Fisz Emade – Człowiek nie do końca
Fisz Emade – Człowiek nie do końca

Fisz Emade Tworzywo – Człowiek nie do końca

Droga do rapu

Do twórczości braci Waglewskich przekonałem się stosunkowo późno. Wcześniej oczywiście znałem Fisza i Emade, słuchałem ich nagrań, doceniałem pewne pomysły, ale nie należałem do grona wyznawców, którzy z wypiekami na twarzy śledzili każdą kolejną premierę. Dopiero „Radar” sprawił, że zainteresowanie przerodziło się w prawdziwą fascynację. Być może zadziałała jego melodyjność, bardziej piosenkowa konstrukcja utworów, umiejętność łączenia elektroniki, rockowej motoryki i charakterystycznego dla Fisza sposobu opowiadania. Niewykluczone również, że po prostu trafiłem na właściwy album w odpowiednim momencie własnego muzycznego życia. Tak czy inaczej, od tamtej pory zacząłem znacznie uważniej przyglądać się temu, co robią Bartosz i Piotr Waglewscy. „Ballady i protesty” oraz jubileuszowe „25” przyjąłem już z entuzjazmem, bez konieczności długiego oswajania się z materiałem. Można powiedzieć, że zostałem fanem z opóźnionym zapłonem. Silnik zaskoczył dopiero po latach, ale od tego momentu pracuje zadziwiająco równo.

Dlatego zapowiedź „Człowieka nie do końca” wywołała we mnie jednocześnie zainteresowanie i pewną ostrożność. Wszystko wskazywało bowiem na zdecydowany powrót do hip-hopu, czyli stylistyki, która nie była przecież głównym powodem mojego późniejszego zachwytu nad braćmi. Zamiast bardziej rozbudowanych melodii mieliśmy otrzymać wielominutowe monologi, mniej piosenkowej przystępności, więcej rytmicznej dyscypliny słowa i surowsze, oszczędniejsze aranżacje. Nie było więc oczywiste, że najnowsza propozycja przypadnie mi do gustu równie mocno jak jej poprzedniczki. Tymczasem stało się coś interesującego: im wyraźniej Fisz i Emade oddalają się od brzmienia, za które ich pokochałem, tym mocniej przekonuję się, że o wartości ich twórczości nigdy nie decydowała sama stylistyka. Zmieniły się proporcje między melodią a rytmem, piosenką a rapem, instrumentarium a głosem. Pozostał jednak ten sam sposób myślenia o muzyce, języku i rzeczywistości.

Nie będę udawał, że byłem przygotowany na wszystko. Po bardzo udanym „25” moje oczekiwania były wysokie, natomiast samo hasło „powrót do korzeni” od dawna budzi we mnie pewną nieufność. W muzyce często oznacza bowiem mniej więcej tyle, że artysta przypomniał sobie, za co publiczność kiedyś go pokochała, i postanowił ponownie wystawić ten sam towar w nieco odświeżonym opakowaniu. Bracia Waglewscy wybrali na szczęście inną drogę. Nie rekonstruują własnej młodości ani nie próbują udowodnić, że nadal potrafią brzmieć jak na początku XXI wieku. Korzystają z dawnego języka, aby opowiedzieć o doświadczeniach, których dwadzieścia pięć lat temu zwyczajnie jeszcze nie mieli.

„Człowiek nie do końca” jest jednym z najbardziej przekonujących albumów w ich dyskografii. Nie dlatego, że wprowadza hip-hop na nieznane terytoria albo proponuje rewolucyjną technikę produkcji. Jego największym osiągnięciem jest połączenie osobistej refleksji, muzycznej dyscypliny i wyrazistego charakteru wykonawczego. Fisz potrafi być ironiczny bez popadania w kabaretowe moralizatorstwo, melancholijny bez sentymentalnej przesady i społecznie zaangażowany bez wygłaszania gotowych manifestów. Emade natomiast konsekwentnie podporządkowuje swoje producenckie możliwości potrzebom poszczególnych utworów. Powstaje z tego materiał długi, gęsty od słów, momentami szorstki, ale zadziwiająco komunikatywny. Taki, który zamiast przedstawiać idealną wizję człowieka, przygląda się temu, co z niego pozostaje po odjęciu wszystkich społecznych póz, cyfrowych masek i obietnic doskonałości.

Rap odnaleziony

Geneza albumu zasługuje na uwagę, ponieważ pozwala lepiej zrozumieć jego charakter. Jak Fisz wyjaśniał w rozmowie z radiową Trójką, materiał miał początkowo stanowić uzupełnienie jubileuszowego „25”. Ostatecznie rozrósł się do samodzielnego wydawnictwa obejmującego czternaście kompozycji i 74 minuty i 32 sekundy muzyki. Zamiast niewielkiego suplementu do obchodów ćwierćwiecza działalności otrzymaliśmy pełnowymiarowy album, który nie tyle podsumowuje przeszłość, ile sprawdza, co można z niej jeszcze twórczo wydobyć.

Sam Fisz przyznawał, że od czasów „Mamuta” nie był przekonany, czy powróci do tak zdecydowanie rapowej formuły. Wydawało mu się, że nie ma już wystarczająco dużo do powiedzenia w podobny sposób. Tymczasem ponowne zainteresowanie rytmizowaną narracją otworzyło przed nim kolejne możliwości wypowiedzi. To istotna informacja, bo pozwala odróżnić naturalną potrzebę twórczą od zaplanowanego z góry stylistycznego odwrotu. Rap nie pojawia się tutaj jako element jubileuszowej rekonstrukcji, lecz jako forma, która ponownie okazuje się odpowiednia dla nowych tematów.

Wystarczy spojrzeć na wcześniejszą drogę braci. Od „Polepionych dźwięków” i „F3”, przez „Piątek 13”, „Heavi Metal” oraz „Zwierzę bez nogi”, aż po bardziej piosenkowe „Mamut”, „Drony” i „Radar”, ich muzyka nieustannie zmieniała proporcje między hip-hopem, elektroniką, rockiem i melodyjną alternatywą. Do tego dochodzą jeszcze gitarowe doświadczenia Kim Nowak. Trudno więc wskazać jeden model stylistyczny, który można byłoby uznać za ostateczną postać artystycznej tożsamości duetu. Fisz i Emade są raczej muzykami, którzy przechodzą między różnymi językami, zachowując własny sposób konstruowania wypowiedzi.

