Wolfpack Heading Nowhere – Wolfpack Heading Nowhere
Wolfpack Heading Nowhere – Wolfpack Heading Nowhere

Wolfpack Heading Nowhere – Wolfpack Heading Nowhere

Wolfpack Heading Nowhere – Wolfpack Heading Nowhere
Wolfpack Heading Nowhere – Wolfpack Heading Nowhere

Na tej płycie jest jedno krótkie „blegh”. Właściwie drobiazg, gardłowy przecinek w Die In an Ivy Barbered Wire, po którym można po prostu grać dalej. Tyle że przez tę sekundę z Wolfpack Heading Nowhere spada cały elegancki gotycki sztafaż: melancholia, czarne koszule, dostojnie prowadzone melodie, ten charakterystyczny półmrok lat dziewięćdziesiątych, w którym każdy pogłos wydaje się mieć własny listopad. Zostaje odruch. Metalowy, trochę prostacki, bardzo fizyczny. I nagle przypomina się, kto tu właściwie gra.

Muzycy, którzy spędzili niemało czasu w okolicach black i death metalu, postanowili bowiem zrobić płytę dla swoich – jak sami to kiedyś pięknie nazwali – „smutnych tiamatowych serduszek”. Można było z tego ulepić koszmarek. Metal gotycki jest przecież gatunkiem o niebezpiecznie krótkiej drodze pomiędzy tragizmem a kabaretem; wystarczy pół tonu za dużo w głosie, jeden koronkowy mankiet ponad stan albo klawisz brzmiący jak preset „Haunted Castle 03” i człowiek orientuje się, że zamiast cmentarza stoi pod sklepem z dekoracjami na Halloween.

Wolfpack Heading Nowhere na szczęście rozumie, że klimat nie powstaje z rekwizytów. Powstaje z tempa, ciężaru, melodii i – przede wszystkim – z tego, czy muzycy potrafią zatrzymać ręce wtedy, kiedy piosenka już powiedziała swoje.

Res i duży zielony mebel w pokoju

Peter Steele jest w tej muzyce trochę jak szafa odziedziczona po dziadkach. Ogromna. Zielona. Stoi na środku pomieszczenia i nawet jeżeli ustawimy kanapę w przeciwnym rogu, zmienimy zasłony oraz stanowczo oświadczymy gościom, że urządziliśmy mieszkanie po swojemu, każdy najpierw zobaczy szafę.

Wolfpack Heading Nowhere samo zaprosiło ten problem do środka. Wolniejsze riffy, ciężki dół, romantyczna ponurość, momentami wręcz cielesna lepkość gitar – przy takim zestawie skojarzenie z Type O Negative pojawia się automatycznie. W LMF pisaliśmy szerzej o tym szczególnym muzycznym organizmie przy okazji historii Carnivore i Type O Negative. Nie istnieje chyba instrukcja obsługi mówiąca, jak korzystać z tego dziedzictwa i jednocześnie nie zacząć pachnieć cudzymi perfumami.

Res robi więc rzecz najrozsądniejszą: nie próbuje zostać Peterem Steelem. Jego czysty głos znajduje się wyżej, ma mniej tej steele’owskiej grobowej monumentalności, za to potrafi zmieniać powierzchnię. Raz jest głęboki i miękki, chwilę później szorstki, potem pojawia się growl albo krzyk. Dzięki temu wokal nie zostaje przyspawany do jednego nastroju.

W Endure ta powściągliwość przynosi najlepszy rezultat. Tempo ciąży, gitara długo utrzymuje melancholijną temperaturę, a Res nie próbuje zagłuszyć aranżacji nadmiarem ekspresji. Frazy mogą się rozciągać. Jest miejsce pomiędzy dźwiękami. Zespół ufa melodii na tyle, żeby nie zasypywać każdego wolnego centymetra ciężarem.

