Pokój pełen luster. Biografia Jimiego Hendriksa (Room Full of Mirrors: A Biography of Jimi Hendrix) – Charles R. Cross, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012
NAWIGACJA PO ARTYKULESPIS TREŚCI01Droga do rapu02Rap odnaleziony, nie odkurzony03Fisz zostaje w windzie04Nie mylić aranżacji z wystawą możliwości05Pokolenia wykonują piruety06Internetowy uniwersytet wszystkiego07Świat nieustannej komunikacji08Pogłos pamięci09Samplowanie własnej biografii10Goście, którzy nie potrzebują osobnych reflektorów11Technologia nie jest jedynym oskarżonym1274 minuty i kilka problemów z cierpliwością13Niedoskonałość jako ostatni luksusDroga do rapuDo twórczości braci Waglewskich przekonałem się stosunkowo późno. Wcześniej oczywiście znałem Fisza i Emade, słuchałem ich nagrań, doceniałem niektóre pomysły, ale nie należałem do grona wyznawców, którzy z wypiekami na twarzy śledzili każdą kolejną premierę. Dopiero „Radar” sprawił, że zainteresowanie przerodziło się w prawdziwą fascynację. Być może zadziałała jego melodyjność, bardziej piosenkowa konstrukcja utworów i umiejętność łączenia elektroniki z rockową motoryką. Niewykluczone również, że po prostu trafiłem na odpowiedni album we właściwym momencie. Kolejne wydawnictwa, „Ballady i protesty” oraz jubileuszowe „25”, przyjąłem już bez długich negocjacji z własnym gustem. Można więc powiedzieć, że zostałem fanem z opóźnionym zapłonem. Silnik zaskoczył dopiero po latach, ale od tego momentu pracuje zadziwiająco równo.Zapowiedź „Człowieka nie do końca” wzbudziła jednak pewną ostrożność. Wszystko wskazywało na zdecydowany powrót do hip-hopu, podczas gdy mnie na dobre kupiła bardziej melodyjna odsłona braci. Zamiast wyrazistych tematów wokalnych mieliśmy otrzymać wielominutowe monologi, mniej piosenkowej przystępności, więcej rytmicznej dyscypliny słowa i surowsze aranżacje. Nie było więc oczywiste, że najnowsza propozycja spodoba mi się równie mocno jak jej poprzedniczki. Tymczasem im dalej Fisz i Emade odchodzą od brzmienia, za które ich pokochałem, tym wyraźniej rozumiem, że nigdy nie chodziło wyłącznie o stylistykę. Zmieniły się proporcje między melodią a rytmem, piosenką a rapem, instrumentarium a głosem. Pozostał ten sam sposób myślenia o muzyce, języku i rzeczywistości.Nie będę udawał, że byłem przygotowany na wszystko. Po znakomitym „25” oczekiwania miałem wysokie, natomiast samo hasło „powrót do korzeni” od dawna budzi moją nieufność. W muzyce często oznacza przecież, że artysta przypomniał sobie, za co publiczność kiedyś go pokochała, i postanowił ponownie wystawić ten sam towar w odświeżonym opakowaniu. Bracia Waglewscy wybrali inną drogę. Nie rekonstruują własnej młodości, korzystają jedynie z jej języka, aby opowiedzieć o doświadczeniach, których dwadzieścia pięć lat temu jeszcze nie mieli. Powstał album długi, gęsty od słów, momentami szorstki, ale zadziwiająco komunikatywny. Jedno z najbardziej przekonujących wydawnictw w ich dyskografii.Rap odnaleziony, nie odkurzonyJak Fisz wyjaśniał w rozmowie z radiową Trójką, materiał miał początkowo stanowić uzupełnienie jubileuszowego „25”. Ostatecznie rozrósł się do samodzielnego wydawnictwa obejmującego czternaście kompozycji i 74 minuty oraz 32 sekundy muzyki. Fisz przyznawał również, że przez pewien czas nie był pewien, czy wróci do tak zdecydowanie rapowej formuły. Najwyraźniej ponownie odnalazł w niej możliwość opowiedzenia o sprawach, które trudno byłoby pomieścić w tradycyjnej