Nowy album jest przy tym ciekawym przykładem przemiany samego rapowego bohatera. Na wcześniejszych wydawnictwach Fisz często funkcjonował jako podejrzliwy obserwator, przyglądający się społecznym rytuałom z mieszaniną humoru, surrealistycznej wyobraźni i intelektualnej przekory. Potrafił wydobywać absurd z sytuacji pozornie zwyczajnych, przesuwać znaczenia słów i tworzyć skojarzenia, których logika ujawniała się dopiero po chwili. Dzisiaj nadal posiada tę umiejętność, ale zmieniła się pozycja narratora. Coraz trudniej mu występować wyłącznie w roli komentatora cudzych niedorzeczności, ponieważ własne doświadczenia również stają się częścią opisywanych problemów.

Dojrzałość Fisza objawia się przede wszystkim większą gotowością do przyznania, że sam nie zna odpowiedzi. W świecie muzyki popularnej nie jest to postawa szczególnie oczywista. Rap przez dekady wykształcił wiele sposobów demonstrowania pewności siebie, dominacji i artystycznej niezależności. Fisz wybiera inną strategię. Zamiast budować wizerunek człowieka, który rozumie rzeczywistość lepiej od wszystkich pozostałych, pokazuje własne ograniczenia. Przyznaje się do niepewności, wspomina błędy i próbuje zrozumieć przemiany, nad którymi nie ma kontroli. Tym samym jego teksty zyskują wiarygodność nie dzięki autorytatywnemu tonowi, lecz poprzez świadomość granic własnego doświadczenia.

Fisz zostaje w windzie

Jednym z najciekawszych przykładów muzycznej koncepcji wydawnictwa pozostaje 14. piętro. Co ważne, wcale nie zaczynałbym jego interpretacji od rozważań o technologicznej alienacji czy abstrakcyjnym kryzysie człowieczeństwa. Fisz opowiada tutaj historię znacznie bardziej przyziemną, choć umieszczoną dość wysoko nad ziemią. Mamy ursynowski blok, mieszkanie na czternastym piętrze, wspomnienie dziewczyny, młodzieńczych różnic światopoglądowych i muzycznych gustów. Jest także winda, której bohater wyraźnie nie darzy sympatią. Z takiego zestawu szczegółów powstaje opowieść o relacji, w której codzienny drobiazg stopniowo urasta do rozmiarów osobistej obsesji.

To bardzo charakterystyczny dla Fisza sposób budowania narracji. Zamiast rozpoczynać od wielkiego problemu egzystencjalnego, wybiera detal, który mógłby pochodzić z przypadkowej rozmowy przy stole. Różnice muzycznych upodobań, niechęć do wysokości czy wspomnienie konkretnego miejsca stają się punktami zaczepienia dla szerszej historii. Narrator nie potrzebuje szczególnie dramatycznych wydarzeń, żeby nadać opowieści indywidualny charakter. Wystarcza mu umiejętność zauważenia, że ludzka pamięć często zachowuje najbardziej osobliwe szczegóły, podczas gdy rzeczy pozornie ważniejsze stopniowo tracą wyrazistość.

Jeszcze ciekawsza okazuje się decyzja produkcyjna Emade. Jak Fisz zdradził w Trójce, istniała również wersja 14. piętra z perkusją, ale producent ostatecznie postanowił ją usunąć. Trudno o lepszy przykład aranżacyjnej selekcji. W klasycznym rapowym nagraniu stopa i werbel stanowią punkty orientacyjne dla głosu, wyznaczają puls i porządkują rozmieszczenie akcentów. Ich ograniczenie sprawia, że większą odpowiedzialność za organizację czasu przejmują frazowanie, intonacja oraz naturalny rytm wypowiedzi.

Można powiedzieć, że Emade usuwa z kompozycji rytmiczną poręcz, której zwykle trzyma się raper. Metafora jest o tyle adekwatna, że bohater utworu sam zmaga się z bardzo konkretnym lękiem związanym z wysokością. Nie sugeruję oczywiście, że producent zaplanował tę zależność jako dosłowną ilustrację fabuły. Interesujący pozostaje jednak efekt formalny: muzyka pozbawiona mocno wyeksponowanych bębnów również odbiera słuchaczowi część zwyczajowych punktów orientacyjnych. Głos Fisza musi samodzielnie prowadzić narrację, a jego pozorna nieregularność staje się jednym z najważniejszych źródeł napięcia.

W hip-hopie flow nie jest przecież wyłącznie kwestią szybkości wypowiadania sylab czy technicznej złożoności rymów. O jego charakterze decyduje również relacja akcentów językowych do metrum, sposób rozpoczynania i kończenia fraz, operowanie pauzą oraz umiejętność świadomego przesuwania wypowiedzi względem pulsu. Fisz od dawna interesuje się właśnie tą swobodniejszą organizacją rytmu. Jego rapowanie potrafi sprawiać wrażenie rozmowy prowadzonej obok taktu, choć poszczególne akcenty pozostają z nim w określonej relacji. Nie chodzi o brak rytmicznej kontroli, ale o świadome wykorzystywanie napięcia między naturalną prozodią języka a muzyczną regularnością.

To także interesująca lekcja producenckiego myślenia. Usunięcie perkusji nie oznacza automatycznie uproszczenia utworu. Przeciwnie, ograniczenie jednego elementu może zwiększyć znaczenie wszystkich pozostałych. Podobnie jak w dobrze zaprojektowanej fotografii negatywna przestrzeń pozwala wyeksponować temat, tak w oszczędnej produkcji hip-hopowej brak dominującej sekcji rytmicznej może skierować uwagę na niuanse wokalu. Emade doskonale rozumie tę zależność. Jego decyzja sprawia, że forma kompozycji pozostaje podporządkowana opowieści, zamiast zmuszać opowieść do posłuszeństwa wobec gotowej aranżacji.

Nie mylić aranżacji z wystawą możliwości

Praca Piotra Waglewskiego zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ to właśnie ona pozwala utrzymać muzyczną różnorodność przy zdecydowanej dominacji rapowego słowa. Produkcja „Człowieka nie do końca” jest powściągliwa, ale nie monotonna. Emade świadomie korzysta z odmiennych modeli organizacji rytmu, różnych proporcji między głosem a podkładem oraz stylistycznych odniesień obejmujących klasyczny hip-hop, jazzowe inspiracje i elektroniczną muzykę taneczną.

