Wyobraźmy sobie przez chwilę mniej heroiczną wersję narodzin „Host”. Nie ma w niej zespołu samotnie maszerującego przeciw własnej publiczności ani pięciu wizjonerów, którzy zobaczyli przyszłość, kiedy reszta świata wciąż przytulała się do przesterowanej gitary. Jest za to duża posiadłość w Kent należąca do Jane Seymour, pieniądze EMI, kupione specjalnie wyposażenie studyjne, kilka miesięcy bez pośpiechu i kucharz przygotowujący muzykom posiłki. Greg Mackintosh wspominał po latach, że wytwórnia właściwie rzucała w nich pieniędzmi. Paradise Lost mogli eksperymentować bez normalnego dla studia poczucia, że licznik właśnie pożera budżet.
To znacznie ciekawszy początek historii Paradise Lost „Host” niż kolejna rekonstrukcja wojny metalowców z syntezatorem. Mackintosh w rozmowie z MusicRadar sam dopuszczał możliwość, że nadmiar czasu i swobody popchnął zespół miejscami w stronę samozadowolenia. I nagle jedna z najbardziej kontrowersyjnych płyt lat dziewięćdziesiątych przestaje wyglądać jak manifest. Zaczyna przypominać coś bardziej ludzkiego: artystów, którzy dostali możliwość zabłądzenia i nie zawsze mieli powód, żeby szybko wracać.
Po ponad ćwierćwieczu łatwo powiedzieć, że „Host” zostało skrzywdzone. Trudniej przyznać, że rehabilitacja również może mieć swoje lenistwo. Dawniej wystarczało stwierdzić: „to już nie metal”. Dzisiaj równie łatwo rzucić: „wyprzedzili epokę”. Oba zdania pozwalają ominąć najbardziej kłopotliwą czynność w krytyce muzycznej — słuchanie tego, co znajduje się między pierwszym a ostatnim utworem.
Rok 1999 nie był aż tak głupi, jak dziś wygodnie pamiętać
Legenda płyty niezrozumianej potrzebuje epoki pozbawionej słuchu. „Host” takiej epoki nie dostało. Reakcja była gwałtowna, szczególnie wśród części starszych fanów, ale od początku istniała również druga strona sporu. W lipcu 1999 roku Rockmetal.pl wystawił albumowi 9/10. Recenzent znał już oskarżenia o „sprzedanie się”, lecz uważał je za nonsens i podkreślał, że melancholijny charakter Paradise Lost pozostał właściwie nietknięty. Kilka miesięcy później na tym samym portalu pojawił się kolejny tekst — tym razem z oceną 8/10 — który był wobec materiału życzliwy, ale zauważał powtarzalność rozwiązań i monotonię.
Warto zajrzeć do recenzji napisanej kilka tygodni po premierze „Host”, bo źle współpracuje ona ze współczesną legendą. Ktoś w 1999 roku potrafił usłyszeć elektronikę bez poczucia, że właśnie runęła cywilizacja Zachodu. Nie oznacza to oczywiście, że reakcja fanów została wymyślona po latach. Album autentycznie podzielił publiczność. Tyle że podział jest czymś innym niż zbiorowa ślepota.
Ma to znaczenie także dlatego, że „Host” nie było stylistycznym teleportem. „One Second” z 1997 roku już wyraźnie przesunęło Paradise Lost w stronę elektroniki, prostszej formy piosenkowej i czystego śpiewu Holmesa. „Host” nie otwierało drzwi, których wcześniej nie było. Zespół po prostu zatrzasnął je za sobą trochę głośniej.
Oficjalny opis albumu w dyskografii Paradise Lost przypomina podstawową rzecz: mamy do czynienia z siódmą płytą zespołu i trzynastoma utworami, nie z jednorazowym eksperymentem pobocznym. To miał być kolejny rozdział tej samej historii. Publiczność spierała się głównie o to, czy nadal rozpoznaje charakter pisma.
Paradise Lost dostało coś groźniejszego od złych recenzji: pełną swobodę
Historia z posiadłością Jane Seymour nie jest efektowną anegdotą do podcastu. Pomaga zrozumieć płytę. Paradise Lost nie mieli tylko nowych narzędzi. Mieli również rzadkie wówczas warunki, żeby długo sprawdzać każdy z nich. Mackintosh mówi o trzech lub czterech miesiącach eksperymentowania. Nie trzeba romantyzować twórczych ograniczeń, by zauważyć, że brak ograniczeń również wpływa na muzykę.
Na „Host” słychać fascynację możliwością. Skoro gitara nie musi już rozpoczynać utworu, może zostać przepuszczona przez efekty i schowana w tle. Skoro rytm można oprzeć na programowaniu, sekcja nie musi zachowywać się jak pięciu ludzi grających w jednym pomieszczeniu. Skoro Holmes coraz swobodniej porusza się w czystym rejestrze, głos może zostać potraktowany jak element chłodnej konstrukcji, a nie człowiek walczący o miejsce między gitarami.