piosence.Warto pamiętać, jak długą drogę przebyli bracia: od „Polepionych dźwięków” i „F3”, przez „Piątek 13”, „Heavi Metal” i „Zwierzę bez nogi”, aż po bardziej piosenkowe „Mamut”, „Drony” i „Radar”. Do tego dochodzą gitarowe doświadczenia Kim Nowak. Trudno zatem wskazać jedną stylistyczną postać, która miałaby definiować ich twórczość. Nowy album jest kolejnym etapem tej ewolucji, choć szczególnym: Fisz wraca do rapu jako człowiek, który coraz mniej potrzebuje udowadniać swoją nieomylność. Dawniej chętnie demaskował absurd otoczenia. Dziś dostrzega również własny udział w opisywanych niedorzecznościach. Jego ironia pozostała ostra, ale nabrała osobistego ciężaru.Fisz zostaje w windzie14. piętro znakomicie pokazuje, jak Fisz potrafi budować opowieść z pozornie nieistotnych szczegółów. Jest ursynowski blok, mieszkanie wysoko nad ziemią, wspomnienie dziewczyny, różnice światopoglądowe i muzyczne upodobania. Jest też winda, której narrator najwyraźniej nie darzy szczególną sympatią. Z tych drobiazgów powstaje historia o relacji, w której wspomnienie zwyczajnej sytuacji okazuje się trwalsze niż wiele wydarzeń uznawanych za naprawdę ważne. Fisz doskonale wie, że pamięć nie jest kronikarzem. Raczej nieco kapryśnym montażystą, który sam wybiera, co pozostanie w ostatecznej wersji naszej biografii.Jeszcze bardziej interesująca okazuje się decyzja Emade. Jak zdradził Fisz, istniała wersja utworu z perkusją, ale producent ostatecznie ją usunął. W klasycznym rapie stopa i werbel wyznaczają punkty orientacyjne dla wokalu, porządkują puls oraz rozmieszczenie akcentów. Ich ograniczenie zwiększa znaczenie intonacji, pauz i prozodii, czyli naturalnego rytmu i akcentowania języka. Emade zabiera więc Fiszowi rytmiczną poręcz, której zwykle trzyma się raper. W kontekście opowieści o lęku przed wysokością brzmi to szczególnie przewrotnie, choć nie zamierzam przypisywać producentowi dosłownego zamiaru ilustrowania fabuły.Rapowanie Fisza od dawna opiera się na swobodnej relacji między naturalną mową a muzycznym metrum. Jego frazy potrafią sprawiać wrażenie prowadzonej obok taktu rozmowy, ale ta pozorna nieregularność pozostaje pod kontrolą. O charakterze flow decyduje przecież nie tylko liczba sylab czy techniczna złożoność rymów, lecz także sposób przesuwania akcentów i wykorzystywania pauz. Fisz traktuje takt jak elastyczną konstrukcję, w której można przestawiać ściany bez naruszania fundamentów. W 14. piętrze pozwala mu to podporządkować muzyczny przebieg logice opowieści, a nie odwrotnie.Usunięcie perkusji jest przy okazji znakomitą lekcją aranżacyjnej selekcji. Ograniczenie jednego elementu potrafi zwiększyć znaczenie wszystkich pozostałych. Emade nie potrzebuje więc efektownego przejścia ani dodatkowego instrumentu, aby utrzymać napięcie. Wystarcza odpowiednio wyeksponowany głos, którego zmienna artykulacja staje się głównym źródłem dramaturgii.Nie mylić aranżacji z wystawą możliwościOszczędność produkcji łatwo pomylić z brakiem pomysłów. Tymczasem Emade jest tutaj bardziej montażystą niż dekoratorem: decyduje, które elementy należy pozostawić, które wycofać, a które usunąć bez żalu. W hip-hopie krótki motyw może zyskać wyrazisty charakter dzięki repetycji, artykulacji, rozmieszczeniu akcentów i relacji z głosem. Nie potrzeba nieustannych zmian harmonicznych, aby osiągnąć muzyczne napięcie. Wystarczy odpowiednio zorganizować materiał.W kompozycji tytułowej oraz Karykaturalności uwagę