Trzeba jednak odróżnić oszczędność aranżacyjną od ubóstwa kompozycyjnego. W hip-hopie atrakcyjność podkładu nie musi wynikać z nieustannej zmiany akordów, rozbudowanych melodii czy spektakularnego instrumentarium. Krótki motyw może zostać przekształcony w bardzo sugestywną strukturę dzięki sposobowi powtarzania, zmianom akcentowania, odpowiedniej artykulacji i relacji z głosem. Z pozoru niewielkie różnice w rozmieszczeniu elementów rytmicznych potrafią całkowicie zmienić charakter groove’u. W takich warunkach producent przypomina raczej montażystę niż dekoratora: jego najważniejszym zadaniem jest rozstrzygnięcie, co powinno znaleźć się na pierwszym planie, co pozostać w tle, a co należy bez żalu usunąć.

W kompozycji tytułowej oraz Karykaturalności istotną rolę odgrywają odniesienia do jazzowo zorientowanej tradycji hip-hopowej produkcji. Nie chodzi tutaj o jazz rozumiany jako samodzielna forma improwizacyjna, lecz o wykorzystanie jego harmonijnej kolorystyki i sposobu budowania atmosfery. W muzyce opartej na repetycji podobny materiał funkcjonuje inaczej niż w rozbudowanej kompozycji jazzowej. Akord lub krótka figura mogą powracać wielokrotnie, stanowiąc stabilną podstawę dla zmieniającej się narracji wokalnej. Ich znaczenie wynika wtedy z relacji do rytmu oraz charakteru wypowiedzi, a nie wyłącznie z samego przebiegu harmonicznego.

W Londynie pojawia się inne myślenie o pulsie: bardziej kołyszące, oszczędne i oparte na charakterze groove’u. Można odnaleźć tutaj skojarzenia z estetyką J Dilli, dla którego rytmiczna nieregularność i subtelne przesunięcia akcentów stanowiły jeden z podstawowych elementów producenckiej osobowości. Nie należy jednak traktować takiego porównania jako sugestii bezpośredniego kopiowania rozwiązań. Istotna jest wspólna zasada: rytm nie musi być mechaniczną siatką równych uderzeń, aby pozostawał precyzyjny i wyrazisty. Odpowiednio skonstruowany groove może sprawiać wrażenie swobodnego, a jednocześnie zachowywać silne poczucie wewnętrznego porządku.

Odmienną atmosferę przynosi Bezkres, reprezentujący bardziej kontemplacyjny biegun wydawnictwa. Jego melodyjny, jazzowo zorientowany charakter przywodzi na myśl tradycję instrumentalnego hip-hopu kojarzoną choćby z Nujabesem. Takie odniesienie jest użyteczne przede wszystkim jako wskazanie pewnej estetycznej wrażliwości, w której łagodniejsza faktura i melodyjność nie wykluczają hip-hopowej podstawy rytmicznej. Emade wykorzystuje ten rodzaj brzmieniowej powściągliwości do zmiany nastroju, co ma szczególne znaczenie w obrębie tak obszernego albumu.

Jeszcze inaczej funkcjonuje 127 BPM, którego rytmiczna koncepcja nasuwa skojarzenia z brytyjskim UK garage. Ten nurt wykształcił charakterystyczne sposoby organizowania pulsu, często wykorzystujące synkopowane podziały i sprężyste rozmieszczenie akcentów. W porównaniu z klasycznym boom-bapem zmienia się sposób odczuwania ruchu: mniej zależy od ciężaru regularnie akcentowanego werbla, więcej od napięcia pomiędzy poszczególnymi elementami rytmu. Garage’owa motoryka potrafi działać jak sprężyna – jej energia wynika z naprzemiennego zagęszczania i rozluźniania akcentów. W kontekście refleksyjnego charakteru albumu podobna rytmika nie musi jednak prowadzić do beztroskiego nastroju. Ruch i melancholia mogą tutaj współistnieć, wzajemnie komplikując odbiór kompozycji.

Fisz Emade – Człowiek nie do końca Emade

W tym sensie „Człowiek nie do końca” jest również interesującym komentarzem do bardziej piosenkowego etapu działalności duetu. Na „Radarze” melodie i wyraźne motywy wokalne stanowiły dla mnie jeden z najważniejszych elementów atrakcyjności materiału. Tutaj ich funkcja zostaje ograniczona, lecz nie oznacza to rezygnacji z muzycznej wyobraźni. Ciężar kompozycji przesuwa się z melodycznego tematu na relację pomiędzy pulsem, brzmieniem i sposobem prowadzenia tekstu. To inny rodzaj satysfakcji słuchowej, wymagający większej uwagi wobec szczegółów wykonawczych i produkcyjnych.

„Piruety”: pokolenia wykonują różne figury na tej samej podłodze

Na szczególne omówienie zasługują Piruety z udziałem Szczyla. Współpraca jest interesująca nie tylko ze względu na różnicę pokoleniową między wykonawcami, lecz również na sposób, w jaki oba głosy pozwalają zestawić odmienne doświadczenia rzeczywistości. Fisz przywołuje obrazy młodości, odniesienia do dawnych filmów, obyczajów i momentów historycznych. Wśród wspomnień pojawiają się między innymi „Shrek” i „Amelia”, a dalej wydarzenia, które na początku XXI wieku zmieniły społeczne poczucie bezpieczeństwa i sposób postrzegania świata.

Te kulturowe odniesienia mają znaczenie większe niż zwyczajna sentymentalna wyliczanka. Fisz pokazuje, w jaki sposób pamięć osobista łączy się z doświadczeniem zbiorowym. Filmy, muzyka, obyczaje czy wydarzenia polityczne tworzą wspólny zestaw punktów orientacyjnych dla ludzi dorastających w określonym czasie. Nie oznacza to oczywiście, że całe pokolenie przeżywało te same sytuacje identycznie. Wspólna kultura dostarcza raczej języka, którym można później opowiadać o własnej biografii.

Obecność Szczyla wprowadza do tej konstrukcji inną perspektywę. Młodszy wykonawca nie musi dzielić wszystkich wspomnień Fisza, aby odnaleźć z nim porozumienie. Jego głos odnosi się do współczesnych napięć, społecznych oczekiwań i emocjonalnych sprzeczności. W rezultacie utwór pozwala zestawić różne sposoby reagowania na rzeczywistość, a nie wyłącznie dwa zestawy muzycznych upodobań.

Interesujący pozostaje także sam tytuł. Piruet jest figurą opartą na obrocie, a więc ruchu, który może doprowadzić człowieka niemal dokładnie do punktu wyjścia, mimo że w międzyczasie jego perspektywa uległa zmianie. Traktuję to jako użyteczną metaforę konstrukcji utworu: kolejne pokolenia wykonują odmienne manewry, ale wciąż próbują zachować równowagę wobec podobnych ludzkich problemów. Nie oznacza to, że historia zatacza idealne koła. Zmieniają się okoliczności, środki komunikacji i społeczne oczekiwania. Pewne mechanizmy emocjonalne pozostają jednak zaskakująco trwałe.

