Artur Rojek - Chciałbym urodzić się żeby latałem
Artur Rojek - Chciałbym urodzić się żeby latałem

Artur Rojek – Chciałbym urodzić się żeby latałem

Artur Rojek - Chciałbym urodzić się żeby latałem
Artur Rojek – Chciałbym urodzić się żeby latałem
Kiedy Artur Rojek wspomina dziś początki Długości dźwięku samotności, nie opowiada o żadnym legendarnym studiu, producencie przysłanym z Londynu ani magnetofonie, którego numer seryjny należałoby wpisać do rejestru zabytków. Piosenka powstawała w małej salce Młodzieżowego Domu Kultury w Mysłowicach, obok modelarni, niedaleko torów i metalowych schodów. Rojek mówi o tamtym świecie jako ciasnym, brudnym, niemal klaustrofobicznym. Trudno o lepszy początek rozmowy o Chciałbym urodzić się żeby latałem, choć pomiędzy tymi dwoma punktami minęło prawie trzydzieści lat. Dawniej mały świat był czymś, z czego należało się wydostać. Dzisiaj Rojek świadomie do małych światów wraca: do parku, basenu, kuchennego stołu, wakacyjnego Fiata, dziecięcego wstydu, małżeństwa, synów, zdania usłyszanego podczas spaceru. Skala się zmniejszyła. Ciężar – przeciwnie.Łatwo byłoby nazwać tę płytę „albumem dojrzałego artysty” i tym samym załatwić sprawę najnudniejszym określeniem dostępnym w krytycznym magazynie. Dojrzałość jest zresztą jednym z tych słów, które nic nie kosztują: wystarczy, że wykonawca przekroczy pięćdziesiątkę, zaśpiewa o rodzinie i nie rozwali po drodze wzmacniacza. Tymczasem nowy Rojek wcale nie brzmi jak człowiek, który osiągnął jakiś błogosławiony stan emocjonalnego ładu. W rozmowie z Onetem mówi wręcz: „Dalej jestem taki, jaki byłem. W ogóle się nie uspokoiłem”. I rzeczywiście. Spokój tej płyty jest bardziej kwestią perspektywy niż temperamentu. Dawne lęki nie zniknęły. Przestały tylko zajmować całe pomieszczenie.

Zdanie, którego nie należy poprawiać

Chciałbym urodzić się żeby latałem powiedział kiedyś młodszy syn Rojka. Dorosły człowiek odruchowo sięgnąłby po czerwony długopis. Dziecko złożyło czasownik wbrew gramatyce, ale trafiło w coś, czego gramatyka nie umie załatwić: jednoczesne pragnienie początku i doświadczenia, chęć posiadania wolności od razu, bez mozolnego dochodzenia do niej przez wszystkie nasze porażki, kompleksy, obowiązki i mechanizmy obronne. Rojek zapisał zdanie, potem wytatuował je na ciele, w końcu zrobił z niego tytuł trzeciego solowego albumu. Sam porównuje płytę do rodzinnego albumu fotograficznego – i akurat ta promocyjna metafora jest zaskakująco trafna, bo dziesięć utworów rzeczywiście zachowuje się bardziej jak zbiór obrazów niż linearnie opowiedziana autobiografia.

Nie dostajemy więc chronologicznego „życia Artura Rojka w dziesięciu rozdziałach”. Pamięć nie pracuje w ten sposób i dobrze, że płyta również nie próbuje. Jedna fotografia uruchamia następną: wstyd prowadzi do ojcostwa, ojcostwo do własnych rodziców, stary samochód do wakacji, przypadkowa para trzymająca się za ręce do myślenia o małżeństwie, a zwyczajne dziecięce zdanie okazuje się wystarczające, żeby przy jego pomocy obejrzeć pół dorosłego życia. Rojek od dawna pisał z autobiograficznego materiału, ale wcześniej często poddawał go ciśnieniu, deformował, zasłaniał nerwowością produkcji. Tutaj znacznie częściej pozwala szczegółowi pozostać szczegółem.

To drobna zmiana, ale bardzo ważna. Płyta przestaje się zachowywać jak człowiek, który koniecznie chce nam coś o sobie udowodnić.

„Gruby, mały”: obraźliwe słowo ma dłuższy termin ważności niż człowiek, który je wypowiedział

Otwierający album Gruby, mały mógł łatwo zamienić się w piosenkę interwencyjną, jedną z tych szlachetnych kompozycji, których problem polega na tym, że po przeczytaniu streszczenia nie ma już wielkiej potrzeby ich słuchać. Temat jest ciężki: dziecięcy wstyd, ciało, kompleksy, słowa, które człowiek słyszy raz, a później sam powtarza je sobie przez następne dekady. Rojek dokłada do tego własne doświadczenie intensywnych treningów pływackich i samokrytycyzmu, który pojawił się w wieku, kiedy większość dzieci powinna zajmować się sprawami mniej filozoficznymi niż niewystarczalność własnego ciała.