zwracają jazzowe odniesienia, wykorzystywane raczej jako harmoniczna kolorystyka niż zaproszenie do rozbudowanej improwizacji. W Londynie pojawia się bardziej kołyszący, oszczędny groove, kojarzący się z estetyką J Dilli. Nie chodzi o dosłowne naśladownictwo, lecz podobne rozumienie rytmu jako elastycznej struktury, w której drobne przesunięcia akcentów potrafią nadać całości charakter. Z kolei melodyjny, kontemplacyjny Bezkres przywołuje wrażliwość instrumentalnego hip-hopu spod znaku Nujabesa.Osobną propozycję przynosi 127 BPM, z rytmiką nasuwającą skojarzenia z brytyjskim UK garage. Ten styl wykorzystuje synkopowane podziały i sprężyste rozmieszczenie akcentów, dzięki czemu ruch odczuwamy inaczej niż w klasycznym boom-bapie. Garage’owy puls działa tutaj jak sprężyna: energię wytwarzają kolejne napięcia i rozluźnienia rytmicznej struktury. W kontekście refleksyjnej atmosfery albumu podobna motoryka nie musi prowadzić do tanecznej beztroski. Rytm może sugerować ruch, podczas gdy emocjonalna zawartość utworu kieruje myśli w znacznie bardziej melancholijną stronę.Najważniejsze pozostaje jednak to, że Emade nie traktuje stylistycznych odniesień jak eksponatów w kolekcji. Jazz, boom-bap czy UK garage są dla niego środkami organizowania narracji. Zmieniają sposób oddziaływania kompozycji, ale nie przesłaniają wokalu. Właśnie dlatego tak rozbudowany materiał zachowuje brzmieniową różnorodność, mimo że pierwszeństwo niemal zawsze otrzymuje słowo.Pokolenia wykonują piruetyW Piruetach pojawia się Szczyl, a spotkanie dwóch pokoleń rapu pozwala zestawić odmienne sposoby opowiadania o rzeczywistości. Fisz przywołuje obrazy młodości, dawne filmy i wydarzenia historyczne. Wśród wspomnień pojawiają się między innymi „Shrek” i „Amelia”. Nie stanowią jedynie sentymentalnych rekwizytów. Pokazują, jak wspólna kultura dostarcza języka do opowiadania osobistej biografii, a pamięć zbiorowa splata się z prywatnym doświadczeniem.Szczyl wprowadza perspektywę człowieka dorastającego w odmiennych okolicznościach społecznych i muzycznych. Obaj raperzy nie muszą dzielić tych samych wspomnień, żeby odnaleźć porozumienie. Interesujący jest sam tytuł: piruet pozwala niemal wrócić do punktu wyjścia, choć wykonujący go człowiek zdążył już zmienić perspektywę. Pokolenia wykonują różne figury na tej samej podłodze, wciąż próbując zachować równowagę wobec podobnych ludzkich problemów. Współpraca nie sprowadza się do stereotypowego zestawienia doświadczenia starszego wykonawcy z młodzieńczą świeżością. Obie perspektywy współtworzą jedną opowieść.Internetowy uniwersytet wszystkiegoSześć minut mądrości z DJ-em Epromem to jedna z bardziej ironicznych kompozycji albumu. Fisz bierze na warsztat współczesny przemysł gotowych odpowiedzi. Internet pełen jest ekspertów od szczęścia, sukcesu, relacji i psychicznej równowagi. Wszystko da się podobno osiągnąć w kilku krokach, najlepiej z odpowiednio dobranym podkładem muzycznym i obowiązkowym zapewnieniem, że rezultaty pojawią się niemal natychmiast.Fisz uderza jednak nie tylko w samozwańczych mentorów. Równie interesujące jest społeczne zapotrzebowanie na ich usługi. Gotowe recepty uwalniają nas od konieczności samodzielnego mierzenia się ze złożonością problemów. Wystarczy wykonać wskazane czynności i oczekiwać obiecanego rezultatu. Tymczasem wiedza nie jest tożsama z mądrością, a sprawnie sformułowana porada niekoniecznie świadczy o zrozumieniu drugiego człowieka.Jest w