
Growl w Unmasked dostaje za chwilę towarzystwo chóralnych wokali, a pod nimi gitara i perkusja pilnują groove’u z niemal urzędniczą skrupulatnością. Jedna część utworu chciałaby się rozedrzeć, druga unieść nad ziemię, trzecia sprawdza tymczasem, czy wszyscy podpisali listę obecności. Dziwny układ. I bardzo dla Viryi charakterystyczny.
Bo Echoes Of The Modern Mind brzmi momentami jak zapis emocji przepuszczonych przez maszynę, która dostała polecenie: posegregować, wzmocnić, nadać odpowiedni ciężar, dopisać refren, a następnie zwrócić człowiekowi w formacie 24-bit/48 kHz. Tyle że ów człowiek nie chce się grzecznie sformatować. Marek Bienias raz śpiewa, za chwilę ryczy, ociera się o grunge’ową szorstkość, później wpadają chórki. Wojciech Bator zagęszcza gitarę, po czym zostawia więcej przestrzeni melodii. Sekcja przyspiesza i zmienia nacisk. Elektroniczna powierzchnia zderza się z metalowym mięsem.
I zanim zabrzmi to jak zarzut: mnie ten konflikt bawi, interesuje i przez sporą część albumu naprawdę wciąga. Virya nagrała bowiem płytę o współczesnym człowieku, która sama zachowuje się trochę jak współczesny człowiek: chce wszystko kontrolować, a jednocześnie bez przerwy coś się w niej kotłuje.
Groove, chór i pękająca maska
Unmasked nadaje się do oglądania pod mikroskopem lepiej niż niejeden bardziej widowiskowy fragment albumu. Gitary nie próbują od razu zamordować słuchacza liczbą nut. Riff pracuje przede wszystkim rytmicznie, wraz z perkusją przesuwa ciężar utworu do przodu, podczas gdy wokal coraz gwałtowniej zmienia temperaturę. Czysta fraza nie wystarcza, wchodzi ostrzejsza emisja, później głosy zostają zwielokrotnione. Pod koniec utworu emocja zaczyna wyłazić poza elegancko wykreśloną konstrukcję.
Podoba mi się ten moment, ponieważ produkcja Echoes Of The Modern Mind przez większość czasu bardzo lubi porządek. Wszystko ma wyraźny kontur, ciężar jest nowoczesny, instrumenty pracują blisko siebie i łatwo wychwycić, kiedy rytm ma zmienić funkcję. Tymczasem Bienias próbuje ten porządek ubrudzić. Jego głos bywa chropowaty, czasem prawie za duży dla kompozycji, miejscami wysunięty tak mocno do przodu, że gitara traci nieco ze swoich drobniejszych smaczków. Nie naprawiałbym tego jednak do końca. Ta nieproporcjonalność ma charakter.
Kilkanaście lat temu, przy Case Of Noise Materii, interesowało mnie podobne tarcie: mechaniczna precyzja współczesnego metalu kontra coś organicznego, co próbuje przebić się przez szczelnie ustawione riffy. Oczywiście zmieniły się narzędzia, produkcyjna estetyka przesunęła się o kilka generacji, djent przestał być egzotyczną naroślą na progresywnym metalu i dawno zdążył wejść do głównego krwiobiegu ciężkiego grania. Jeśli ktoś chce prześledzić tę ewolucję szerzej, mamy ją rozłożoną na części w Labopedii o metalu progresywnym i djencie.
Virya pojawia się już po tej rewolucji. Nie musi nikomu tłumaczyć, dlaczego riff może przede wszystkim organizować rytm, dlaczego metal może oddychać elektroniką ani dlaczego obok agresywnego głosu chwilę później wchodzi melodia zdolna funkcjonować w radiu. To jest dla tych muzyków język zastany. Problemem pozostaje napisanie w nim własnego akcentu. W Unmasked ten akcent słychać.
Seed Of Doubt i bardzo wydajna fabryka lęku
Seed Of Doubt ma ciekawszą psychologię niż sam pomysł zasianego ziarna nieufności mógłby sugerować. Tekst zaczyna od małej niepewności, potem pozwala jej rosnąć, aż różnica między prawdą i podejrzeniem właściwie znika. Muzyka pracuje podobnie: początkowe napięcie nie znajduje łatwego ujścia, intensywność rośnie, wokal staje się coraz bardziej nerwowy, a metalcore’owy mechanizm zaczyna przypominać urządzenie skonstruowane specjalnie do produkowania kolejnych dawek niepokoju. Ładna maszynka. Trochę straszna.