Pierwsze spotkanie z tym językiem nadal robi wrażenie. Kłopot przychodzi później, kiedy przestajemy podziwiać samą zmianę słownika i zaczynamy sprawdzać, jakie zdania udało się nim napisać.
„Host” jest bowiem radykalne w punkcie wyjścia, lecz zadziwiająco ostrożne w gospodarowaniu własnym radykalizmem. Paradise Lost wyrzucili przez okno znaczną część tego, po czym rozpoznawano ich muzykę, a później przez pięćdziesiąt kilka minut bardzo konsekwentnie pilnują nowo urządzonego wnętrza. Eksperyment przestaje nim być szybciej, niż sugerowałaby reputacja albumu.
Depeche Mode? Owszem. Tylko co dalej?
Porównanie z Depeche Mode jest prawdopodobnie najbardziej zużytym zdaniem napisanym o „Host”. Nie da się jednak powiedzieć, że zostało wymyślone. Niski czysty głos Holmesa, syntetyczne tła, mechaniczny puls, gitara usunięta z centrum i melancholia pozbawiona metalowego nacisku tworzą skojarzenie właściwie samoczynnie. Problem pojawia się wtedy, gdy nazwa Depeche Mode zaczyna uchodzić za analizę.
Ciekawsze jest to, czego Paradise Lost od swoich elektronicznych poprzedników jeszcze się tutaj nie nauczyli. Najlepszy synthpop, darkwave czy elektroniczny rock potrafią budować napięcie drobnymi zmianami. Jeden instrument znika. Bas pojawia się pół taktu później. Głos nagle dostaje więcej powietrza. Rytm traci jeden element i dzięki temu staje się bardziej odczuwalny. To muzyka różnic, czasem niemal mikroskopijnych.
Na „Host” poszczególne warstwy zbyt często zachowują się wobec siebie uprzejmie. Nie gryzą się, nie wypychają z miksu, rzadko odbierają sobie przestrzeń. Produkcja jest staranna, chłodna i elegancka, ale właśnie przez tę elegancję potrafi wyprasować różnice pomiędzy kompozycjami. Po trzech utworach wiemy już nie tylko, jaki świat zbudował zespół. Wiemy również, jaki rodzaj światła będzie w następnym pokoju.
So Much Is Lost broni się przed tym znakomicie, ponieważ ma coś ważniejszego od konceptu: bardzo dobrą piosenkę. Refren nie potrzebuje teorii o artystycznej wolności, żeby zostać w głowie. Elektronika układa tło, a nie transparent informujący o zmianie epoki. Holmes śpiewa bez przesadnej ekspresji i właśnie dzięki temu melodia zyskuje fatalistyczną prostotę. Tutaj nowy język Paradise Lost przestaje być przedmiotem rozmowy. Zaczyna służyć utworowi.
Permanent Solution ma inną zaletę: nie zatrzymuje się, żeby podziwiać własną atmosferę. Jest zwarte, nerwowe, niemal oschłe. In All Honesty z kolei pokazuje, ile Paradise Lost zyskali na odebraniu swoim piosenkom części fizycznego ciężaru. Dawniej rozpacz u tego zespołu potrafiła przychodzić z masą riffu. Tutaj jest bardziej prywatna. Holmes brzmi jak ktoś, kto nie potrzebuje krzyku, ponieważ wynik rozmowy znał jeszcze przed jej rozpoczęciem.
Te fragmenty wyjaśniają, dlaczego „Host” w ogóle przetrwało dawną awanturę. Zespół nie zamienił gitar na elektronikę. Zamienił jeden sposób organizowania smutku na drugi. To znacznie ambitniejsza operacja.
Aaron Aedy jednym słowem popsuł najlepszą legendę
Aaron Aedy nigdy nie musiał odcinać się od „Host”. Przeciwnie, nazywał album świetnym. A mimo to w rozmowie przy okazji późniejszej reedycji użył wobec jego produkcji słowa, które powinno znaleźć się w centrum każdej poważniejszej dyskusji o tej płycie: flat. Płaska.
W wywiadzie cytowanym przez Blabbermouth Aedy zwracał uwagę, że podczas koncertów utwory z „Host” nabierały większej dynamiki. Pojawiały się dodatkowe gitary, efekty, mocniejsze kontrasty. To interesujące właśnie dlatego, że nie jest głosem kogoś obrażonego na zmianę stylistyczną. Gitarzysta lubi płytę i jednocześnie słyszy, co zostało jej odebrane podczas produkcji.