tym zresztą pewna formalna ironia. Fisz potrzebuje sześciu minut i dwudziestu sześciu sekund, żeby zakwestionować kulturę błyskawicznego dostarczania odpowiedzi. Utwór wymaga cierpliwości, dopuszcza dygresje i pozwala myśli rozwijać się we własnym tempie. Udział Eproma, wywodzącego się z kultury turntablizmu, dodaje jeszcze jeden interesujący kontekst. Hip-hop od początku przekształcał istniejący materiał dźwiękowy, nadając mu nowe znaczenia. Internetowy przemysł poradnictwa nazbyt często wykonuje operację odwrotną: skomplikowane doświadczenia redukuje do łatwo powtarzalnych formuł.Świat nieustannej komunikacjiJeszcze większe wrażenie robią Impulsy z Taco Hemingwayem. Niemal osiem minut pozwala obu raperom rozwinąć opowieść o samotności człowieka funkcjonującego w świecie przesyconym technologiami komunikacyjnymi. Możemy pozostawać w ciągłym kontakcie z dziesiątkami osób, znać najdrobniejsze szczegóły ich publicznego życia, a jednocześnie nie posiadać relacji pozwalającej na szczere ujawnienie własnych problemów.Spotkanie Fisza z Taco chroni ten temat przed banalnym narzekaniem na współczesność. Starszy raper pamięta rzeczywistość, w której internet dopiero zdobywał swoją społeczną pozycję. Młodszy dorastał w świecie znacznie silniej związanym z cyfrową komunikacją. Obaj opisują podobne mechanizmy, choć poznawali je w innych okolicznościach. W dodatku znakomicie się uzupełniają: Taco wnosi własną konstrukcję wypowiedzi, Fisz charakterystyczną dygresyjność, a Emade utrzymuje całość w muzycznych ryzach.Producent ma tutaj zadanie szczególnie trudne. Dwie rozbudowane partie wokalne wymagają podkładu, który nie będzie nieustannie przejmował uwagi, ale też nie zamieni się w obojętną pętlę. Emade kontroluje proporcje pomiędzy muzyczną repetycją a zmieniającą się zawartością tekstową. Zachowuje się jak dobry realizator rozmowy: nie zagłusza uczestników dodatkowymi efektami, ale dba, by każdy głos otrzymał właściwe miejsce. Najbardziej podoba mi się jednak paradoks samej kompozycji. Artyści opowiadają o trudnościach współczesnej komunikacji, tworząc niemal ośmiominutowy przykład rzeczywistego muzycznego dialogu.Pogłos pamięciJednym z najbardziej osobistych momentów wydawnictwa pozostają Duchy, nagrane z udziałem Mateusza Krautwursta i poświęcone pamięci Grażyny Waglewskiej, matki Fisza i Emade, zmarłej w czerwcu 2025 roku. W utworze pojawia się doświadczenie utraty możliwości kontaktu z bliską osobą, której głosu nie będzie już można usłyszeć podczas zwyczajnej rozmowy telefonicznej. Ten drobiazg ma większą siłę niż rozbudowana deklaracja o naturze przemijania. Żałoba często ujawnia się przecież w codziennych czynnościach, które nagle przestają być możliwe.Pamięć w Duchach działa trochę jak pogłos. Pierwotny dźwięk już ucichł, lecz jego odbicia nadal zmieniają sposób odczuwania przestrzeni. Nieobecna osoba pozostaje częścią życia bliskich poprzez wspomnienia, przyzwyczajenia i gesty. Obecność Mateusza Krautwursta wprowadza dodatkowy wymiar wokalny, pozwalając kompozycji odróżnić się od utworów opartych na ironicznej obserwacji rzeczywistości. To ważny punkt całego albumu, ponieważ przywraca osobistą skalę refleksjom o świecie. Można przechowywać tysiące zdjęć, archiwizować wiadomości i odtwarzać nagrania głosu, ale żadna technologia nie przywróci utraconej relacji.Samplowanie własnej biografiiMotyw pamięci powraca w Tyle śladów z udziałem Sokoła, lecz tym razem przyjmuje bardziej