Najważniejsze jest jednak to, co piosenka robi z tym ciężarem muzycznie. Nie zamyka go w posępnej kapsule. Produkcja Olka Świerkota zostawia melodii sporo powietrza, a orkiestracja Zbigniewa Preisnera pod koniec zamiast przygniatać, otwiera przestrzeń ponad utworem. Rojek mówił zresztą, że właśnie tak odczuwa ten fragment – jako ruch ku górze. I tu zaczyna być słychać podstawowa właściwość całej płyty: jej tematy bywają ciemniejsze niż sposób, w jaki są opowiedziane. Chciałbym urodzić się żeby latałem nie myli powagi z koniecznością chodzenia przez trzydzieści osiem minut w czarnym golfie.

Pomaga też fakt, że Rojek nie mówi o wstydzie jak terapeuta po weekendowym kursie psychologii. Nie przedstawia momentu, w którym człowiek wreszcie „akceptuje siebie”, po czym wychodzi z gabinetu naprawiony i od poniedziałku funkcjonuje już bez usterek. W najnowszych rozmowach mówi coś dużo mniej pocieszającego, za to prawdopodobnie prawdziwszego: pewnych rzeczy zaszczepionych w dzieciństwie nie da się po prostu usunąć. Można je rozpoznać, zrozumieć i nauczyć się, żeby nie kierowały naszymi decyzjami. Ta różnica jest ważna. Gruby, mały nie śpiewa o triumfie nad przeszłością. Śpiewa o zawarciu z nią mniej toksycznej umowy.

Ojcostwo nie leczy. Zmienia kierunek patrzenia

To przesunięcie staje się jeszcze ciekawsze w Mówiłem Ci to już. Rojek wraca tutaj do własnego lęku przed zostaniem ojcem, ale nie wykorzystuje go jako pretekstu do kolejnej opowieści o odpowiedzialnym mężczyźnie, który wreszcie wszystko zrozumiał. Jego własna biografia rodzinna jest trudniejsza. W rozmowach wokół albumu mówi o dorastaniu w dysfunkcyjnym układzie i o dwóch możliwych reakcjach na odziedziczony schemat: można go powtórzyć albo próbować pójść w przeciwnym kierunku. Ojcostwo okazuje się dla niego właśnie takim ruchem. Nie uwalnia od przeszłości; zmienia to, komu poświęca się uwagę.

Na tym poziomie Chciałbym urodzić się żeby latałem zaczyna być płytą ciekawszą niż sugeruje opis „najbardziej osobisty album Rojka”. Osobistych albumów mamy wystarczająco dużo. Spotify prawdopodobnie posiada już osobny serwer wyłącznie dla płyt o „podróży w głąb siebie”. Tutaj dzieje się coś bardziej konkretnego: „ja” stopniowo traci monopol na narrację. W centrum pojawiają się dzieci, żona, rodzice, partnerstwo, strach o innych. Dawny narrator Rojka – ten nerwowy, często klaustrofobiczny, skupiony na tarciu jednostki ze światem – odkrywa, że życie w pewnym momencie przestaje być projektem solowym.

W objęciach rozwija tę myśl bez potrzeby specjalnego komplikowania formy. Punktem wyjścia była banalnie prosta scena: starsza para idąca przez park za ręce. I właśnie ta banalność jest cenna. Rojek nie próbuje jej poprawiać literaturą. Po latach intensywnego poszukiwania w piosenkach stanów skrajnych zaczyna zauważać wartość czegoś, co wydarza się niemal bezgłośnie. Dwoje ludzi idzie. Trzymają się za ręce. Koniec sceny. W młodości podobny obraz łatwo uznać za pocztówkę; z pewnego miejsca w życiu staje się niemal prowokacją, bo trwałość okazuje się znacznie bardziej egzotyczna od romansu.

