
Riff uderza, mucha leci
Deep Purple wracają z płytą „Splat!” jako zespół, który nie tyle konserwuje własny pomnik, ile sprawdza, czy da się go jeszcze odpalić na benzynie, śmiechu i kilku dobrze ustawionych wzmacniaczach. To 24. album studyjny Deep Purple, druga płyta z Simonem McBride’em w składzie i kolejny rozdział ery Boba Ezrina, który od „Now What?!” uczy tę instytucję, że czasem najlepszy jam to ten, którego się nie przeciąga do rozmiarów kolejki po piwo na festiwalu. Po „=1” z 2024 roku „Splat!” brzmi jak dopowiedzenie, ale bardziej żwawe, bardziej zwarte i bardziej bezczelne. W tle pobrzmiewa hard rock lat 70., organ Hammonda, bluesowy nerw, odrobina progresywnej gimnastyki i koncept Iana Gillana o końcu ludzkości rozumianym nie jako apokaliptyczne „dobranoc państwu”, lecz jako dziwaczna, metafizyczna przemiana. Kto szuka „Machine Head 2”, niech lepiej odkurzy „Machine Head”. Kto chce usłyszeć, jak Deep Purple brzmią w 2026 roku, ten dostaje tu płytę konkretną jak stół w spelunie i kolorową jak okładka, której na szczęście nikt nie zostawił w trybie czarno-białej księgowości.
Na Laboratorium Muzycznych Fuzji warto ten album osadzić szerzej: z jednej strony mamy przecież biograficzny portret Iana Gillana, z drugiej echo całej szkoły brytyjskiego grania, które łączy bluesa, klasykę, jazz i stadionowy prąd. Kto chce przypomnieć sobie, jak mocno ta rodzina brzmień rozgałęziała się poza Deep Purple, może wrócić choćby do recenzji Rainbow „Rising”. A gdy w „Splat!” odzywa się Hammond, warto zerknąć też w stronę naszego tekstu o brzmieniowych inklinacjach rocka i jazzu, bo Don Airey nie gra tu klawiszami jak ozdobną firanką; on nimi czasem prowadzi czołg, czasem odprawia sabat, a czasem robi za eleganckiego kelnera w piekle.
Hammond, gitara i ten basowy buldożer
Największa siła „Splat!” polega na tym, że Deep Purple nie próbują udawać młodych, tylko grają tak, jakby wiek był parametrem w arkuszu Excela, który ktoś przypadkiem ukrył. Ian Gillan nie szarżuje już bez przerwy w najwyższych rejestrach, ale zamiast tego operuje głosem bardziej teatralnym, szorstkim, narratorowym. Wokal bywa tu śpiewem, bywa gawędą, bywa zgryźliwym komentarzem rzuconym spod baru, gdy ktoś trzeci raz zamawia tę samą mądrość świata. W Arrogant Boy słychać gniew podany w tempie galopującym, z frazami ustawionymi na twardej pulsacji sekcji. W Diablo Gillan wchodzi w surrealistyczną opowieść o niebezpiecznym miejscu, rytuale przejścia i przygodzie, która mogłaby być snem po kiepskiej tequili, ale muzycznie trzyma się klasycznego, riffowego kręgosłupa.
Simon McBride jest tu nie tylko „nowym gitarzystą Deep Purple”, bo to byłoby krzywdzące uproszczenie, jak nazwać Pałac Kultury wyższą altaną. Jego gitara ma współczesną, zwartą artykulację: krótkie frazy, szybkie przebiegi, bluesowe podciągnięcia, momentami harmoniczno-molowe ostrze, ale bez niepotrzebnego katalogu ćwiczeń z YouTube’a. W The Rider jego solo ma nośność melodyczną, w The Lunatic współpracuje z Aireyem w niemal kontrapunktycznych przebiegach, a w The Only Horse In Town gitarowe wejścia pracują jak dobrze wypolerowane zawiasy – niby detal, a bez nich drzwi do refrenu skrzypiałyby jak sumienie menedżera po riderze koncertowym.
Don Airey jest drugim biegunem tej płyty. Hammond, syntezatory, fortepian, elektryczne pianino, czasem barwa quasi-celtycka, czasem brzmienie bliskie progrockowej maszynerii – wszystko to tworzy instrumentację Deep Purple rozpiętą między klasycznym hard rockiem a precyzyjną, kompozytorską architekturą. W Sacred Land pojawia się dronowość i ceremonialny posmak, jakby ktoś postawił szkocką mgłę obok wzmacniacza Marshalla. W The Beating of Wings elektryczne piano i wolniejszy bluesowy puls dają chwilę oddechu, ale nie jest to ballada dla świeczki i koca. Raczej zawieszone, lekko posępne kołysanie, w którym bas Glovera robi swoje z tym spokojem człowieka, który nie musi nikomu udowadniać, że potrafi przesunąć meble samym dźwiękiem.
Bob Ezrin tnie, Purple oddycha
Produkcja Boba Ezrina na „Splat!” jest szeroka, gęsta i nastawiona na energię zespołową. Nie jest to audiofilska koronka do oglądania przez lupę, tylko nowoczesny miks hard rockowy, w którym gitara, Hammond, bas i perkusja stoją blisko siebie, czasem wręcz łokieć w łokieć. Ian Paice gra ekonomicznie, ale jego przejścia i akcenty mają tę charakterystyczną miękkość starej szkoły: groove nie jest tu klinicznie przycięty do siatki, tylko idzie do przodu z ludzkim oddechem. Roger Glover, szczególnie w tytułowym Splat!, dostaje przestrzeń na basowy motyw, który niesie numer jak brudny tramwaj przez miasto po deszczu.
