
Gitara już nie rządzi sama
Europe rozpoczynają Come This Madness od aranżacyjnego drobiazgu, który szybko okazuje się czymś więcej. One on One dostaje orkiestrowe otwarcie, po nim pulsujący bas Johna Levéna, cięższe wejście zespołu i klawisze Mica Michaelego wysunięte znacznie mocniej, niż można by oczekiwać po kilku poprzednich albumach grupy. John Norum nie znika, przeciwnie – jego gitara nadal dostarcza riffów, melodii i solówek – ale przestaje mieć automatyczne prawo pierwszeństwa. Raz prowadzi bas, innym razem syntezator, później riff, potem głos Tempesta. I tutaj znajduje się jedna z najpoważniejszych zmian na dwunastym albumie Europe. Nie w większym ciężarze, nie w nowocześniejszej produkcji i nawet nie w kolejnym zwrocie ku latom siedemdziesiątym. Come This Madness zmienia wewnętrzny układ sił zespołu. Po dziewięciu latach od Walk The Earth Europe brzmią mniej jak grupa z gitarzystą i klawiszowcem, a bardziej jak pięciu muzyków, którzy na zmianę przejmują kontrolę nad kompozycją.
Nie należy z tego wyciągać wniosku, że Szwedzi odkryli nowy gatunek. Fundament pozostaje klasyczny: hard rock, blues, melodie wywodzące się z AOR-u i silne przywiązanie do rocka lat siedemdziesiątych. Powinowactwo z Deep Purple nie wymaga szczególnej archeologii. Sam sposób zestawiania gitary z organami odsyła do modelu opisującego Deep Purple jako hardrockową maszynę riffu, Hammonda i wzajemnej odpowiedzi instrumentalnej; momentami równie blisko stąd do klasycznego języka Rainbow. Europe nie kopiują jednak brzmienia lat siedemdziesiątych w skali jeden do jednego. Syntezatory bywają zdecydowanie bardziej współczesne, partie wokalne zachowują ich charakterystyczną melodyjność, a Tom Dalgety z Mike’em Fraserem ustawili całość tak, żeby ciężar nie zamienił się w błoto. Bas ma kontur, perkusja Iana Hauglanda uderza mocno bez wrażenia mechanicznej sterylności, klawisze pozostają czytelne nawet pod gitarą. Dalgety wyprodukował album, Fraser odpowiada za miks; materiał nagrano w RMV Studio w Sztokholmie, a oficjalne informacje wydawnicze, pełną tracklistę i formaty publikuje Silver Lining Music.
Michaeli wychodzi zza gitary Noruma
Najłatwiej przeoczyć na tej płycie fakt, że największym beneficjentem nowych proporcji nie jest Joey Tempest ani Norum, lecz Mic Michaeli. W The Cult of Ignorance syntezator nie podbarwia riffu – podaje własny motyw, który działa równolegle z pompującym basem. Joey Tempest i Michaeli są współautorami utworu; według oficjalnego komentarza zespołu zalążek przyniósł właśnie klawiszowiec podczas południowoamerykańskiej trasy. Sama piosenka wywołuje zresztą bardzo pożyteczny spór. Jedni słyszą w niej jeden z najbardziej chwytliwych momentów albumu, inni konstrukcję niemal nazbyt prostą jak na zespół tej klasy. Obie reakcje dotykają tego samego miejsca. Refren jest natychmiastowy i nie zawiera szczególnej zagadki; znacznie więcej dzieje się pod nim. Levén utrzymuje sprężysty dół, Haugland nie pozwala zwrotkom osiąść, Michaeli dopisuje kolejne warstwy, a Norum pilnuje, żeby gitara nie zagarnęła całego pasma. Piosenka nie potrzebuje skomplikowanej melodii, ponieważ jej atrakcyjność siedzi również w pracy zespołu pomiędzy kolejnymi wejściami wokalu. Europe potrafią tu wyciągnąć więcej z dość zwyczajnego refrenu, niż część zespołów wyciąga z całej kompozycji.
Tytułowe Come This Madness operuje znacznie większym kontrastem. Jeden z najcięższych riffów płyty otwiera kompozycję, zwrotki redukują nacisk, refren znowu rozszerza brzmienie, a środkowa część zwalnia na tyle mocno, że ciągłość numeru zostaje wystawiona na ryzyko. Europe sami opisują tę konstrukcję jako przechodzenie między oszczędnymi fragmentami i mocniejszymi kulminacjami. Nie wszystko jest tu idealnie wyważone – wyciszenie można byłoby skrócić i zachować jego funkcję – lecz dzięki tej pauzie powracający riff nie brzmi jak kolejne mechaniczne powtórzenie. Norum dostaje później miejsce na dłuższą frazę gitarową i zachowuje dyscyplinę. Nie ściga się z własnym warsztatem. Gra melodią, wydłuża dźwięki, zwiększa intensywność dopiero wtedy, kiedy utwór jej potrzebuje. Na całej płycie podobnych momentów jest sporo: instrumentaliści mogliby demonstracyjnie pokazać znacznie więcej, ale częściej wybierają rolę niż ekspozycję.