To jeden z tych momentów albumu, w których temat międzypokoleniowego porozumienia znajduje konkretne odzwierciedlenie w doborze wykonawców i konstrukcji tekstu. Nie jest jedynie hasłem wpisanym do materiałów promocyjnych. Spotkanie różnych doświadczeń staje się podstawą artystycznej wypowiedzi.

Internetowy uniwersytet wszystkiego

Sześć minut mądrości z udziałem DJ-a Eproma podejmuje jeden z najbardziej absurdalnych fenomenów współczesnej kultury cyfrowej: masową produkcję porad dotyczących niemal każdej dziedziny życia. Internet pełen jest ludzi wyjaśniających, jak osiągnąć szczęście, zbudować udany związek, zdobyć majątek, zwiększyć pewność siebie czy osiągnąć wewnętrzną równowagę. Wszystko najlepiej w kilku prostych krokach, z odpowiednio dobranym podkładem muzycznym i obowiązkowym zapewnieniem, że rezultaty pojawią się szybciej, niż można byłoby przypuszczać.

Fisz przygląda się temu z charakterystyczną ironią. Nie ogranicza się jednak do wyśmiewania samozwańczych ekspertów. Równie interesujące jest społeczne zapotrzebowanie na ich usługi. Gotowe recepty cieszą się popularnością, ponieważ uwalniają odbiorcę od konieczności samodzielnego mierzenia się ze złożonością problemu. Wystarczy wykonać określone czynności i oczekiwać obiecanego rezultatu. Tymczasem ludzkie doświadczenie rzadko podporządkowuje się tak prostym zależnościom przyczynowo-skutkowym.

Interesująca jest relacja pomiędzy tematyką utworu a jego konstrukcją. Kompozycja trwa sześć minut i dwadzieścia sześć sekund, co stanowi dość przewrotną odpowiedź na kulturę błyskawicznego dostarczania informacji. Fisz potrzebuje ponad sześciu minut, aby opowiedzieć o mechanizmach, które współczesny internet najchętniej wyjaśniałby w kilkudziesięciosekundowym nagraniu. Rozbudowana forma staje się więc częścią krytycznego stanowiska wobec pośpiechu i powierzchowności. Nie chodzi jednak o sam czas trwania, lecz o możliwość rozwijania myśli, wprowadzania dygresji i stopniowego komplikowania początkowego założenia.

Gościnna obecność DJ-a Eproma dodatkowo wzmacnia hip-hopowy charakter kompozycji. Eprom wywodzi się z kultury turntablizmu, w której gramofon funkcjonuje jako instrument służący twórczemu przekształcaniu materiału dźwiękowego. Można dostrzec pewną interesującą zależność pomiędzy tą tradycją a samą tematyką tekstu. Hip-hop od początku wykorzystywał istniejące nagrania, ale ich artystyczna wartość wynikała ze sposobu selekcji, przetwarzania i nadawania nowych znaczeń. Internetowa kultura gotowych mądrości często wykonuje operację odwrotną: redukuje złożone doświadczenia do łatwo powtarzalnych formuł.

Podoba mi się również to, że Fisz nie próbuje zastąpić jednej kategorii nieomylnych ekspertów kolejną, reprezentowaną tym razem przez samego siebie. Jego ironia pozostaje wymierzona w sam mechanizm nadmiernej pewności. Gdyby autor po sześciu minutach krytyki gotowych recept zaproponował własną, doskonałą instrukcję życia, mielibyśmy do czynienia z wyjątkowo efektownym aktem niezamierzonej autoparodii. Na szczęście podobne rozwiązanie nie następuje.

Świat nieustannej komunikacji

W Impulsach pojawia się Taco Hemingway, którego udział jest znacznie ciekawszy niż zwyczajna współpraca dwóch rozpoznawalnych nazwisk. Obaj raperzy od lat wykazują zainteresowanie codziennymi rytuałami, samotnością, społecznymi maskami i napięciem pomiędzy osobistym doświadczeniem a publicznym wizerunkiem. Różnią ich jednak pokoleniowe punkty odniesienia oraz sposób organizacji języka. Spotkanie tych dwóch perspektyw pozwala rozszerzyć tematykę albumu o dodatkowy wymiar.

Impulsy trwają siedem minut i czterdzieści osiem sekund. W znacznej części opierają się na rozbudowanych partiach wokalnych, a ich zasadniczym tematem pozostaje samotność człowieka funkcjonującego w rzeczywistości przesyconej technologiami komunikacyjnymi. Paradoks jest oczywisty, ale jego konsekwencje już znacznie mniej. Możemy pozostawać w nieustannym kontakcie z dziesiątkami osób, wiedzieć niemal wszystko o ich codziennych zajęciach, a jednocześnie nie posiadać relacji pozwalającej na rzeczywiste ujawnienie własnych problemów.

Media społecznościowe dodatkowo komplikują tę sytuację, ponieważ komunikacja zostaje w nich połączona z publiczną prezentacją wizerunku. Człowiek może nieustannie opowiadać o swoim życiu, a jednocześnie konsekwentnie ukrywać to, co rzeczywiście przeżywa. Nie jest to oczywiście wynalazek internetu. Społeczne role, autoprezentacja i potrzeba akceptacji istniały znacznie wcześniej. Technologia zwiększyła jednak skalę tych zjawisk i nadała im mierzalny charakter. Liczba reakcji, zasięg publikacji i algorytmiczna widoczność mogą stopniowo zastępować bardziej osobiste kryteria oceny własnych doświadczeń.

Współpraca Fisza z Taco pozwala spojrzeć na ten problem bez sprowadzania go do konfliktu pokoleń. Starszy raper pamięta rzeczywistość, w której internet dopiero zdobywał swoją społeczną pozycję. Młodszy dorastał już w warunkach znacznie silniejszego związku życia codziennego z cyfrową komunikacją. Nie oznacza to jednak, że jeden reprezentuje analogową autentyczność, a drugi cyfrowe zagubienie. Obaj opisują podobne mechanizmy społeczne, choć poznawali je w odmiennych okolicznościach.