Virya ma przy tym skłonność do monumentalizowania swoich emocji. Nie wystarczy zwątpienie – zwątpienie ma zostać rozciągnięte do rozmiaru wewnętrznej katastrofy. Nie wystarczy agresja – trzeba ją jeszcze podbić zmianą dynamiki, mocniejszym wokalem, gitarową kulminacją albo kolejną warstwą aranżacji. Bywa patetycznie. Niekiedy wręcz bardzo. Rzecz w tym, że zespół niemal zawsze ma czym ten patos fizycznie podeprzeć. Perkusja zaczyna dociskać mocniej, gitara zwiększa gęstość, głos Bieniasa przestaje pełnić wyłącznie funkcję melodyczną.
Jeżeli Virya przesadza, to zazwyczaj przesadza całym zespołem. To istotna różnica. Pompatyczność dopisana dopiero tekstem albo produkcyjnym efektem pachnie plastikowym marmurem. Tutaj emocjonalny nadmiar znajduje odbicie w wykonaniu.
I być może właśnie dlatego techniczne granie nie zamienia tej płyty w zawodowy egzamin na gitarzystę metalowego III stopnia. Solówki potrafią świdrować, rytm lubi przestawić meble podczas naszej nieobecności, pojawiają się gwałtowniejsze zmiany tempa i nacisku, ale nie odnoszę wrażenia, że muzycy co chwilę sprawdzają, czy zauważyłem ich umiejętności. Zauważyłem. Możemy iść dalej.
Strach przed automatyzacją, czyli ironia gratis
A potem przychodzi Technophobia i płyta robi coś, co lubię szczególnie: niechcący zaczyna komentować samą siebie. Tekst mówi o świecie automatyzowanym, człowieku sprowadzanym do funkcji, lęku przed zastąpieniem, sztuce produkowanej przez maszyny i pytaniu, czy jesteśmy jeszcze dostatecznie „zoptymalizowani”, aby zachować swoje miejsce. W 2025 roku nie jest to temat specjalnie egzotyczny. Właściwie musielibyśmy zamieszkać w leśniczówce bez Internetu, żeby go nie zauważyć.
A teraz posłuchajmy, jak brzmi Virya. Precyzyjnie. Nowocześnie. Bardzo kontrolowanie. Riffy są ciasno związane z rytmiką, elektronika pomaga kształtować metalcore’ową powierzchnię, produkcja Grzegorza Tusznia nie zostawia wiele miejsca przypadkowi. Zespół śpiewa o lęku przed optymalizacją za pomocą muzyki, która sama została niezwykle skutecznie zoptymalizowana.
Nie traktuję tego jako kompromitującej sprzeczności. Przeciwnie, ona nadaje Technophobii drugie życie. Trudno przecież opowiadać o współczesnej technologii z zewnątrz. Jesteśmy już w środku. Produkujemy przy jej użyciu muzykę, piszemy, pracujemy, komunikujemy się, kochamy, kłócimy, tracimy czas, odzyskujemy czas, po czym tracimy go ponownie na aplikację mającą nam pomóc w odzyskiwaniu czasu. Cywilizacyjny perpetuum mobile, tylko ładowarkę trzeba czasami podłączyć.
Virya nie rozwiązuje problemu. I całe szczęście. Teksty na albumie nie są zresztą szczególnie subtelne. Technophobia mówi wprost. From The Ashes korzysta z dobrze już przepracowanego w kulturze feniksa i odrodzenia. Rise operuje językiem przezwyciężania własnych ograniczeń. Hybrid opowiada o wyrywaniu się spod niszczącego wpływu drugiej osoby. Chwilami dostajemy metafory z gatunku tych, które mogłyby zamieszkać na motywacyjnym plakacie w siłowni. Ale wtedy pojawia się detal, który przywraca człowieka.
Invaluable nie chce ratować ludzkości
Po technologicznym lęku, kryzysach tożsamości, odradzaniu się z popiołów i walkach z przeznaczeniem Invaluable sprowadza skalę do relacji między dwiema osobami. Bez końca świata. Bez maszyn przejmujących cywilizację. Ktoś chce po prostu wiedzieć, czy druga osoba naprawdę zamierza zostać. To bardzo potrzebne zawężenie.
Album nosi przecież tytuł Echoes Of The Modern Mind, a współczesny umysł nie zajmuje się wyłącznie przyszłością gatunku Homo sapiens i etyką automatyzacji. Czasem o 2:17 w nocy zastanawia się, dlaczego ktoś nie odpisał na wiadomość, mimo że był online dziewięć minut temu. Skala metafizyczna zostaje wtedy odwołana do jutra.
Invaluable jest melodyjniejszy w samym sposobie myślenia o emocji. Powtarzalność refrenowej frazy działa jak naleganie – daj odpowiedź, zdecyduj, powiedz, czy w ogóle gramy w tej samej drużynie. Bienias może wykorzystać bardziej śpiewną stronę głosu, a utwór pokazuje, że Virya nie potrzebuje stale zwiększać ciężaru, by utrzymać napięcie.