Nie wszystko musi kończyć się wielkim riffem
This Time of Year najlepiej wykorzystuje tę powściągliwość. Pianino i syntezatory zostają z Tempestem na pierwszym planie, a pełniejsza sekcja dochodzi później. Kompozycja rośnie stopniowo; nie ma chwili, w której producent naciska umowny przycisk „ballada stadionowa” i wpycha do środka wszystkie instrumenty. Wokal Tempesta zyskał przez lata ciemniejszy środek, mniej młodzieńczego połysku, za to więcej ciężaru w spokojnych partiach. Pasuje to do utworu znacznie lepiej niż próba rekonstruowania sposobu śpiewania z czasów Carrie. Końcowe podniesienie tonacji jest rozwiązaniem starym jak pół pop-rockowego świata, ale zostało przygotowane wystarczająco cierpliwie, żeby nie brzmiało jak obowiązkowy trik. Fraza słowna nie wszędzie układa się równie lekko; muzycznie numer pozostaje jednym z pełniejszych punktów albumu.
Po nim wychodzi na jaw największe ograniczenie Come This Madness. Europe mają bardzo wysoką średnią wykonawczą, natomiast nie wszystkie kompozycje dorównują temu poziomowi. In a Different World posiada mocny fundament, gitarę, odpowiedni ciężar i sprawny refren, lecz znacznie trudniej wskazać w nim element porównywalny z basem One on One, syntezatorowym motywem The Cult of Ignorance czy zmianami dynamiki utworu tytułowego. Niemiecki „Metal Hammer” postawił podobną diagnozę szerzej: riffy In a Different World, The Devil’s Back i Nothing Can Follow This obiecują momentami więcej niż ich refreny. To nie oznacza braku melodii. Europe nadal potrafią pisać bardzo łatwo przyswajalne frazy. Tyle że na albumie z tak dobrym brzmieniem i tak sprawnym zespołem zwykła poprawność melodii szybciej wychodzi na powierzchnię.
Scandinavian Eyes wyjaśnia całą płytę
Jeśli jeden numer miałby posłużyć za instrukcję obsługi Come This Madness, wybrałbym Scandinavian Eyes. Początkowo melodię prowadzą syntezatory. Kiedy dochodzi perkusja, pojawia się również główny riff i zwiększa się nacisk całego zespołu. Refren zamiast jeszcze bardziej dokręcić śrubę lekko poszerza przestrzeń; później kompozycja odzyskuje szybszy ruch. W części instrumentalnej pojawia się solo syntezatora, które przechodzi w partię gitary. Nie jest to kosmetyczna zamiana barw. Michaeli i Norum faktycznie wymieniają się funkcją narracyjną. Podobne rozwiązanie mocno odróżnia album od sytuacji, w której klawiszowiec dostaje kilkanaście sekund solówki tylko po to, aby można było wpisać ją do aranżacyjnego bilansu. Na Come This Madness klawisze bywają odpowiedzialne za konstrukcję, nie za dekorację. I chyba dlatego płyta, mimo wyraźnego zakorzenienia w klasycznym hard rocku, nie osuwa się całkowicie w retro.
Takin’ It Back odwraca proporcje i wybiera bardziej bezpośredni wariant: Hammond, riff, zdecydowana sekcja i szybkie przejścia między częściami. Nie potrzebuje komplikowania formy. Potem przychodzi trwające zaledwie 1:28 In the Absence of Grace, potraktowane na trackliście jak pełnoprawny utwór, choć funkcjonalnie bliższe interludium. Właściwie zaczyna się tam inna płyta – bardziej skupiona na atmosferze i wyhamowaniu – ale pomysł zostaje ucięty, zanim zdąży rozwinąć konsekwencje. Ten fragment drażni bardziej przez potencjał niż przez słabość. Gdyby był nijaki, można byłoby o nim zapomnieć. Tymczasem prowadzi do The Angels Must Have Flown, gdzie powraca cięższy riff i mocniejsze zespolenie gitary z syntezatorem, a następnie do The Devil’s Back. Ten ostatni należy do najcięższych numerów albumu; część recenzentów wskazuje zarazem jego refren jako jeden z najbardziej chwytliwych. I tu wychodzi ciekawy wyjątek od wcześniejszego zarzutu: kiedy Europe trafiają równie mocno riffem i hookiem, późna część płyty natychmiast odzyskuje napięcie.