W takiej konstrukcji producent pełni funkcję zbliżoną do dobrego realizatora rozmowy. Nie próbuje zagłuszyć uczestników efektownymi dodatkami, ale kontroluje warunki, w których ich wypowiedzi mogą pozostać czytelne i atrakcyjne. Oczywiście nie oznacza to, że sam podkład jest pozbawiony znaczenia. Przeciwnie, jego dyscyplina pozwala utrzymać proporcje pomiędzy muzyczną repetycją a zmieniającą się zawartością tekstową. Im dłuższa narracja, tym większego znaczenia nabiera umiejętność odpowiedniego rozłożenia akcentów i uniknięcia aranżacyjnego przeciążenia.

Najbardziej interesuje mnie w Impulsach to, że artyści mówią o trudnościach współczesnej komunikacji, sami tworząc przykład rzeczywistego muzycznego dialogu. Nie potrzebują skracać własnych wypowiedzi do efektownych haseł ani podporządkowywać ich piosenkowej konwencji. Dają sobie czas. W świecie, w którym długość komunikatu bywa traktowana jako jedna z podstawowych przeszkód w jego skuteczności, podobna decyzja wydaje się zaskakująco racjonalna.

Pogłos pamięci

Jednym z najbardziej osobistych momentów albumu są Duchy, nagrane z udziałem Mateusza Krautwursta i poświęcone pamięci Grażyny Waglewskiej, matki Fisza i Emade, zmarłej w czerwcu 2025 roku. Znajomość tych okoliczności ma istotne znaczenie dla interpretacji utworu. Nie słuchamy abstrakcyjnej opowieści o przemijaniu, lecz wypowiedzi związanej z bardzo konkretnym doświadczeniem straty.

Żałoba jest tematem szczególnie trudnym do przedstawienia w muzyce popularnej. Z jednej strony istnieje pokusa nadmiernego eksponowania emocji, z drugiej – ryzyko tak daleko posuniętej powściągliwości, że osobiste doświadczenie zostaje zamienione w chłodną deklarację. Fisz wybiera język bliższy bezpośredniej rozmowie. W tekście pojawia się między innymi doświadczenie utraty możliwości kontaktu z bliską osobą, której głosu nie będzie już można usłyszeć podczas zwyczajnej rozmowy telefonicznej. Ten codzienny szczegół ma siłę większą niż najbardziej wyszukana metafizyczna deklaracja. Żałoba często ujawnia się przecież nie w wielkich ceremoniach, lecz w drobnych czynnościach, które nagle przestają być możliwe.

Pamięć w Duchach działa trochę jak pogłos. Pierwotny dźwięk już ucichł, ale jego odbicia nadal pozostają obecne, zmieniając sposób odbierania przestrzeni. To porównanie nie służy przypisywaniu utworowi konkretnej techniki realizacyjnej. Pozwala natomiast uchwycić mechanizm emocjonalny, który Fisz opisuje: nieobecna osoba nadal wpływa na życie bliskich poprzez wspomnienia, przyzwyczajenia, gesty i sposób postrzegania świata. Nie jest to rzeczywista obecność, ale również nie można sprowadzić jej do zamkniętego archiwum informacji.

Udział Mateusza Krautwursta pozwala dodatkowo poszerzyć ekspresję kompozycji. Gościnny głos wprowadza odmienną wrażliwość wykonawczą, dzięki czemu Duchy wyraźniej odróżniają się od utworów zdominowanych przez ironiczne obserwacje społeczne. W kontekście całego albumu jest to szczególnie potrzebne. Bez tej kompozycji refleksje o technologii, cyfrowych maskach i współczesnej samotności mogłyby sprawiać wrażenie przede wszystkim publicystycznego komentarza. Duchy nadają im bardziej osobisty wymiar.

Trudno bowiem rozważać kondycję współczesnego człowieka wyłącznie przez pryzmat jego stosunku do internetu czy sztucznej inteligencji. O naszej tożsamości decydują także doświadczenia, których nie sposób racjonalnie uporządkować ani skutecznie zoptymalizować. Można przechowywać tysiące zdjęć, archiwizować wiadomości i odtwarzać nagrania głosu, lecz żadna z tych czynności nie przywróci utraconej relacji. Technologia potrafi zabezpieczyć ślady obecności. Nie potrafi natomiast odtworzyć samej obecności.

To jeden z tych momentów, w których album osiąga największą emocjonalną wiarygodność. Fisz nie musi przyjmować roli filozofa wyjaśniającego naturę śmierci. Wystarcza mu precyzyjny opis doświadczenia, którego znaczenie pozostaje czytelne bez względu na wiek czy muzyczne przyzwyczajenia odbiorcy.

Samplowanie własnej biografii

Motyw pamięci powraca w Tyle śladów, nagranym z udziałem Sokoła, ale tym razem przyjmuje znacznie bardziej autorefleksyjny charakter. Historia współpracy rozpoczęła się podczas festiwalu ZORZA w 2025 roku. Jak informowało Sony Music, mimo wieloletniej obecności na tej samej scenie artyści wcześniej nie mieli okazji połączyć sił we wspólnym nagraniu ani występie. Festiwalowe spotkanie doprowadziło do powstania singla, który ukazał się 28 sierpnia 2026 roku.

Najciekawszy pozostaje sam pomysł tekstowy. Fisz i Sokół wykorzystują fragmenty własnych wcześniejszych utworów, wzajemnie przywołując dawne słowa i umieszczając je w nowej historii. Pojawia się motyw spotkania po latach, ta sama knajpa oraz wspomnienie czerwonej sukienki. Nie jest to więc zwyczajna współpraca dwóch raperów reprezentujących podobny okres rozwoju polskiego hip-hopu. Artyści wykorzystują własną przeszłość jako materiał poddawany twórczemu przekształceniu.

Można powiedzieć, że Tyle śladów stanowi przykład samplowania autobiografii. Mechanizm przypomina pracę producenta hip-hopowego, który wydobywa fragment istniejącego nagrania i umieszcza go w nowym kontekście muzycznym. Tutaj jednak materiałem źródłowym są dawne teksty i związane z nimi doświadczenia. Fragment wypowiedzi, który przed laty posiadał określone znaczenie, otrzymuje nową funkcję dzięki zmianie sytuacji narracyjnej.

Właśnie dlatego Tyle śladów uważam za jeden z najciekawszych przykładów wykorzystania nostalgii na całej płycie. Muzyczny sentymentalizm często opiera się na prostym przywracaniu rozpoznawalnych elementów dawnych nagrań. Wystarczy znajomy motyw, odpowiednie nazwisko i kilka sugestii, że kiedyś wszystko było autentyczniejsze. Fisz i Sokół wybierają drogę bardziej wymagającą: zamiast konserwować przeszłość, ponownie wprawiają ją w ruch.