Nagle spór robi się dużo bardziej precyzyjny. Nie pytamy już, czy Paradise Lost mieli prawo korzystać z programowania. Pytamy, czy konkretne nagranie właściwie gospodaruje napięciem. Nie rozstrzygamy, czy brak ciężkich gitar był „zdradą”. Sprawdzamy, czy instrumenty mają dość odmienne funkcje, aby trzynaście kompozycji zachowało indywidualny charakter.
I tutaj „Host” zaczyna tracić część późniejszego blasku.
Trzynaście utworów i jeden rodzaj pogody
Harbour, Ordinary Days, It’s Too Late, Wreck, Made the Same, Deep, Year of Summer — nie ma tu serii spektakularnych niepowodzeń. Gdyby problem był tak prosty, „Host” nie byłoby interesujące. Znacznie bardziej dokuczliwa jest sytuacja, w której przyzwoite piosenki zaczynają odbierać sobie nawzajem znaczenie.
Każda ma własne detale, ale wiele dochodzi do emocjonalnego celu podobną drogą. Średnie lub wolniejsze tempo, syntetyczna przestrzeń, zdystansowany Holmes, ostrożnie dawkowana gitara, melancholia pozbawiona gwałtownego rozładowania. Po pewnym czasie nie czekamy już na rozwój utworu, tylko rozpoznajemy procedurę. Album uczy nas własnego działania szybciej, niż powinien.
Nie nazwałbym tego zwyczajną monotonią. Monotonia sugeruje brak pomysłów, a „Host” pomysłów ma sporo. Bardziej interesujący jest brak hierarchii. Kilka świetnych kompozycji, kilka dobrych i kilka takich, które korzystają przede wszystkim z jakości wspólnego nastroju, otrzymuje bardzo podobną wagę. Produkcja traktuje je niemal demokratycznie. Płyta na tym traci, bo album potrzebuje nierówności także w dobrym sensie: momentów, które wybijają drzwi, i takich, które tylko przygotowują drogę.
Paradise Lost podjęli wielkie ryzyko stylistyczne, a potem zbudowali z niego zaskakująco wyrównany ciąg. To paradoks „Host”, o którym mówi się rzadziej niż o syntezatorach.
Rehabilitacja też może stać się odruchem
W 2018 roku „Host” wróciło w zremasterowanej wersji. Nick Holmes mówił wtedy, że zespół chciał rozwinąć pomysły z „One Second” i nagrać materiał jeszcze ciemniejszy oraz subtelniejszy. W jego ocenie płyta pozostaje jednym z najmocniejszych dokonań Paradise Lost pod względem kompozycji, atmosfery i — jak określił to z charakterystycznym dla siebie wdziękiem — czystej nędzy. Jego komentarz można przeczytać przy oficjalnym wydaniu „Host Remastered”.
Holmes ma prawo tak uważać, a powrót do albumu bez dawnych wojen gatunkowych wyszedł mu na dobre. Kłopot polega na tym, że krytyka muzyczna uwielbia historie nawrócenia. Płyta kiedyś wyszydzana staje się z czasem szczególnie kusząca, ponieważ jej obrona pozwala słuchaczowi poczuć się odrobinę mądrzejszym od swoich poprzedników. Nie kupujemy wtedy wyłącznie muzyki. Kupujemy również przyjemność poprawienia historii.
Mechanizm jest znajomy. Album był źle przyjęty, więc na pewno był odważny. Skoro był odważny, zapewne był niezrozumiany. Skoro był niezrozumiany, prawdopodobnie wyprzedzał swój czas. Po kilku takich przesunięciach z dawnego problemu artystycznego robi się dowód wielkości. Przy „St. Anger” Metalliki sytuacja jest podobnie kusząca: łatwy hejt zasłaniał ciekawe decyzje, lecz odrzucenie łatwego hejtu nie nakłada na krytyka obowiązku zachwycania się wszystkimi decyzjami.
„Host” potrzebowało korekty reputacji. Trudno dziś bronić przekonania, że elektroniczny zwrot był sam w sobie kompromitacją. Ale krytyczna rewizja ma sens tylko tak długo, jak długo nie zamienia się w lustrzane odbicie dawnego dogmatyzmu. Kiedyś niektórzy nie chcieli słuchać „Host”, bo słyszeli syntezatory. Dzisiaj czasami nie chcemy słuchać jego wad, bo słyszymy odwagę.
Nie, Paradise Lost nie przewidzieli przyszłości
To chyba najbardziej protekcjonalny komplement, jaki można dziś dać tej płycie. Rok 1999 nie czekał przecież na Paradise Lost, żeby dowiedzieć się o istnieniu elektroniki. Depeche Mode byli po „Ultra”. Massive Attack mieli już „Mezzanine”. Björk wydała „Homogenic”. Nine Inch Nails za chwilę pokazali „The Fragile”. Elektronika, industrial, trip-hop, darkwave i art pop nie były listem z XXI wieku przypadkiem dostarczonym do Halifaxu.
