
Jest takie zdanie, które wraca w rozmowach o muzyce częściej, niż mogłoby się wydawać: muzycy bywają najlepszymi ambasadorami. Kompozytor i dyrygent Serge Koussevitzky miał to ujmować wprost, a nowa płyta Dwiki Dharmawana działa jak praktyczny dowód, że ta myśl wcale się nie zestarzała. „Anagnorisis” powstało na styku kultur i środowisk, ale nie pachnie konferencyjnym „projektem międzynarodowym”. Pachnie Indonezją, taką, jaka jest naprawdę: wielogłosową, pełną sprzeczności i mikroświatów, jak kraj tysięcy wysp, w których obok siebie żyją odmienne rytmy, skale i tradycje.
Siła tego albumu tkwi w tym, że indonezyjskie odniesienia nie są tu pocztówką ani dekoracją. One stanowią rdzeń myślenia o melodii i czasie. Słychać skale, słychać idiomy frazowania i rytmiczne napięcia, które przywodzą na myśl logikę muzyki tradycyjnej, ale wszystko to jest wkomponowane w jazz i fusion z pełną świadomością formy, dramaturgii i improwizacyjnej rozmowy. W efekcie dostajemy muzykę, którą można odbierać na dwa sposoby jednocześnie: jako płynny, intensywny strumień oraz jako precyzyjną konstrukcję, gdzie detale mają znaczenie.
To zresztą jedna z cech charakterystycznych dla samego Dharmawana: jego płyty zwykle nie zużywają się po kilku odsłuchach. „Anagnorisis” też ma ten typ gęstości, który zamiast męczyć – zaprasza do wracania. Włączasz po raz kolejny i nagle zauważasz inny akcent perkusji, ukrytą odpowiedź kontrabasu, mikro-ornament w dęciakach, drobny kontrapunkt, który wcześniej umykał. Ta muzyka jest „przyjemnie nieskończona”: im dłużej słuchasz, tym bardziej staje się rozmową z uchem.
Ważne, że międzynarodowy skład nie tworzy wrażenia kolażu.Obok lidera pojawia się Izraelczyk Gilad Atzmon (klarnet, saksofon), a całość współtworzy kwartet greckich muzyków: Kimon Karoutzos (kontrabas), Harris Lambrakis (ney), Vironas Ntolas (gitara elektryczna) oraz Nikos Sidirokastritis (perkusja). Zderzenie Indonezji z Atenami mogłoby brzmieć jak sztuczna fuzja, gdyby zabrakło wspólnego mianownika. Tym mianownikiem jest wzajemne słuchanie i to słychać w sposobie prowadzenia improwizacji: nie ma tu dominacji jednej osobowości, nie ma „solówek obowiązkowych”. Jest za to zespół, który potrafi grać jak jeden organizm, a gdy przychodzi czas na wyjście na pierwszy plan, artyści robią to bez przepychanek.
Na osobne uznanie zasługuje obecność ney – instrumentu o silnych konotacjach bliskowschodnich w rękach Harrisa Lambrakisa. To bardzo trafny wybór estetyczny, zamiast literalnie „odtwarzać” brzmienia Indonezji, płyta szuka funkcjonalnych odpowiedników. Takiej barwy i sposobu oddechu, które potrafią nieść podobną ekspresję. Dzięki temu album nie wpada w muzealną rekonstrukcję ani w etno-kolorystykę „dla efektu”. Brzmi jak żywy język.
Techniczna sprawność muzyków jest tu oczywista i dobrze, że pozostaje środkiem, a nie celem. Sekcja rytmiczna trzyma złożone podziały i zmienne gęstości bez nerwowości, a instrumenty prowadzące potrafią być jednocześnie śpiewne i precyzyjne. Co kluczowe: wirtuozeria nie zamienia się w „sport”. Zamiast popisu mamy kontrolę napięcia i naturalny rozwój narracji. To fusion z klasą: gęste, ale czytelne; otwarte, ale spójne.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że album jest dopracowany realizacyjnie. W tej muzyce, pełnej subtelnych detali, klarowność brzmienia decyduje o tym, czy kolejne odsłuchy w ogóle mają sens. A tu mają, bo słychać przestrzeń, słychać powietrze między instrumentami, a jednocześnie całość zachowuje ciepło.
„Anagnorisis” jest więc nie tyle kolejnym tytułem w dyskografii, co udanym podsumowaniem pewnej idei, że tradycja (tu: indonezyjska) może być nowoczesna nie poprzez „unowocześnianie”, tylko poprzez dialog z jazzem, z improwizacją, z innymi muzykami i ich wrażliwością. Ta płyta jest pozytywna w wydźwięku, ale bez nachalnej celebracji. Jej siła bierze się z rzemiosła, wyobraźni i szacunku do źródeł oraz z tego, że naprawdę chce się do niej wracać.