Nie chodzi więc wyłącznie o wspomnienie początków polskiego hip-hopu. Utwór stawia pytanie o to, co dzieje się z dawnymi przekonaniami, wspomnieniami i wypowiedziami, kiedy zaczynamy patrzeć na nie z perspektywy późniejszych doświadczeń. Można rozpoznać własne słowa, ale nie sposób całkowicie powrócić do człowieka, który je kiedyś wypowiedział.

W tym sensie Tyle śladów stanowi również komentarz do całego albumu. Fisz i Emade wracają do rapu, lecz nie cofają się do swojej młodości. Dawne narzędzia służą im do opisywania nowych sytuacji. Powrót do formy nie oznacza powrotu do dawnej osobowości. I właśnie ta różnica sprawia, że najnowsze wydawnictwo nie zamienia się w jubileuszową wycieczkę po muzeum własnych osiągnięć.

Goście, którzy nie potrzebują osobnych reflektorów

Na „Człowieku nie do końca” pojawia się wyjątkowo liczne grono współpracowników: Taco Hemingway, Sokół, Szczyl, Jakub Jan Bryndal, DJ Eprom, Mateusz Krautwurst i Marek Pospieszalski. Samo zestawienie nazwisk pokazuje znaczne zróżnicowanie pokoleniowe oraz stylistyczne, ale ważniejsza pozostaje ich funkcja w konstrukcji materiału. Goście nie służą tutaj tworzeniu katalogu współczesnych odmian rapu ani zwiększaniu atrakcyjności wydawnictwa za pomocą rozpoznawalnych nazwisk. Ich obecność pozwala poszerzyć sposoby narracji, charakter wykonawczy i możliwości brzmieniowe poszczególnych kompozycji.

Osobne miejsce zajmuje Po wsze czasy z udziałem Marka Pospieszalskiego. Kompozycja wyróżnia się bardziej piosenkowym charakterem, a obecność saksofonisty związanego z szeroko rozumianą sceną jazzową dodatkowo podkreśla stylistyczną otwartość duetu. W obrębie wydawnictwa zdominowanego przez rozbudowane rapowe monologi utwór pełni ważną funkcję dramaturgiczną. Większa rola melodyjności pozwala zmienić sposób odbioru materiału i przypomina, że doświadczenia bardziej piosenkowego etapu twórczości braci nadal pozostają częścią ich muzycznego języka.

Nie postrzegam Po wsze czasy jako przypadkowego odstępstwa od przyjętej koncepcji. Album trwający niemal siedemdziesiąt pięć minut potrzebuje odpowiednio rozmieszczonych kontrastów. Jeżeli wszystkie kompozycje opierałyby się na identycznych proporcjach między rytmem, melodią i słowem, nawet najbardziej interesująca narracja mogłaby stopniowo tracić intensywność. Zmiana sposobu organizacji muzyki pozwala słuchaczowi odzyskać uwagę bez konieczności uciekania się do efektownych, lecz nieuzasadnionych aranżacyjnych zabiegów.

Technologia nie jest jedynym oskarżonym

Nie sposób pominąć społecznego wymiaru najnowszego albumu, ale nie chciałbym redukować go do krytyki internetu czy sztucznej inteligencji. Bracia Waglewscy interesowali się konsekwencjami technologicznego rozwoju już wcześniej, między innymi na „Dronach”. Zmienił się natomiast kontekst, w którym podobne pytania są dzisiaj zadawane. Technologie cyfrowe przestały stanowić jedynie narzędzia komunikacji i rozrywki. Coraz silniej uczestniczą w organizacji pracy, zdobywaniu wiedzy, kształtowaniu relacji oraz podejmowaniu codziennych decyzji.

W rozmowie z Piotrem Metzem Fisz wspominał pytania zadawane przez swoje dzieci. Skoro sztuczna inteligencja potrafi niemal natychmiast dostarczać odpowiedzi, jaki sens posiada tradycyjna nauka? Jakie zawody będą potrzebne w przyszłości? W jaki sposób można przygotować się do funkcjonowania w świecie, którego przyszłych zasad nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć? Artysta nie przedstawiał gotowego rozwiązania. Przyznawał raczej, że sam próbuje zrozumieć konsekwencje zachodzących przemian.

Fisz nie zachowuje się jak człowiek domagający się natychmiastowego wyłączenia internetu i powrotu do świata sprzed smartfonów. Jego niepokój dotyczy raczej sposobu, w jaki nowe narzędzia wpływają na nasze przyzwyczajenia poznawcze. Coraz łatwiejszy dostęp do informacji nie gwarantuje przecież coraz lepszego rozumienia rzeczywistości. Możliwość błyskawicznego uzyskania odpowiedzi może ograniczać cierpliwość potrzebną do samodzielnego postawienia pytania. Z kolei nadmiar dostępnych informacji niekoniecznie ułatwia odróżnianie rzeczy istotnych od przypadkowych.

Nie oznacza to oczywiście, że sam czas trwania albumu automatycznie czyni go głębszym od krótszych wydawnictw. Taki wniosek byłby absurdalny. Ważniejsze jest to, że bracia konsekwentnie wykorzystują długą formę do rozwijania określonego sposobu wypowiedzi. Nie próbują udowadniać, że mają więcej do powiedzenia wyłącznie dlatego, że mówią dłużej. Ich narracje potrzebują czasu, ponieważ poszczególne myśli rozwijają się poprzez kolejne skojarzenia, wspomnienia i zmiany perspektywy.

Maski z „F3”

Interesującym uzupełnieniem muzycznej koncepcji wydawnictwa pozostaje oprawa graficzna. Przygotowano dwie wersje okładki, przedstawiające maski Fisza i Emade, co stanowi świadome nawiązanie do „F3” z 2002 roku. Zgodnie z informacjami oficjalnego sklepu zespołu wydanie winylowe ograniczono do 1500 egzemplarzy, podzielonych pomiędzy oba warianty.

Na pierwszy rzut oka jest to oczywisty gest skierowany do słuchaczy pamiętających wcześniejszy etap działalności duetu. Jednak w kontekście problematyki nowego albumu motyw maski można odczytać również inaczej. Maska pozwala ukryć pewne cechy, wyeksponować inne albo przyjąć rolę niezwiązaną z rzeczywistą osobowością. We współczesnym świecie podobny mechanizm nie wymaga już fizycznego rekwizytu. Wystarczy odpowiednio zaprojektowany profil, zestaw starannie wybranych fotografii i publiczny wizerunek, z którego usunięto wszystkie niewygodne szczegóły.