Fiat, Sophia Loren i kilka prywatnych Włoch

Najbardziej wdzięczna część albumu zaczyna się tam, gdzie pamięć Rojka robi się trochę mniej terapeutyczna, a bardziej sensoryczna. Sophia Loren Słupnej Park, Mirafiori, wspomnienia lodów z automatu i Bambino, stary Fiat zapamiętany z dzieciństwa – wszystkie te rzeczy układają się w prywatne, śląsko-włoskie kino, które nie ma wiele wspólnego z pocztówkową Italią. Rojek wymienia wśród swoich fascynacji Ennia Morricone, Piera Umilianiego i Alessandro Alessandroniego, ale podkreśla, że nie usiadł ze Świerkotem z zamiarem zrobienia „włoskiej płyty”. I dobrze. Gdyby ktoś wszedł do studia z poleceniem „dzisiaj nagrywamy Felliniego”, należałoby prawdopodobnie odłączyć mikrofony.

Mirafiori działa właśnie dlatego, że inspiracja została przetrawiona, a nie wystawiona na ladę. Rojek sam określał kompozycję jako gitarową i przywoływał skojarzenie z Kings of Convenience; w rozmowie z radiową Jedynką żartował też, że można przy niej wyobrazić sobie jazdę skuterem przez Rzym. Ale pod tym wakacyjnym ruchem kryje się znowu temat znacznie mniej dekoracyjny: rodzinne schematy i możliwość odmowy powtarzania ich w kolejnym pokoleniu. Przeszłość jest tutaj obecna, lecz nie posiada prawa weta.

Ten włoski margines płyty podoba mi się szczególnie, bo jest całkowicie nieefektywny jako „wielka koncepcja”, a przez to przekonujący jako pamięć. Tak przecież naprawdę wspominamy dzieciństwo. Nie według kategorii społecznych i psychologicznych, ale przez markę samochodu, zapach lata, nazwisko aktorki, miejsce w parku i rodzaj lodów. Człowiek potrafi zapomnieć ważną rozmowę z 1983 roku, a zachować kolor plastikowego krzesła stojącego obok. Mózg bywa archiwistą skrajnie nieprofesjonalnym, lecz właśnie dzięki temu czasem mówi prawdę lepiej niż uporządkowana autobiografia.

Dwie generacje nadmiaru

Yeti jest potencjalnie najbardziej niebezpiecznym punktem albumu. Duet Artura Rojka z Dawidem Podsiadłą praktycznie sam prosi się o radiowy czerwony dywan. Jeden z najważniejszych wokalistów polskiej alternatywy poprzednich dekad spotyka człowieka, który zmienił krajową skalę koncertową i potrafi sprzedać stadion szybciej, niż dawniej sprzedawało się niektóre nakłady płyt. Łatwo wyobrazić sobie spotkanie przygotowane przez Excela działu marketingu. Tymczasem piosenka ma sens właśnie dlatego, że różnica pokoleniowa nie została potraktowana jak atrakcja.

Rojek napisał zwrotki i przekazał Podsiadle właściwie jedno zdanie opisujące bohatera: człowiek żyjący w chaosie. Dalej współpraca potoczyła się naturalnie. W wywiadzie Rojek przyznaje zresztą coś ciekawego – zazdrości młodszemu koledze lekkości pisania, której sam nie posiada. To słychać nie tyle w jakiejś mechanicznej różnicy między „częścią Rojka” i „częścią Podsiadły”, ile w napięciu dwóch sposobów mówienia o przebodźcowaniu. U Rojka autorefleksja zazwyczaj natychmiast uruchamia kolejną analizę. Podsiadło potrafi pozwolić frazie po prostu polecieć.

Jeszcze lepszy jest kontekst premiery. Piosenka o człowieku przytłoczonym chaosem, nadmiarem informacji i oczekiwań po raz pierwszy zabrzmiała na żywo na Stadionie Śląskim przed publicznością liczącą około stu tysięcy osób. Być może tylko współczesny pop potrafi opowiadać o przebodźcowaniu w otoczeniu kilkudziesięciu tysięcy świecących telefonów i potraktować to jako całkowicie logiczne środowisko naturalne.

Sam duet nie rozwala konstrukcji albumu, co jest ważniejsze niż rozmiar nazwiska gościa. To nie płyta, na której zaproszeni artyści pojawiają się jak influencerzy na premierze nowego telefonu. Podsiadło pasuje do tematu, a Kortez w Nauce tęsknoty jeszcze mocniej wpisuje się w rodzinny nerw całego materiału.

Rodzicielstwo przestaje być ładnym tematem

Nauka tęsknoty jest najdłuższym utworem podstawowej wersji albumu i dobrze, że Rojek nie próbuje go skrócić do wymiarów sprawnego singla. Z Kortezem wraca do jednego z najważniejszych problemów płyty: co właściwie przekazujemy dzieciom, nawet wtedy, gdy bardzo chcemy im niczego złego nie przekazać? Rodzicielstwo nie jest tutaj instagramową kolekcją małych dłoni trzymanych w dużych dłoniach. Jest negocjacją z własną historią. Człowiek chce ochronić dziecko przed błędami, które sam pamięta, ale równocześnie wie, że nadmierna ochrona może stać się kolejną wersją tego samego problemu.

