślę, że te niedoskonałości w pewnym sensie budują nasz styl. Szczególnie w tej szufladce prog rocka, do której nas się wrzuca, takie podejście jest dość rzadko spotykane.
Konrad Puławski:
Tym razem płytę miksował Wojciech Lacki. To interesująca sytuacja, bo człowiek odpowiedzialny za ostateczną hierarchię instrumentów jest jednocześnie basistą zespołu. Jak wygląda taki miks od środka? Czy pozostali musieli czasem powiedzieć: „Wojtek, bardzo ładny ten bas, ale jednak trochę ciszej”? A poważniej — czy członek zespołu może usłyszeć własną muzykę wystarczająco obiektywnie, żeby zdecydować, co powinno w niej zniknąć?
Piotr Paciorkowski: Myślę, że należy odróżnić rolę miksującego od producenta, bo tylko ten drugi faktycznie w sposób aktywny przearanżowuje i skraca utwory na etapie pracy studyjnej. W przypadku zespołów takich jak nasz studio jest zwieńczeniem procesu twórczego i praca w nim sprowadza się do jak najlepszego zarejestrowania napisanego już i „przyklepanego” materiału. W tym sensie Wojtek nie miał dodatkowych dylematów, bo materiał, który współtworzył, był już przez niego zaakceptowany.
Oczywiście sam proces miksowania to jego dzieło, do którego dokładaliśmy tylko nasz feedback. Uważam, że wyszło to bardzo dobrze również dlatego, że Wojtek jako osoba z zespołu po prostu rozumiał wiele niuansów brzmieniowych i zależności, które wymagałyby tłumaczenia nawet najlepszemu mikserowi z zewnątrz.
Konrad Puławski:
W brzmieniu „Cosmic Indifference” jest więcej szorstkości i brudu niż na części wcześniejszych nagrań — momentami zamiast eleganckiej psychodelicznej przestrzeni pojawia się wręcz garażowy hałas. Czy to był świadomy kierunek? Czy po latach dopracowywania własnego brzmienia musieliście zacząć je trochę psuć, żeby znowu zrobiło się interesujące?
Piotr Paciorkowski: Zabrudzenie tej płyty było świadomym kierunkiem i elementem pewnej wolty. Nie wiem, czy płyta byłaby mniej interesująca, gdyby nagrać ją sterylnie. Na pewno byłaby inna, ale czy lepsza — tego się nie dowiemy. Nie powiedziałbym też, że brzmienie Ampacity było dopracowywane przez lata — na pewno nie w kwestii kręcenia gałkami wzmacniaczy czy efektów. To zawsze był mniejszy albo większy spontan.
Retrofuturyzm i pamięć początku
Konrad Puławski:
Wasz kosmos zawsze był trochę retrofuturystyczny. W 2023 roku sami używaliście tego określenia, a dziś krytycy nadal słyszą w Was Hawkwind, Pink Floyd, King Crimson, Black Sabbath czy krautrock. Retrofuturyzm ma jednak pewien paradoks: to przyszłość widziana oczami przeszłości. Czy zastanawiacie się czasem, jak długo można rozwijać tę estetykę, zanim retrofuturyzm zamieni się po prostu w nostalgię?
Piotr Paciorkowski: Nie poświęcamy temu zbyt wiele uwagi, a łatka zespołu nostalgicznego niespecjalnie mnie uwiera. Może to brzmi banalnie i trywialnie, ale tak naprawdę tu chodzi tylko o to, czy muzyka nam się podoba, czy w jakiś sposób nas porusza. Nie gralibyśmy, jeżeli nie byłoby z tego żadnej radości.
Dla mnie osobiście nadal najlepszym momentem bycia muzykiem jest zagranie po raz pierwszy nowego, świeżo skomponowanego utworu, który mi się podoba.