Nie twierdzę, że autorzy okładki zamierzali przedstawić właśnie taką interpretację współczesnej autoprezentacji. Istotne pozostaje jednak to, że znak graficzny sprzed niemal ćwierćwiecza może otrzymać nowe znaczenie dzięki zmianie kulturowego kontekstu. Mechanizm przypomina zresztą konstrukcję Tyle śladów, gdzie dawne fragmenty tekstów zostają wykorzystane do stworzenia nowej opowieści.

Kilka problemów z cierpliwością

Osobnego omówienia wymaga długość albumu. Czternaście kompozycji i niemal siedemdziesiąt pięć minut muzyki stanowią poważne wyzwanie dla uwagi współczesnego odbiorcy. Sześć utworów przekracza sześć minut, a najdłuższe Impulsy trwają siedem minut i czterdzieści osiem sekund. Sam czas trwania nie jest oczywiście żadnym dowodem artystycznej jakości. Historia muzyki zna dostatecznie wiele rozwlekłych nagrań, by nie traktować każdej przekroczonej granicy minutowej jako osiągnięcia kompozycyjnego.

Najbardziej imponuje mi fakt, że album o tak znacznej objętości potrafi utrzymać zainteresowanie bez nieustannego bombardowania odbiorcy nowymi aranżacyjnymi atrakcjami. Zmienność wynika przede wszystkim z charakteru kolejnych opowieści, sposobu prowadzenia głosu oraz decyzji produkcyjnych Emade. Nie potrzebujemy obowiązkowego refrenu pojawiającego się co kilkadziesiąt sekund ani efektownego przejścia przypominającego, że utwór nadal trwa. Muzyka rozwija się w tempie dostosowanym do narracji, a nie do wyobrażonego limitu cierpliwości słuchacza.

Nie oznacza to jednak, że wydawnictwo jest pozbawione ograniczeń. Jego zdecydowanie rapowy charakter, wielominutowe monologi i oszczędna melodyka mogą stanowić przeszkodę dla odbiorców oczekujących bardziej piosenkowego sposobu organizacji materiału. Przyznaję, że sam momentami odczuwam brak wyrazistszych melodii, jakie tak mocno przekonały mnie na „Radarze”. Niektóre utwory pozostawiają po sobie przede wszystkim obraz literacki albo interesującą refleksję, niekoniecznie zaś motyw muzyczny, który można natychmiast zanucić.

Trzeba jednak odróżnić brak natychmiastowej przebojowości od braku muzycznej wartości. W rapie zapamiętywalność może wynikać nie tylko z melodii, lecz również z frazy, obrazu, sposobu akcentowania i charakteru samej wypowiedzi. Na „Człowieku nie do końca” właśnie te elementy często pełnią funkcję, którą w klasycznej piosence przejmuje refren. Słuchacz zapamiętuje określoną myśl, sposób jej sformułowania albo emocjonalny kontekst, w którym się pojawia.

Nie każdy będzie chciał spędzić z tym materiałem siedemdziesiąt pięć minut. Rozumiem to doskonale. Sam nie należę przecież do osób, dla których wielominutowy rapowy monolog stanowi z definicji najbardziej atrakcyjną formę muzycznej wypowiedzi. Właśnie dlatego fakt, że ten album potrafi mnie tak skutecznie zaangażować, uważam za szczególnie znaczący.

Hip-hop dla tych, którzy pamiętają

Nie mam złudzeń, że „Człowiek nie do końca” spotka się z jednomyślnym entuzjazmem. Dla słuchaczy pamiętających polski hip-hop przełomu wieków może być wyjątkowo interesującym świadectwem dojrzewania jego języka. Osoby wychowane na twórczości Eldo, Grammatika, O.S.T.R.-a, Łony czy samego Fisza prawdopodobnie łatwiej rozpoznają niektóre stylistyczne odniesienia oraz sposoby konstruowania tekstów. Nie oznacza to jednak, że znajomość tego okresu jest warunkiem właściwego odbioru wydawnictwa.

Nie wykluczam jednak, że część młodszych odbiorców może mieć z nim problem. Współczesny hip-hop rozwinął wiele rozwiązań stylistycznych odmiennych od tradycji, z której wywodzą się bracia Waglewscy. Zmieniły się proporcje między rapem a śpiewem, sposoby prowadzenia wokalu i charakter produkcji. Fisz i Emade proponują materiał bardziej skoncentrowany na słowie, mniej zainteresowany natychmiastową przebojowością i wymagający większej cierpliwości. Nie każdemu musi to odpowiadać.

Byłoby jednak niesprawiedliwe uznać odmienność muzycznych przyzwyczajeń za dowód niezrozumienia sztuki. Każde pokolenie rozwija własne sposoby słuchania, a żaden historyczny model hip-hopu nie posiada monopolu na artystyczną wartość. Właśnie dlatego udział Taco Hemingwaya (mistrzostwo!) i Szczyla jest tutaj tak istotny. Pokazuje, że różne doświadczenia muzyczne mogą spotkać się w obrębie jednej koncepcji, nie wymagając od uczestników rezygnacji z indywidualnego języka.

W tej perspektywie najnowszy album braci Waglewskich wydaje się również interesującym przykładem międzypokoleniowej komunikacji. Artyści nie próbują na siłę upodobnić swojej muzyki do aktualnie dominujących trendów, lecz zapraszają młodszych wykonawców do wspólnego rozwijania tematów. To rozwiązanie znacznie bardziej przekonujące niż obowiązkowe unowocześnianie brzmienia tylko po to, aby udowodnić publiczności, że nadal pozostaje się na czasie.

Niedoskonałość jako ostatni luksus

Im dłużej zastanawiam się nad „Człowiekiem nie do końca”, tym bardziej przekonuje mnie jego tytuł. Z początku można odczytać go jako deklarację osobistej niepewności albo świadomości własnych ograniczeń. W szerszej perspektywie okazuje się jednak znacznie ciekawszy. W świecie, który nieustannie zachęca nas do poprawiania siebie, przyznanie się do niedoskonałości może stanowić szczególną formę niezależności.

Współczesna kultura coraz chętniej przedstawia człowieka jako projekt wymagający permanentnej modernizacji. Powinniśmy być bardziej produktywni, atrakcyjni, świadomi, odporni psychicznie i skuteczni w podejmowaniu decyzji. Otrzymujemy coraz więcej narzędzi pomagających realizować te cele, a jednocześnie presja doskonałości sprawia, że naturalne ludzkie ograniczenia zaczynają być traktowane jak usterki wymagające natychmiastowego usunięcia.