Najciekawszy jest jednak sposób, w jaki Ezrin pilnuje formy. Utwory rzadko rozlewają się ponad potrzebę, a aranżacje są budowane z krótkich, funkcjonalnych segmentów: riff, zwrotka, refren, łącznik, instrumentalny błysk i powrót do tematu. Guilt Trippin’ zaczyna się fortepianowym, niemal klasycyzującym wstępem, po czym wpada w rockowy wir z progrockowym nerwem i wokalną ekspresją, która przypomina, że Gillan nadal ma w płucach trochę prochu. Scriblin’ Gib’rish opiera się na humorystycznym, poszarpanym słowie i typowym dla późnego Purple dialogu gitary z klawiszami. Jessica’s Bra to z kolei piosenka-żart, ale zagrana z takim rzemiosłem, że nawet najbardziej oburzony strażnik powagi musi przyznać: panowie wiedzą, gdzie postawić akcent, a gdzie mrugnąć okiem.
Koń ludzkości, mucha kosmosu i inne normalne sprawy
Koncept „Splat!” nie jest podany jak akademicki esej z przypisami, całe szczęście, bo rock z przypisami często kończy się tym, że perkusista cierpi, a publiczność udaje, że rozumie. Gillan korzysta raczej z metody luźnych scen, groteskowych figur i fabularnych odprysków. The Only Horse In Town to piosenka o samotności, schronieniu i absurdalnej rozmowie z końskim cieniem cywilizacji, ale muzycznie działa jako nośny, niemal stadionowy numer. The Lunatic niesie ciemniejszą, bardziej kanciastą energię, z metrum i frazowaniem, które sprawiają wrażenie ciągłego wychylania się zza rogu. Sacred Land dodaje pierwiastek epickości, choć nie puchnie w siedmiominutową suitę – i może szkoda, bo ten motyw aż prosi się o dłuższe rozwinięcie, o większy łuk dynamiczny, o trochę tej dawnej purpurowej bezczelności w rozciąganiu czasu.
Nie wszystko jest tu równie celne. Scriblin’ Gib’rish i Jessica’s Bra mogą dzielić słuchaczy: dla jednych będą dowodem, że Gillan wciąż lubi językowy kabaret, dla innych – że czasem żart wchodzi do baru, ale niekoniecznie płaci rachunek. My New Movie ma energię, lecz jego środkowe klasycyzujące wtrącenie może brzmieć bardziej jak efektowny cytat niż organiczny element kompozycji. Z drugiej strony właśnie te drobne nierówności sprawiają, że „Splat!” nie jest sterylnym produktem, tylko płytą zespołu, który nadal ryzykuje śmieszność. A to w rocku bywa cenniejsze niż elegancka nuda w drogich butach.
Najmocniejsze fragmenty albumu zbierają się wokół Arrogant Boy, Guilt Trippin’, Third Call, Sacred Land, The Beating of Wings i tytułowego Splat!. Third Call pracuje na pulsie lekko soulowym, z jazzującą wilgocią w harmonii i kapitalnym osadzeniem sekcji. Splat! zamyka album groove’em, który nie tyle kłania się Mark III i IV, ile puszcza do nich oko przez brudną szybę klubu. Jest funk, jest bas, jest clavinetowo-syntezatorowy smak, jest wreszcie finałowy gest: nie pomnik, nie epitafium, tylko huknięcie drzwiami tak głośne, że sąsiad z dołu pyta, czy wszystko dobrze.
Hard rock bez muzealnej gabloty
„Splat!” najlepiej działa jako całość. Pojedyncze utwory można wyłuskiwać, ale ten album zyskuje, gdy potraktować go jak jeden ruch zespołu: szybki, gęsty, trochę pyskaty, trochę komiczny, miejscami ciemny, miejscami zaskakująco pogodny. Deep Purple w 2026 roku nie brzmią jak grupa, która przychodzi po zasłużone brawa i herbatę z cytryną. Brzmią raczej jak ekipa, która weszła do studia, zobaczyła zegar biologiczny na ścianie i powiedziała: „ładny, ale czy da się na nim zagrać shuffle?”.
W kontekście współczesnej sceny hard rockowej „Splat!” jest o tyle ważny, że nie próbuje konkurować z młodymi zespołami ich językiem. Nie ma tu desperackiego odmładzania, modnych filtrów ani produkcyjnego makijażu grubszego niż riff w Diablo. Jest za to organiczna chemia zespołu, czytelna kompozycja, wyrazista rola instrumentów i ironiczna świadomość własnej legendy. Stali fani dostaną znajome DNA: Hammond, gitarowe pojedynki, basowo-perkusyjny napęd i Gillanowską groteskę. Nowi słuchacze mogą wejść przez krótszą, bardziej zwartą formę. Krytycy znajdą materiał do sporów, bo „Splat!” nie jest ani świętym relikwiarzem, ani kompromitacją późnej kariery. To po prostu bardzo żywy album zespołu, który – jak na ludzi z taką metryką – ma podejrzanie mało ochoty na zachowywanie się przyzwoicie.