I tu pojawia mi się Paradise Lost – bardziej jako sposób myślenia o proporcji niż konkretny cytat. Tam również ciężar przez lata zmieniał funkcję: bywał centrum muzyki, potem jednym z kolorów, później wracał już ze świadomością wszystkiego, co wydarzyło się po drodze. Przy The Plague Within zwracaliśmy uwagę właśnie na tę możliwość połączenia melodyjności z coraz mocniejszym dociążeniem. Wolfpack jest oczywiście na początku tej drogi i żadnej podobnej historii jeszcze nie posiada. Słychać jednak, że muzycy rozumieją sam mechanizm. Ciężar nie musi stale ważyć tyle samo.

Endure i Over The Tide nie chcą tej samej pogody

Over The Tide zachowuje się inaczej. Riff szybciej łapie ruch, refren otwiera się szerzej, a posępność zaczyna mieć coś podejrzanie przyjemnego w biodrach. I bardzo dobrze. Gotyk, któremu nie wolno się kołysać, jest już tylko architekturą sakralną. To piosenka pisana ze świadomością, że ktoś może zechcieć ją nucić. W metalu nadal istnieje dziwne przekonanie, że chwytliwy refren powinien dla bezpieczeństwa przejść kontrolę celną, okazać zaświadczenie o odpowiedniej liczbie decybeli, a następnie publicznie przeprosić za dostępność. Wolfpack Heading Nowhere nie urządza tej ceremonii. Melodia wchodzi, robi swoje i zostaje.

Najłatwiej byłoby teraz uznać Endure za stronę „gotycką”, a Over The Tide za „przebojową” i zadowolonym z własnej zdolności katalogowania udać się na kawę. Nie działa. Pierwszy numer również pilnuje melodii, drugi zachowuje odpowiedni ciężar, a oba łączy sposób prowadzenia głosu. Ta płyta nie jest podzielona na pół. Raczej stale przesuwa suwak.

Momentami przesuwa go za daleko w stronę wygody. Pewne refreny układają się tak naturalnie, że brakuje mi w nich drobnego uszkodzenia – jednego dźwięku, przerwy, harmonicznego kamyka w bucie, czegokolwiek, co przeszkodziłoby melodii w zbyt grzecznym dojściu do celu. To nie jest duży problem. Na debiucie bardziej drażni mnie jednak coś innego: ilekroć muzyka zastyga w najwolniejszym, najbardziej posępnym chodzie, mapa inspiracji robi się niemal przezroczysta.

Die In an Ivy Barbered Wire: gotykowi puszczają szwy

Dlatego tak potrzebne jest Die In an Ivy Barbered Wire. Tutaj gitary przypominają sobie, że można je potraktować mniej ceremonialnie. Jest więcej napędu, pojawiają się ostrzejsze wejścia, solo zaczyna zwyczajnie szarżować, a wspomniane wcześniej „blegh” ma w sobie coś niemal komicznie oczyszczającego. Przez pięć minut i pięćdziesiąt trzy sekundy płyta przestaje bardzo uważać na to, czy stoi pod właściwą latarnią.

Wokal również dostaje inną fizjologię. Czysty śpiew ustępuje miejscami bardziej agresywnej emisji i dopiero tutaj wcześniejsze ekstremalne doświadczenia muzyków przestają być ciekawostką do noty prasowej. Słychać je w sposobie uwalniania napięcia. Wolfpack Heading Nowhere nie jest zespołem gothicmetalowym z muzykami, którzy przypadkiem kiedyś grali ekstremę. Ekstrema siedzi w odruchach. Czasami wychodzi przez gardło, czasami przez riff, czasami przez potrzebę przerwania melancholijnej hipnozy czymś znacznie mniej eleganckim.

I właśnie ten rodzaj muzycznej pamięci interesuje mnie tutaj bardziej niż cała genealogia spod znaku Type O Negative, Tiamat i Paradise Lost. Napisałem „i właśnie”, więc należy mi się symboliczny mandat redakcyjny. Zostawiam, ponieważ tym razem naprawdę właśnie.

Tiny Pieces robi jeszcze inny numer. Pojawia się Moog, riff nabiera bardziej rozkołysanego, niemal hardrockowego sposobu poruszania się i nagle płyta, którą łatwo było dotąd widzieć w gotyckich czerniach i zieleniach, dostaje trochę rdzawego, ciepłego koloru. W tle wciąż jest ciężar. Tyle że przestaje chodzić krokiem konduktu.