To zresztą ciekawe, jak daleko Rojek przesunął się od typowego języka swojej dawnej twórczości. Samotność przez lata była dla niego niemal przestrzenią fizyczną: można było w niej mieszkać, rozciągać ją, mierzyć jej długość. Na nowym albumie relacja jest trudniejsza od samotności, ponieważ wymaga oddania części kontroli. Stąd Nauka tęsknoty, stąd wcześniejsze Mówiłem Ci to już, stąd również znacznie lżejsze W dziale na S, w którym wielka życiowa teoria ostatecznie kurczy się do wspólnego stołu, codzienności i obecności drugiej osoby. Dawny Rojek prawdopodobnie znalazłby w tym stole pęknięcie. Dzisiejszy pozwala na nim zostać talerzom.

Preisner i Świerkot: nie przykrywać człowieka muzyką

Duża część powodzenia albumu wynika z produkcji Olka Świerkota. Rojek wybrał go świadomie do materiału, który miał mieć bardziej klasycznie piosenkową naturę, i rzeczywiście Chciałbym urodzić się żeby latałem jest prawdopodobnie jednym z najbardziej bezpośrednich melodycznie albumów w jego dorobku. Nie ma tu potrzeby udowadniania nowoczesności za pomocą elektroniki ani programowego deformowania piosenki tylko po to, aby przypadkiem nikt nie pomylił artysty z wykonawcą popowym. Elektronika, gitary, żywa sekcja i orkiestracje funkcjonują jak elementy jednego języka.

Zbigniew Preisner jest osobnym przypadkiem, bo jego nazwisko niesie ze sobą bagaż niemal większy od instrumentarium. Można było bardzo łatwo zrobić z jego udziału elegancką pieczątkę „muzyki poważniejszych uczuć”. Na szczęście orkiestracje nie zachowują się jak certyfikat prestiżu. Najlepiej działają, kiedy wykonują bardzo prostą robotę dramaturgiczną: podnoszą melodię, rozluźniają przestrzeń, czasami pozwalają utworowi wyjść z własnego tekstowego ciężaru. Rojek opowiadał, że Preisner potrafi reagować muzyką nawet na pojedyncze słowo. Na tej płycie takie podejście ma sens, bo słowo jest ważniejsze niż produkcyjny koncept.

I właśnie tutaj pojawia się również moje największe zastrzeżenie. Materiał bywa czasami niemal zbyt pięknie ustawiony. Świerkot wie, kiedy wpuścić powietrze, Preisner wie, kiedy unieść smyczki, Rojek wie, kiedy otworzyć prywatny obraz na bardziej uniwersalne znaczenie. Mechanizm pracuje z taką kulturą, że miejscami zaczynam tęsknić za czymś nieprzewidzianym, za zadrapaniem, fragmentem, który nie wie jeszcze, jak chce się skończyć. Kundel potrafił ugryźć także produkcyjnie. Nowa płyta częściej podstawia dłoń.

Czasami ociera się przez to o sentymentalizm. Nie widzę sensu udawać, że nie. Zwłaszcza gdy kilka kolejnych piosenek korzysta z podobnej temperatury wspomnienia, rodzinnej bliskości i bardzo czytelnej melodii. Granica między czułością a wzruszeniem zaprogramowanym aranżacją bywa cienka. Rojek przekracza ją rzadziej, niż mógłby, głównie dzięki konkretowi swoich wspomnień. Fiat Mirafiori jest lepszy od „samochodu z dzieciństwa”. Słupnej Park jest lepszy od „miejsca, do którego wracam”. Obelga rzeczywiście zapamiętana z młodości jest lepsza od tekstu o „trudnej samoakceptacji”. Szczegół ratuje te piosenki przed folderem reklamowym dojrzałego życia.

Nie terapia, tylko pamięć w ruchu

Najmocniej przeszkadzałoby mi, gdyby Chciałbym urodzić się żeby latałem próbowało przedstawić Rojka jako człowieka naprawionego. Nie robi tego. Wspomnienia nadal bolą, stare mechanizmy działają, rodzicielstwo wcale nie daje gwarancji, że nie popełnimy cudzych błędów w nowej wersji. Możemy najwyżej być uważniejsi. W wywiadzie artysta mówi właśnie o konieczności pozostawania w takim trybie uwagi – codziennym pilnowaniu samego siebie. To dalekie od efektownych finałów.