Konrad Puławski:
Tym bardziej że mam wrażenie, iż najciekawsze w Ampacity nie jest to, kiedy brzmicie jak muzyka lat 70., ale właśnie momenty, kiedy brzmicie jak ktoś, kto nieprecyzyjnie pamięta lata 70. i przypadkiem wymyśla je od nowa. Czy podczas komponowania świadomie unikacie wracania do płyt, które kiedyś Was ukształtowały, żeby nie sprawdzać, czy Wasza pamięć przypadkiem czegoś nie przekłamuje?
Piotr Paciorkowski: To jest trafne spostrzeżenie. Jesteśmy dalecy od LARP-owania lat 70. i dodawania sobie łatki retro. Nie narzucamy sobie ograniczeń co do inspiracji, ale też nie słuchamy w zasadzie na co dzień takiej muzyki, jaką sami gramy.
Konrad Puławski:
Do oprawy „Cosmic Indifference” wrócił Kuba Sokólski, który stworzył również grafikę „Encounter One”. Pomiędzy tymi albumami jest trzynaście lat, rozpad zespołu, inne projekty, reaktywacja i zmiana składu, a wizualnie wracacie do człowieka obecnego przy początku historii. Czy to był świadomy sposób na spięcie debiutu z nową płytą, czy przypadek, który dopiero z zewnątrz zaczyna wyglądać jak klamra?
Piotr Paciorkowski: Oczywiście trudno tu mówić o przypadku, bo doskonale pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na nas wtedy oprawa naszej płyty od Kuby. On sam zresztą przy okazji pracy nad „Cosmic Indifference” powiedział, że okładka „Encounter One” była dla niego pewnego rodzaju przełomem. Uznaliśmy, że fajnie będzie do tego wrócić i zobaczyć, jak działa to dzisiaj.
Po co grać, kiedy kosmos milczy?
Konrad Puławski:
Jest jeszcze zmiana mniej oczywista. Na „The Sum of All Flaws” pojawiał się głos Jana Galbasa, który zadawał w tekście pytania o świadomość, rzeczywistość i sens istnienia. Dzisiejsze Ampacity jest całkowicie instrumentalne, ale tytuły takie jak „Cosmic Indifference”, Symetriada czy Phantomatics nadal stawiają właściwie te same pytania. Czy po odejściu wokalu filozofia zespołu po prostu przeniosła się z tekstów do tytułów i samej konstrukcji muzyki?
Piotr Paciorkowski: Myślę, że to dość trafna obserwacja, o ile w ogóle można nam przypisywać jakąkolwiek filozofię. Oczywiście Ampacity zawsze było w przeważającej części zespołem instrumentalnym, więc sam nie odczułem aż tak bardzo braku wokalu i konieczności wypełniania pustki po tekstach.
Konrad Puławski:
„IV” było płytą powrotu, więc siłą rzeczy ciążyło nad nią pytanie, czy Ampacity w ogóle jeszcze działa. „Cosmic Indifference” powstaje już po koncertach, festiwalach i kilku latach ponownego funkcjonowania jako kwartet. Czy to pierwsza płyta po reaktywacji, przy której nie musieliście już udowadniać samym sobie, że ten zespół powinien istnieć?
Piotr Paciorkowski: Nigdy nie czuliśmy takiej presji. O tym, że warto przywrócić zespół, wiedzieliśmy już po pierwszych próbach od reaktywacji. Oczywiście przez „warto” rozumiem tutaj głównie nasze emocje związane z powrotem. Na szczęście okazało się, że wciąż są odbiorcy tej muzyki. Tak naprawdę nie potrzebujemy chyba żadnej dodatkowej walidacji.
Konrad Puławski:
I na koniec coś, co być może jest ukryte w samym tytule. Jeśli rzeczywiście przyjmiemy, że wszechświat jest kompletnie obojętny na człowieka, nasze kariery, sukcesy, porażki, recenzje i liczbę odsłuchów, to pozostaje dość przewrotne pytanie: po co czterech ludzi spędza miesiące na dopracowywaniu czterdziestu pięciu minut muzyki? Czy sztuka jest dla Was buntem przeciwko kosmicznej obojętności, czy właśnie jednym z najprzyjemniejszych sposobów, żeby ją zaakceptować?
Piotr Paciorkowski: Zdecydowanie to drugie.