Można w tym dosłyszeć niemal southernmetalowy dryg, można zwyczajnie uznać, że gitarzyście zachciało się na chwilę szerzej rozstawić nogi. Mnie interesuje efekt: rytm zaczyna pracować inaczej, riff bardziej ciągnie utwór w poziomie, a klawisz dokłada mu lekko brudną, analogową powierzchnię. Gdy Tiny Pieces wpuszcza ten inny rodzaj ruchu, gotycki kostium przestaje być kostiumem i zaczyna być tylko jednym z elementów garderoby. Szkoda, że podobnego ryzyka nie ma na płycie trochę więcej.

33 minuty i trzy sekundy

Album trwa 33:03. To jedna z tych informacji katalogowych, które tym razem mówią coś o muzyce. Siedem utworów. Otwierające Flesh From Flesh potrzebuje zaledwie minuty i czterdziestu sekund, reszta zamyka się przed momentem, w którym romantyczny półmrok zaczynałby fermentować w gotycki kisiel. Muzycy wspominali, że mieli jeszcze dwa gotowe numery i mogli bez większego problemu dopchnąć płytę do ponad czterdziestu minut. Nie dopchnęli. Chwała im za tę odrobinę braku ambicji ilościowej, jedną z najbardziej deficytowych cnót w rocku.

Wolfpack Heading Nowhere bardzo korzysta z tego skrócenia. Endure może pozwolić sobie na wolniejsze rozciąganie atmosfery, ponieważ chwilę później zmienią się proporcje. Over The Tide może bezwstydnie przynieść refren. Die In an Ivy Barbered Wire rozwala nieco elegancki porządek. Tiny Pieces wpuszcza klawisze i inny rodzaj swingu. Płyta zdąża kilka razy zmienić odcień, zanim słuchacz zacznie zauważać, że farba pochodzi częściowo ze starego magazynu.

Pomaga brzmienie. Haldor Grunberg w miksie i masteringu nie urządził zespołowi archeologicznego skansenu. Materiał pozostaje czytelny, nie jest celowo zmatowiony ani obtłuczony dla uzyskania certyfikatu „authentic 1996 experience”. Gitary mają wystarczająco dużo masy, a głos pozostaje wyraźnym środkiem narracji. To dobry wybór, bo przeszłość i tak znajduje się już w kompozycjach. Nie trzeba jeszcze smarować jej kurzem na etapie produkcji.

Kiedy cudze duchy mówią trochę za głośno

Nie uwierzę natomiast w opowieść, że Wolfpack Heading Nowhere jedynie „inspiruje się” latami dziewięćdziesiątymi w takim sensie, w jakim każdy zespół czymś się inspiruje. Nie. Ta płyta po prostu kocha konkretną epokę i chwilami patrzy na nią z mało krytycznym rozczuleniem.

Słychać to szczególnie w wolniejszych fragmentach: niski puls, szerzej rozłożone gitary, baryton prowadzony ponad ciężkim, niespiesznym fundamentem. Są momenty, w których mózg zdąży podsunąć nazwę starszego zespołu, zanim Wolfpack wykona własny charakterystyczny gest. To koszt świadomie obranej estetyki. Poważniejszy niż sama „wtórność”, bo przecież wtórna jest znaczna część rocka i jakoś jeszcze nikt z tego powodu nie zamknął sklepów z gitarami.

Problem zaczyna się wtedy, gdy cudze nazwisko przychodzi do głowy szybciej niż własna fraza zespołu. Na tym debiucie zdarza się to kilka razy. Nie zabija piosenek. Nie odbiera im melodii, wykonawczej pewności ani specyficznej przyjemności płynącej z faktu, że ktoś w Polsce postanowił z pełną świadomością nagrać taki album w 2026 roku. Ogranicza za to jego osobowość. Czuję czasem, że muzycy znają język świetnie, z przekleństwami, regionalizmami i prawidłową wymową, lecz jeszcze nie zawsze wiadomo, co chcą nim powiedzieć wyłącznie swoim głosem.