Dlatego nie przekonuje mnie do końca określanie tej płyty jako „pogodnej”. Jest jaśniejsza od Kundla, bardziej melodyjna, chwilami wręcz ciepła, ale jej spokój przypomina raczej człowieka, który nauczył się rozpoznawać dźwięk alarmu i nie musi już przy każdym uruchomieniu wybiegać z domu. Alarm nadal istnieje. W Grubym, małym jest nim wstyd. W Mówiłem Ci to już – strach przed powtórzeniem rodzinnego schematu. W Yeti – nadmiar. W Nauce tęsknoty – świadomość, że miłość nie daje pełnej kontroli nad losem drugiego człowieka.

To bardzo rojkowe tematy. Zmieniła się składnia.

Z małej salki do jeszcze mniejszego świata

Na podstawowej wersji albumu jest dziesięć piosenek i niespełna trzydzieści dziewięć minut. Bardzo rozsądny rozmiar. Rojek nie próbuje wykorzystać sześciu lat przerwy do udowodnienia, że należą nam się dwa winyle materiału. Co ważniejsze, płyta nie sprawia wrażenia kolejnej pozycji w katalogu artysty, który musi przypomnieć rynkowi o swoim istnieniu. To wynik konkretnego etapu życia i konkretnych pytań, które prawdopodobnie dziesięć czy piętnaście lat wcześniej brzmiałyby fałszywie.

Wracam więc do tamtej salki MDK. Młody Rojek siedzi w pomieszczeniu obok modelarni, za ścianą jest cały mały, brudny świat Mysłowic, a z piosenki o samotności po latach wyrośnie coś niewspółmiernie większego od miejsca, w którym powstała. Dziś jego świat jest pod pewnym względem jeszcze mniejszy: kilka osób przy jednym stole, syn wypowiadający niepoprawne zdanie, dwoje starszych ludzi w parku, wspomnienie basenu, samochód z wakacji. Tyle że Rojek już nie traktuje tej małości jak czegoś, z czego trzeba uciekać.

I chyba tutaj znajduje się zasadnicza różnica między młodym a dzisiejszym autorem Długości dźwięku samotności. Dawniej samotność trzeba było zmierzyć. Teraz relację trzeba utrzymać. Drugie zadanie jest mniej efektowne, nie nadaje się na nadruk na czarnej koszulce i zdecydowanie trudniej zrobić z niego mit rockowego artysty.

Za to można zrobić bardzo dobrą płytę.

Artur Rojek - Chciałbym urodzić się żeby latałem
Artur Rojek – Chciałbym urodzić się żeby latałem
Tracklista: 1. Gruby, mały – 4:03 • 2. Sophia Loren Słupnej Park – 4:55 • 3. Mówiłem Ci to już – 3:40 • 4. W objęciach – 3:37 • 5. Mirafiori – 2:46 • 6. Yeti feat. Dawid Podsiadło – 3:20 • 7. Judo – 4:00 • 8. W dziale na S – 2:31 • 9. Nauka tęsknoty feat. Kortez – 5:22 • 10. Splątane włosy – 4:09 • Muzycy gościnni: Dawid Podsiadło / wokal w Yeti • Kortez / wokal w Nauce tęsknoty • Wytwórnia: Pur Pur • Data premiery: 18 września 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Miejsce w dyskografii: trzeci solowy album studyjny Artura Rojka • Czas trwania: 38:23 • Liczba utworów: 10 w podstawowym wydaniu cyfrowym • Formaty: streaming / digital • limitowana edycja CD z dwoma dodatkowymi utworami • winyl • Autorzy i produkcja: Artur Rojek / autor i współautor materiału • Olek Świerkot / producent albumu i współkompozytor • przy części tekstów współpracowali m.in. Daria ze Śląska i Kortez • Dodatkowe credits: Zbigniew Preisner / orkiestracje
KONCEPT
8.3
SPÓJNOŚĆ
8.1
BRZMIENIE / PRODUKCJA
8.7
WYKONANIE
8.6
ARANŻACJE / ŚWIADOMOŚĆ FORMY
7.4
MELODIE / MOTYWY
6.4
CHWYTLIWOŚĆ / PAMIĘTNOŚĆ
5.7
TEKSTY / WARSTWA SŁOWNA
7.1
EMOCJONALNOŚĆ
8.8
SIŁA PRZEKAZU
8.2
INNOWACYJNOŚĆ
5.9
EFEKT UZALEŻNIENIA
8.8
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
7.7
OCENA