autorefleksyjny charakter. Historia współpracy rozpoczęła się podczas festiwalu ZORZA w 2025 roku, o czym przypomina materiał Sony Music. Raperzy wykorzystują fragmenty własnych wcześniejszych tekstów, wzajemnie przywołując dawne słowa i umieszczając je w nowej historii. Pojawia się motyw spotkania po latach, znajoma knajpa i wspomnienie czerwonej sukienki.Można powiedzieć, że mamy do czynienia z samplowaniem własnej biografii. Podobnie jak producent hip-hopowy wydobywa fragment starego nagrania i nadaje mu nowe znaczenie, Fisz i Sokół wykorzystują własne dawne wypowiedzi w innym kontekście. Słowa pozostają rozpoznawalne, ale ich autorzy zdążyli się zmienić. To również ciekawy przykład literackiej intertekstualności: wcześniejsza wypowiedź zaczyna funkcjonować jako część nowego tekstu, a jej pierwotny sens zostaje poddany ponownej interpretacji.Nostalgia nie służy tutaj prostemu przywoływaniu minionych sukcesów. Fisz i Sokół nie konserwują przeszłości, lecz ponownie wprawiają ją w ruch. Pokazują, że można rozpoznać własne słowa sprzed lat, ale nie sposób całkowicie powrócić do człowieka, który je wypowiedział. W kontekście całego albumu to szczególnie trafne rozwiązanie: bracia wracają do rapu, jednak nie próbują odzyskać młodości. Dawne narzędzia wykorzystują do opisywania nowych doświadczeń.Goście, którzy nie potrzebują osobnych reflektorówNa albumie pojawia się szerokie grono współpracowników: Taco Hemingway, Sokół, Szczyl, Jakub Jan Bryndal, DJ Eprom, Mateusz Krautwurst i Marek Pospieszalski. Ich udział pozwala poszerzyć stylistyczną i wykonawczą perspektywę materiału, ale nie rozmywa jego tożsamości. Nadal pozostaje to przede wszystkim płyta Fisza i Emade, a nie kolekcja gościnnych występów zestawionych wokół rozpoznawalnej marki.Szczególną rolę pełni Po wsze czasy z udziałem Marka Pospieszalskiego. Bardziej piosenkowy charakter kompozycji przypomina, że melodyjne doświadczenia braci nie zostały porzucone. Obecność saksofonisty związanego ze sceną jazzową poszerza brzmieniową paletę, a utwór przynosi potrzebną odmianę wśród długich rapowych monologów. Album tej długości wymaga kontrastów, bo nawet najbardziej interesujący narrator potrzebuje czasem zmiany perspektywy. Emade dobrze rozumie tę dramaturgiczną konieczność.Technologia nie jest jedynym oskarżonymBracia Waglewscy interesowali się społecznymi konsekwencjami technologii już wcześniej, między innymi na „Dronach”. Dzisiaj jednak ich pytania nabierają innego znaczenia. W rozmowie z Piotrem Metzem Fisz wspominał wątpliwości swoich dzieci dotyczące przyszłości nauki i pracy w świecie sztucznej inteligencji. Skoro odpowiedź na niemal każde pytanie można otrzymać natychmiast, po co zdobywać wiedzę tradycyjnymi metodami? Jak przygotować się do zawodów, których kształtu nie jesteśmy w stanie przewidzieć?Artysta nie proponuje gotowego rozwiązania. Nie występuje również jako człowiek domagający się wyłączenia internetu i przywrócenia świata sprzed smartfonów. Jego niepokój dotyczy raczej naszych przyzwyczajeń poznawczych. Łatwiejszy dostęp do informacji nie gwarantuje przecież głębszego rozumienia rzeczywistości. Możliwość błyskawicznego uzyskania odpowiedzi może osłabiać cierpliwość potrzebną do samodzielnego postawienia pytania. Tymczasem właśnie zadawanie pytań, a nie wyłącznie gromadzenie odpowiedzi, stanowi jeden z podstawowych mechanizmów poznawania świata.Interesującym uzupełnieniem tej refleksji pozostaje oprawa graficzna. Dwie