Druga połowa nie przegrywa, ale…
Nothing Can Follow This kończy album kompozycją bardziej rozbudowaną niż typowy finał hardrockowej płyty. Klawisze, mocniejsze wejścia sekcji, chóralne partie, zmiany intensywności i rozciągnięte solo Noruma nadają utworowi lekko progresywny profil; skojarzenia z Deep Purple ponownie są czytelne. Nie każde przejście zaskakuje, niektóre można przewidzieć zanim nastąpią. Mimo to utwór ma wewnętrzny rozwój i nie sprowadza zakończenia albumu do powtórzenia największego refrenu. Druga połowa płyty wypada słabiej od pierwszej głównie z powodu mniejszej liczby natychmiast rozpoznawalnych tematów, a nie spadku jakości gry. To rozróżnienie sporo zmienia. Gdy kompozycja daje muzykom mniej charakterystyczny materiał, Europe wciąż potrafią utrzymać uwagę aranżacją, brzmieniem albo wykonaniem; nie zawsze wystarcza to jednak do stworzenia utworu, który po zakończeniu albumu ma własny adres w pamięci.
Dalgety i Fraser bardzo pomagają w utrzymaniu tej równowagi. Produkcja nie próbuje postarzać zespołu dla fanów klasycznego rocka ani sztucznie go odmładzać dla współczesnych playlist. Louder zwraca uwagę na wyraźnie twardszą i bardziej energetyczną powierzchnię albumu; inne recenzje zgodnie wskazują większy udział syntezatorów niż na War of Kings czy Walk The Earth. Te dwa elementy nie konkurują ze sobą. Ciężar gitary ma przez kontrast większą wartość, gdy wcześniej Michaeli zostawił szeroką przestrzeń. Bas staje się ważniejszy, kiedy gitara cofa się w miksie. Haugland potrafi zagęścić numer bez dokładania następnej warstwy harmonicznej. Tempest korzysta z tego wszystkiego znacznie lepiej, niż gdyby przez czterdzieści minut musiał śpiewać nad jednolitą ścianą riffów.
Można oczywiście zapytać, gdzie w tym wszystkim zostało Europe z The Final Countdown. Zostało w melodii, w wyczuciu refrenu, w upodobaniu do dużej skali i w przekonaniu, że hard rock nie musi rezygnować z popowej komunikatywności. Nie wrócił natomiast model produkcyjny lat osiemdziesiątych i nie wróciła hierarchia, w której każdy utwór ma najpierw sprzedać hook, a później zająć się resztą. Come This Madness częściej buduje atrakcyjność od środka: dobrą figurą basu, zmianą dynamiki, przejęciem prowadzenia przez syntezator, riffem wprowadzonym dopiero po wcześniejszym wyciszeniu. Kiedy do tego dochodzi równie mocny refren, jak w najlepszych fragmentach płyty, Europe brzmią znakomicie. Gdy refren pozostaje po prostu dobry, wysoki poziom wykonania nie zawsze potrafi zamaskować różnicę.
Ocena tego albumu rozgrywa się więc pomiędzy bardzo dobrym zespołem a materiałem, który nie zawsze jest równie dobry jak jego wykonawcy. Pierwsza połowa częściej wyrównuje oba poziomy. Druga zmusza aranżację i instrumentalistów do cięższej pracy. Nie ma tu jednak katastrof, wypełniaczy wrzuconych wyłącznie dla długości ani desperackiego poszukiwania dawnej formuły. Europe po dziewięciu latach wrócili z albumem, na którym nadal podejmują konkretne decyzje kompozycyjne, a nie tylko kompetentnie odgrywają własny styl. Mic Michaeli dostał więcej przestrzeni i wykorzystał ją znakomicie. Norum gra mniej egoistycznie, niż pozwalałyby mu umiejętności. Levén i Haugland nie są wyposażeniem technicznym pod wokalistą, lecz podstawą wielu najlepszych momentów. Tempest nie ściga się z własnym głosem sprzed czterdziestu lat.
Nie ma sensu doklejać do tego taryfy ulgowej za staż. Come This Madness ma wystarczająco dużo jakości, żeby oceniać go dokładnie tak samo jak płytę zespołu mającego przed sobą całą karierę. W takim porównaniu nie wygrywa wszystkiego. Brakuje kilku refrenów na poziomie najlepszych riffów, krótki In the Absence of Grace kończy się przedwcześnie, a końcówka nie utrzymuje stuprocentowej skuteczności pierwszej części. Dostajemy za to płytę graną przez muzyków, którzy nadal słuchają siebie nawzajem. Europe nie próbują na Come This Madness odzyskać 1986 roku. Bardziej interesuje ich, kto w następnym takcie przejmie sterowanie utworem. I ta ciekawość okazuje się znacznie cenniejsza od nostalgii.