Fisz zdaje się podważać samą zasadność takiego myślenia. Niedoskonałość nie musi być błędem w konstrukcji człowieka. Może stanowić jedną z podstawowych właściwości jego doświadczenia. Nie chodzi oczywiście o pochwałę ignorancji, bezradności czy rezygnacji z rozwoju. Problem zaczyna się wtedy, gdy możliwość doskonalenia zostaje utożsamiona z obowiązkiem osiągnięcia stanu idealnego. Tymczasem nasze życie pozostaje procesem otwartym, pełnym sprzeczności i sytuacji, których nie można przewidzieć ani odpowiednio wcześniej zaprogramować.

Największą wartością „Człowieka nie do końca” pozostaje dla mnie wyjątkowo konsekwentne połączenie formy i treści. Rozbudowane opowieści wymagają czasu, dlatego kompozycje nie zostają sztucznie skrócone. Słowo potrzebuje przestrzeni, więc produkcja nie dąży do nieustannej dominacji. Tematyka dotyczy niepewności i ludzkich ograniczeń, zatem narrator nie przyjmuje pozy nieomylnego autorytetu. Te zależności nie sprawiają, że album jest automatycznie doskonały, ale nadają mu wyraźną artystyczną tożsamość.

Nie zamierzam twierdzić, że Fisz napisał tutaj bezdyskusyjnie swoje najlepsze teksty, a Emade osiągnął nieznany wcześniej poziom producenckiego mistrzostwa. Podobne deklaracje wymagałyby znacznie bardziej systematycznego porównania całej dyskografii duetu. Jestem natomiast przekonany, że „Człowiek nie do końca” należy do ich najpełniejszych i najbardziej świadomie skonstruowanych wypowiedzi artystycznych. Teksty reprezentują wysoki poziom obserwacji społecznej i osobistej refleksji, produkcja zachowuje dyscyplinę mimo stylistycznej różnorodności, a zaproszeni wykonawcy poszerzają perspektywę materiału bez rozmywania jego charakteru.

Patrząc na ostatnie lata działalności Fisza i Emade, dostrzegam wyjątkowo udany okres twórczy. Doskonałe „Ballady i protesty”, jubileuszowe „25” i obecny „Człowiek nie do końca” pokazują muzyków, którzy nie muszą już udowadniać swojej pozycji, ale nadal potrafią odnajdywać nowe sposoby wypowiedzi. Każde z tych wydawnictw realizuje odmienne założenia, a jednak wszystkie łączy podobna ciekawość świata oraz potrzeba opowiadania o rzeczach rzeczywiście istotnych.

Najbardziej zastanawia mnie jednak coś jeszcze. Do Fisza i Emade przekonała mnie muzyka bardziej melodyjna, a dzisiaj z podobnym entuzjazmem przyjmuję ich surowy, niemal demonstracyjnie rozgadany hip-hop. Nie jest to więc fascynacja jednym gatunkiem, konkretną epoką ani sentymentalnym wspomnieniem dawnego brzmienia. Najnowszy album pozwolił mi jeszcze lepiej zrozumieć, jak wiele w twórczości braci zależy od ich sposobu myślenia, a jak niewiele od samej stylistycznej dekoracji.

Jeszcze kilka lat temu nie przypuszczałbym, że tak mocno rapowa płyta stanie się jednym z moich ulubionych wydawnictw braci Waglewskich. Zainteresowanie, które rozbudził we mnie melodyjny „Radar”, znalazło więc dość przewrotną kontynuację. Dzisiaj potrafię z równą przyjemnością słuchać ich bardziej piosenkowych kompozycji, jak i tych momentów, w których Emade zostawia przed Fiszem oszczędny podkład, a ten rozpoczyna kolejną wielominutową opowieść.

I chociaż sam nie należę do zagorzałych miłośników rozbudowanych rapowych monologów, tym razem nie mam najmniejszej ochoty przerywać rozmowy. Wręcz przeciwnie, chcę do niej wracać, sprawdzać kolejne skojarzenia, odkrywać znaczenia pominięte wcześniej i zastanawiać się nad rzeczami, które przy pierwszym kontakcie wydawały się niemal oczywiste.

Być może właśnie dlatego dzisiaj naprawdę mogę nazwać się wielbicielem Fisza i Emade. Nie dlatego, że towarzyszyłem im od początku, ale dlatego, że nadal potrafią mnie przekonać. Nawet wtedy, gdy zamiast melodii podsuwają niewygodne pytania, a zamiast gotowych odpowiedzi pozostawiają człowieka, który wciąż nie jest do końca.

Fisz Emade – Człowiek nie do końca

Fisz Emade – Człowiek nie do końca
Fisz Emade Tworzywo – Człowiek nie do końca
1. Duchy (feat. Mateusz Krautwurst) – 4:24 • 2. Człowiek nie do końca (feat. Jakub Jan Bryndal) – 5:19 • 3. Sześć minut mądrości (feat. DJ Eprom) – 6:26 • 4. Bezkres – 6:28 • 5. Piruety (feat. Szczyl) – 5:15 • 6. Po wsze czasy (feat. Marek Pospieszalski) – 6:56 • 7. 14 piętro – 6:01 • 8. Impulsy (feat. Taco Hemingway) – 7:48 • 9. Karykaturalność – 3:43 • 10. Rozum chłopski – 2:40 • 11. Tyle śladów (feat. Sokół) – 6:10 • 12. Londyn (feat. DJ Eprom) – 4:38 • 13. 127 BPM – 3:41 • 14. Damian Beton – 5:03 • Skład: Bartosz „Fisz” Waglewski – rap, wokal, teksty • Piotr „Emade” Waglewski – muzyka, produkcja • Goście: Mateusz Krautwurst • Jakub Jan Bryndal • DJ Eprom • Szczyl • Marek Pospieszalski • Taco Hemingway • Sokół • Wytwórnia: Grand Imperial / Dwa Ognie • Premiera: 12 października 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Czas: 74:32 • Liczba utworów: 14 • Formaty: streaming, CD, 2LP, kaseta magnetofonowa • ℗ 2026 Grand Imperial / Dwa Ognie
KONCEPT
8.7
SPÓJNOŚĆ
8.3
BRZMIENIE / PRODUKCJA
9
WYKONANIE
8.5
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
8.1
MELODIE / MOTYWY
7.7
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
8
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
9.3
EMOCJONALNOŚĆ
8.8
SIŁA PRZEKAZU
8.9
INNOWACYJNOŚĆ
7.7
EFEKT UZALEŻNIENIA
8.7
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
8.5
OCENA