wersje okładki przedstawiają maski Fisza i Emade, nawiązując do „F3” z 2002 roku. Dawny motyw nabiera dzisiaj nowego znaczenia. W kulturze cyfrowej maska nie musi przecież posiadać fizycznej postaci. Wystarczy odpowiednio skonstruowany publiczny wizerunek, z którego usunięto wszystkie niewygodne szczegóły. Znak sprzed niemal ćwierćwiecza zyskuje więc interpretacyjną aktualność, której nie sposób było w pełni przewidzieć w momencie jego powstania.74 minuty i kilka problemów z cierpliwościąNie zamierzam twierdzić, że „Człowiek nie do końca” jest albumem pozbawionym ograniczeń. Czternaście kompozycji i niemal siedemdziesiąt pięć minut muzyki stanowią wymagającą propozycję. Sześć utworów przekracza sześć minut, a najdłuższe Impulsy zbliżają się do ośmiu. Sama długość nie jest przecież dowodem artystycznej wartości. Historia muzyki zna wystarczająco wiele rozwlekłych nagrań, aby nie traktować przekroczenia określonego czasu jako szczególnego osiągnięcia.W tym przypadku rozbudowane formy posiadają jednak przekonujące uzasadnienie. Fisz nie konstruuje większości tekstów wokół jednego motywu przeznaczonego do wielokrotnego powtarzania. Interesuje go proces opowiadania, rozwijanie skojarzeń i stopniowe komplikowanie początkowej myśli. Takie podejście wymaga czasu. Muzyka rozwija się zgodnie z tempem narracji, a nie wyobrażonym limitem cierpliwości słuchacza.Nie oznacza to jednak, że wszyscy muszą zaakceptować podobny sposób prowadzenia materiału. Przyznaję, że sam momentami tęsknię za wyrazistszymi melodiami z „Radaru”. Niektóre nagrania pozostawiają przede wszystkim obraz literacki albo interesującą refleksję, a nie temat, który można natychmiast zanucić. Oszczędność produkcji również nie zawsze musi być odbierana jako zaleta. Słuchacz oczekujący częstszych zmian harmonicznych, wyrazistych motywów instrumentalnych i rozbudowanych kulminacji może uznać część materiału za zbyt zachowawczą.Jednak w rapie zapamiętywalność nie musi wynikać wyłącznie z melodii. Może rodzić się z frazy, obrazu, akcentu, charakterystycznego sposobu wypowiedzi. Na „Człowieku nie do końca” właśnie te elementy często przejmują funkcję tradycyjnego refrenu. Słuchacz wraca do utworu nie po to, aby ponownie usłyszeć chwytliwy motyw, lecz aby odkryć szczegół, którego wcześniej nie zauważył.Niedoskonałość jako ostatni luksusIm dłużej zastanawiam się nad tym albumem, tym bardziej przekonuje mnie jego tytuł. Współczesna kultura coraz chętniej przedstawia człowieka jako projekt wymagający permanentnej modernizacji. Powinniśmy być bardziej produktywni, atrakcyjni, świadomi i skuteczni w podejmowaniu decyzji. Otrzymujemy narzędzia pomagające realizować te cele, ale jednocześnie naturalne ludzkie ograniczenia zaczynają być traktowane jak usterki wymagające natychmiastowego usunięcia.Fisz zdaje się podważać samą zasadność podobnego myślenia. Niedoskonałość nie musi być błędem w konstrukcji człowieka. Może stanowić jedną z podstawowych właściwości jego doświadczenia. Nie chodzi oczywiście o pochwałę bezradności, lecz o zaakceptowanie faktu, że nie wszystko daje się racjonalnie uporządkować, przewidzieć i zoptymalizować.Właśnie tę niekompletność dobrze oddaje muzyczna forma wydawnictwa. Album pozwala sobie na długie wypowiedzi, chropowatość, zmienną intensywność i brak oczywistej przebojowości. Nie próbuje osiągnąć idealnej gładkości ani podporządkować każdego szczegółu oczekiwaniom współczesnego rynku. Największą jego