Paradise Lost zrobili coś bardziej interesującego niż przewidywanie przyszłości innych ludzi. Sprawdzili, jak wiele można usunąć z własnej muzyki, zanim przestanie być własna.
Gitarowy ciężar schodzi na dalszy plan. Holmes śpiewa inaczej. Perkusja przestaje organizować utwory w sposób, do którego przyzwyczaiła publiczność. Klawisze i programowanie przejmują dużą część przestrzeni. A mimo tych zmian po kilkudziesięciu sekundach nadal wiemy, że słuchamy Paradise Lost. Zostaje szczególny sposób Mackintosha na melancholijną melodię. Zostaje upodobanie do refrenów, które potrafią być chwytliwe bez choćby grama euforii. Zostaje charakterystyczna nieufność wobec katharsis.
Właśnie to jest najważniejszym odkryciem „Host”: tożsamość zespołu leżała głębiej niż jego najbardziej oczywiste brzmieniowe atrybuty.
Późniejsza dyskografia tylko ten wniosek wzmacnia. Kiedy Paradise Lost znów zaczęli ciążyć ku cięższym formom, nie musieli udawać, że lata eksperymentów nie istniały. W recenzji „The Plague Within” na Laboratorium Muzycznych Fuzji można usłyszeć zespół zdecydowanie odwracający kierunek i wracający ku death/doomowym źródłom, lecz robiący to z doświadczeniem całej drogi przebytej od lat dziewięćdziesiątych. Dwa lata później „Medusa” poszła jeszcze mocniej w ciężar i wolne tempo, nie brzmiąc przy tym jak próba anulowania wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej.
„Host” było potrzebne właśnie dlatego, że nie dostarczyło zespołowi prostego wzoru do powtarzania. Dostarczyło wiedzę o tym, co można zmienić bez utraty własnego charakteru. To więcej niż eksperyment z modnym wtedy instrumentarium i mniej niż nietykalne arcydzieło. Znakomita pozycja dla płyty, którą przez lata próbowano koniecznie wepchnąć na jeden z dwóch krańców.
Najciekawsze „Host” zaczyna się po zakończeniu sporu
Metalowi tradycjonaliści nie mają już nad tym albumem żadnej władzy. Ich dawny sprzeciw stał się częścią folkloru. Nie ma więc powodu, żeby wciąż organizować „Host” proces rehabilitacyjny, podczas którego na ławie oskarżonych sadza się publiczność z 1999 roku. Sam album wystarczająco długo funkcjonuje poza tamtym konfliktem, żeby można było wymagać od niego czegoś więcej niż odwagi.
Gdy odrzuci się całą otoczkę, zostaje płyta dużo bardziej fascynująca w swojej niedoskonałości. So Much Is Lost jest świetnym utworem bez historycznego przypisu. In All Honesty należy do najciekawszych przykładów tego, jak Paradise Lost potrafili zachować emocjonalny ciężar po odjęciu metalowej masy. Permanent Solution pokazuje, że w nowej formule można było znaleźć ruch i nerw. Są też fragmenty, podczas których elegancka produkcja zaczyna działać jak środek uspokajający, a trzynastoutworowy program bardziej utrwala atmosferę, niż ją rozwija.
I właśnie dlatego lubię „Host” bardziej jako problem niż jako rozwiązanie. Ta płyta mówi coś ciekawego o twórczej wolności: że wolność nie gwarantuje koncentracji. Mówi też coś o krytyce: że wcześniejsza niesprawiedliwość nie zobowiązuje nas do późniejszej przesady. Paradise Lost mieli w 1999 roku luksus popełnienia błędów w bardzo interesujący sposób. Nie odbierajmy im tego, przerabiając wszystkie te błędy na dowody geniuszu.
Najbardziej dojrzała wersja sporu o „Host” brzmi więc mało widowiskowo. Zespół miał rację, odchodząc od oczekiwań części publiczności. Publiczność miała prawo nie polubić rezultatu. Wczesne pozytywne recenzje dowodzą, że epoka nie była głucha. Dzisiejsze powroty dowodzą, że album zachował własną siłę. A sam materiał nadal pozwala usłyszeć momenty, w których odwaga kompozycyjna spotyka się z produkcyjną ostrożnością.
Po tylu latach nie trzeba już „Host” ratować. Można wreszcie pozwolić mu być tym, czym jest: bardzo dobrą płytą z kilkoma znakomitymi utworami, prawdziwym punktem zwrotnym i wystarczającą liczbą słabości, żeby rozmowa o niej nie skończyła się po trzech zdaniach.