Res jest tutaj najbliżej rozwiązania problemu. Jego wokal ma wystarczająco dużo własnych niedoskonałości, zmian barwy i agresywnych odruchów, żeby nie sprowadzać się do stylistycznego obowiązku „niski głos do gotyku”. Również te momenty, w których gitarowy ciężar nagle zamienia się w bardziej ruchliwy, niemal hardrockowy riff, wskazują możliwą drogę. Tam Wolfpack Heading Nowhere zaczyna tracić etykietę rekonstrukcji.

I chyba dlatego ten album podoba mi się bardziej, niż wynikałoby z listy jego zapożyczeń. Jest w nim radość z grania muzyki smutnej, co samo w sobie brzmi jak drobna choroba psychiczna, lecz muzycznie ma sens. Melancholia nie oznacza tu bezruchu. Ciężar nie musi kończyć piosenki. Refren nie stanowi zdrady podziemia. Klawisz może wejść między gitary i nikt nie musi natychmiast składać wyjaśnień. To jeszcze nie jest płyta, po której usłyszę trzy dźwięki i powiem: „Wolfpack”. Za dużo głosów odzywa się obok.

Za to Endure potrafi utrzymać swój ciężki oddech przez niemal sześć minut. Over The Tide ma refren, którego nie musi się wstydzić. Die In an Ivy Barbered Wire rozwala szyk i przypomina o ekstremalnym zapleczu muzyków. Tiny Pieces na moment skręca gdzieś, gdzie drogowskazów jest mniej. Na pierwszej płycie to wystarcza. Na drugiej będę już chciał usłyszeć więcej takich rzeczy, których nie da się opisać nazwami cudzych albumów.

Wolfpack Heading Nowhere – Wolfpack Heading Nowhere
Wolfpack Heading Nowhere – Wolfpack Heading Nowhere
1. Flesh From Flesh – 1:40 • 2. Wolfpack Heading Nowhere – 4:07 • 3. Die In an Ivy Barbered Wire – 5:53 • 4. Endure – 5:43 • 5. Over The Tide – 4:58 • 6. Tiny Pieces – 4:58 • 7. Overseer – 5:43 • Skład: Sz. / gitary, Hammond, sample • Arm / gitara basowa • Res / wokal, kontrabas w Flesh From Flesh • KwB / perkusja • Goście: Eliza Ratusznik / wokal w Die In an Ivy Barbered Wire i Overseer • Miks: Haldor Grunberg / Satanic Audio • Mastering: Haldor Grunberg / Satanic Audio • Wytwórnia: Piranha Music • Premiera: 8 maja 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Miejsce w dyskografii: debiut • Czas: 33:03 • Liczba utworów: 7 • Formaty: CD / jewelcase • digital • Numery katalogowe: PRNH 39 • Autorzy i produkcja: muzyka – Sz. • teksty – Sz. i Res • produkcja – Sz. • Nagrania: perkusja – Sound of Records • wokale – Wave on Wave Studio Wrocław • gitary i bas – Gdańsk, 2026 • Studio / miejsce nagrania: Sound of Records • Wave on Wave Studio Wrocław • Gdańsk • Inżynieria: Mikołaj Kiciak / nagranie perkusji • Dodatkowe credits: logo – Riv Artworks • fotografie – Justyna Kamińska / Fotopixey • layout – Kontamination Design • ℗ / ©: ℗ 2026 Piranha Music • © 2026 Wolfpack Heading Nowhere
KONCEPT
7.5
SPÓJNOŚĆ
8.7
BRZMIENIE / PRODUKCJA
7.3
WYKONANIE
7.9
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
7.1
MELODIE / MOTYWY
7.2
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
5.5
EMOCJONALNOŚĆ
8.7
SIŁA PRZEKAZU
8.2
INNOWACYJNOŚĆ
5.2
EFEKT UZALEŻNIENIA
6.3
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
7.2
OCENA