wartością pozostaje konsekwentne połączenie formy z treścią. Rozbudowane opowieści otrzymują odpowiednio dużo czasu, słowo potrzebną przestrzeń, a narrator może przyznać, że nie zna wszystkich odpowiedzi.Patrząc na ostatnie lata działalności Fisza i Emade, dostrzegam wyjątkowo udany okres twórczy. Doskonałe „Ballady i protesty”, jubileuszowe „25” oraz obecny „Człowiek nie do końca” pokazują muzyków, którzy nie muszą już udowadniać swojej pozycji, ale nadal potrafią odnajdywać nowe możliwości wypowiedzi. Każda z tych płyt realizuje odmienne założenia, lecz wszystkie łączy podobna ciekawość świata i artystyczna konsekwencja.Najbardziej zastanawia mnie jednak własna reakcja. Do Fisza i Emade przekonała mnie przecież muzyka bardziej melodyjna, a dzisiaj z podobnym entuzjazmem przyjmuję ich surowy, niemal demonstracyjnie rozgadany hip-hop. Nie jest to fascynacja jednym gatunkiem ani sentymentalnym wspomnieniem dawnego brzmienia. Najnowszy album pozwolił mi jeszcze lepiej zrozumieć, jak wiele w twórczości braci zależy od ich sposobu myślenia, a jak niewiele od samej stylistycznej dekoracji.Jeszcze kilka lat temu nie przypuszczałbym, że tak mocno rapowa płyta stanie się jednym z moich ulubionych wydawnictw Waglewskich. Zainteresowanie, które rozbudził melodyjny „Radar”, znalazło więc dość przewrotną kontynuację. Dzisiaj potrafię z równą przyjemnością słuchać ich piosenkowych kompozycji, jak i momentów, w których Emade zostawia przed Fiszem oszczędny podkład, a ten rozpoczyna kolejny wielominutowy monolog.I chociaż nie należę do zagorzałych miłośników podobnej formuły, tym razem nie mam najmniejszej ochoty przerywać rozmowy. Wręcz przeciwnie, chcę do niej wracać, sprawdzać kolejne skojarzenia i odkrywać znaczenia pominięte wcześniej.Być może właśnie dlatego dzisiaj naprawdę mogę nazwać się wielbicielem Fisza i Emade. Nie dlatego, że towarzyszyłem im od początku, ale dlatego, że nadal potrafią mnie przekonać. Nawet wtedy, gdy zamiast melodii podsuwają niewygodne pytania, a zamiast gotowych odpowiedzi pozostawiają człowieka, który wciąż nie jest do końca. Fisz Emade Tworzywo – Człowiek nie do końca1. Duchy (feat. Mateusz Krautwurst) – 4:24 • 2. Człowiek nie do końca (feat. Jakub Jan Bryndal) – 5:19 • 3. Sześć minut mądrości (feat. DJ Eprom) – 6:26 • 4. Bezkres – 6:28 • 5. Piruety (feat. Szczyl) – 5:15 • 6. Po wsze czasy (feat. Marek Pospieszalski) – 6:56 • 7. 14 piętro – 6:01 • 8. Impulsy (feat. Taco Hemingway) – 7:48 • 9. Karykaturalność – 3:43 • 10. Rozum chłopski – 2:40 • 11. Tyle śladów (feat. Sokół) – 6:10 • 12. Londyn (feat. DJ Eprom) – 4:38 • 13. 127 BPM – 3:41 • 14. Damian Beton – 5:03 • Skład: Bartosz „Fisz” Waglewski – rap, wokal, teksty • Piotr „Emade” Waglewski – muzyka, produkcja • Goście: Mateusz Krautwurst • Jakub Jan Bryndal • DJ Eprom • Szczyl • Marek Pospieszalski • Taco Hemingway • Sokół • Wytwórnia: Grand Imperial / Dwa Ognie • Premiera: 12 października 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Czas: 74:32 • Liczba utworów: 14 • Formaty: streaming, CD, 2LP, kaseta magnetofonowa • ℗ 2026 Grand Imperial / Dwa OgnieKONCEPT8.7SPÓJNOŚĆ8.3BRZMIENIE / PRODUKCJA9WYKONANIE8.5ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY8.1MELODIE / MOTYWY7.7CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ8TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA9.3EMOCJONALNOŚĆ8.8SIŁA PRZEKAZU8.9INNOWACYJNOŚĆ7.7EFEKT UZALEŻNIENIA8.7OCENA CZYTELNIKÓW1 Vote9.28.5OCENA