Tego rodzaju momentów chciałbym na płycie odrobinę więcej. Nie ballad. Broń Boże, niczego tu nie zamawiam z katalogu „chwila oddechu przed finałem”. Chodzi o zmianę sposobu argumentowania muzyką. Echoes Of The Modern Mind ma mnóstwo energii, bardzo dużo pomysłów aranżacyjnych i niemal permanentną potrzebę pozostawania w ruchu. Po trzydziestu kilku minutach organizm zaczyna rozpoznawać jednak pewien model napięcia: ciężar, rozszczelnienie melodią, ponowne zagęszczenie, wokalny skok temperatury. Nie nazwałbym albumu monotonnym. Monotonia siedzi raczej w poczekalni i co jakiś czas zagląda przez drzwi.
Impreza z instrukcją przeciwpożarową
Party Time rozwala natomiast ton płyty już samym pomysłem. Tytuł i refren zapraszają do zabawy, tekst szybko okazuje się opowieścią o używaniu zabawy jako znieczulenia. Impreza trwa, bo człowiek nie bardzo wie, co zrobić po jej zakończeniu. Bardzo współczesne. Bardzo mało romantyczne.
Podoba mi się, że Virya nie potrzebuje do każdego problemu zakładać płaszcza filozofa. Tekst jest wręcz bezczelnie bezpośredni, momentami językowo toporny, ale owa toporność pasuje do tematu autodestrukcji przykrywanej kolejnym wieczorem „dla rozluźnienia”. Nie wszystko musi być poezją. Czasem człowiek budzi się rano i po prostu wygląda źle.
Finałowe Waves robi jeszcze inny ruch. Lęk i gniew zostają skonfrontowane z obecnością drugiej osoby. Warstwa słowna staje się miejscami niemal naiwnie afirmacyjna, co po Technophobii, Seed Of Doubt czy Hybrid daje zaskakująco prostą odpowiedź: może nie da się rozwiązać świata, ale można przynajmniej nie przechodzić przez niego samemu.
Mam problem z kilkoma fragmentami tekstów. Czasem metafora zostaje przeżuta o jedno zdanie za długo. Feniks jest bardzo feniksowaty, fale rzeczywiście falują, maski spadają zgodnie z instrukcją obsługi masek, a w Technophobii publicystyczna bezpośredniość parę razy wygrywa z poezją przez techniczny nokaut. Tylko czy chciałbym, żeby ktoś przyszedł i wszystko to elegancko poprawił? Chyba nie.
W tych tekstach jest coś bardzo mało cynicznego. To dzisiaj rzadsza cecha, niż mogłoby się wydawać. Virya mówi o rzeczach dużych bez zabezpieczenia w postaci ironicznego mrugnięcia: o lęku, relacjach, technologii, nadziei, samookreśleniu, samotności. Czasem zahacza przez to o banał. Banał bywa jednak ceną za mówienie serio.
Za dużo kontroli? Jeszcze nie
Największą siłą Echoes Of The Modern Mind pozostaje dla mnie wykonawcza dyscyplina, której muzycy pozwalają czasem pęknąć. Bator może prowadzić techniczny riff, lecz utwór nie zamienia się w ćwiczenie. Dąbrowski potrafi zmienić nacisk rytmiczny bez robienia z perkusji osobnego programu edukacyjnego. Kosakovsky dokłada potrzebną masę w dole. Bienias jest najbardziej nieprzewidywalnym elementem całego układu i chyba dlatego tak często skupia uwagę.
Produkcja Grzegorza Tusznia dobrze pasuje do tej muzyki, chociaż momentami zbyt ochoczo porządkuje jej krawędzie. Gdy instrumentów i wokalnych warstw robi się więcej, tęsknię czasem za odrobiną brudu, przypadkowym zadrapaniem, czymś spoza siatki. Za dźwiękiem, który dostał się do środka bez przepustki. Może dlatego bardziej interesują mnie miejsca, w których Virya lekko traci elegancję, niż te, w których udowadnia techniczną klasę. Umiejętności słychać właściwie od początku. Nie potrzebują dalszych zaświadczeń. Trudniejsze zadanie będzie polegało na tym, aby z całej tej metalcore’owo-progresywno-elektronicznej sprawności wydobyć jeszcze więcej rzeczy, których nie da się pomylić z nikim innym. Bo Architects, Tesseract, I Prevail, ERRA czy Thornhill mogą pomagać w orientacji. W porządku. Każdy potrzebuje mapy. Tylko że mapa przydaje się głównie do momentu, kiedy zaczynamy poznawać teren. Virya zna go już całkiem dobrze. A w Unmasked, Seed Of Doubt, Technophobia i Invaluable zaczyna nawet zostawiać własne ślady.



