Instrukcja latania na osiemdziesięciu ośmiu klawiszach
Fortepian to osobliwy kandydat na środek transportu powietrznego. Waży kilkaset kilogramów, ma żeliwną ramę, a jego mechanizm od dwóch stuleci zajmuje się głównie uderzaniem młoteczkami w stalowe struny. Szymon Siwierski postanowił jednak powierzyć mu zadanie pokonania grawitacji. Na trzecim albumie, zatytułowanym „Dare to Fly”, poznański pianista szuka muzycznego odpowiednika swobodnego szybowania. Pomysł piękny, choć ryzykowny. Wszak współczesna neoklasyka wyprodukowała już tyle fortepianowych pejzaży, melancholijnych pocztówek i subtelnych melodii do kontemplowania własnego odbicia w szybie, że kolejna obietnica oderwania od ziemi budzi uzasadnioną podejrzliwość. Zwłaszcza kiedy w materiałach promocyjnych pojawiają się słowa „wolność”, „przestrzeń” i „emocje”. Jeszcze trochę, a człowiek zacznie szukać przycisku pomijającego reklamę.
Na szczęście Siwierski ma do zaoferowania coś więcej niż kolejny zestaw pianistycznych środków uspokajających. Po fortepianowej „Rezonancji” i bardziej rozbudowanym personalnie „Pictures”, na którym współpracował między innymi z Katarzyną Groniec i Czesławem Mozilem, wraca do kameralnego instrumentarium. Dwanaście utworów, niespełna 41 minut, fortepian jako główny narrator i jeden wokalny wyjątek w osobie Oli Samelczak. Gatunkowo lokujemy się pomiędzy neoklasyką, minimalistyczną repetytywnością, ambientową estetyką i jazzową wrażliwością harmoniczną. Przy czym największym kapitałem Siwierskiego okazuje się umiejętność organizowania napięcia za pomocą pozornie skromnych środków. Nie zawsze równie skuteczna, lecz wystarczająco interesująca, by przyjrzeć się jej bez pośpiechu.
Fortepianista, który nie ufa pośpiechowi
Otwierające album Praeludium trwa pięć i pół minuty. W świecie, w którym muzyka powinna zainteresować odbiorcę szybciej, niż ten zdąży odłożyć telefon, to niemal akt obywatelskiego nieposłuszeństwa. Siwierski zaczyna od oszczędnej dynamiki, stopniowo zwiększając natężenie materiału aż do rozbudowanej środkowej kulminacji. Później pozwala energii opaść. Nie ma tu potrzeby gwałtownego przestawiania harmonicznych zwrotnic. Dominujący obszar molowy i konsekwentna praca nad proporcjami wystarczają, by nadać kompozycji wyraźny przebieg.
Istotną rolę odgrywa relacja rejestrów. Kiedy muzyka nabiera ciężaru, zwiększa się udział niższych składowych fortepianowego brzmienia. Kulminacja otrzymuje więc dodatkowy fundament, zamiast ograniczać się do coraz jaśniejszego, coraz głośniejszego grania. Powstaje interesująca sprzeczność: kompozycja poświęcona idei unoszenia się potrzebuje solidnego balastu. Jak szybowiec, który dzięki odpowiednio rozłożonej masie utrzymuje równowagę, zamiast rozpaczliwie machać skrzydłami.
Podobną zasadę Siwierski stosuje w Beyond the Walls, ale skraca dystans i szybciej przechodzi do wygaszania napięcia. Materiał oscyluje wokół pokrewnych obszarów molowych, zachowując harmoniczną ciągłość. To rozwiązanie konsekwentne, chociaż zdradza również pewien nawyk kompozytora: zamiłowanie do formy łukowej. Muzyka nabiera intensywności, osiąga punkt kulminacyjny, po czym stopniowo znika. Raz działa to przekonująco, drugi raz również. Przy kolejnej podobnej konstrukcji można już zacząć podejrzewać, że pianista zna drogę na pamięć i nie zamierza zaglądać w boczne uliczki.
Dlatego tak istotne okazuje się Mercy Street. Tutaj dynamika rozwija się w dwóch wyraźniejszych falach, przedzielonych odcinkiem mniejszej intensywności. Drugie spiętrzenie nie jest zwykłym przedłużeniem pierwszego: wcześniejsze wycofanie energii zmienia sposób jego odbioru. Co znamienne, profil harmoniczny pozostaje stosunkowo stabilny, skupiony wokół obszaru d-moll. Kompozytor potrafi więc przeorganizować dramaturgię bez radykalnego naruszania tonalnego fundamentu. To dobra lekcja muzycznej ekonomii: nie trzeba wymieniać całej dekoracji, żeby następna scena miała inne znaczenie.
Jazz dostał zaproszenie, ale nie prowadzi przyjęcia
Z jazzem na „Dare to Fly” sprawa jest nieco przewrotna. Siwierski wywodzi się ze środowiska, w którym jazz stanowi ważny język muzycznej komunikacji, lecz na tej płycie nie oddaje mu kierownicy. Nie ma tu zasadniczej roli rozbudowanej improwizacji zespołowej, spontanicznego kontrapunktu sekcji rytmicznej czy dialogu między solistami. Dominują kompozycyjne miniatury, tonalne punkty odniesienia i kontrolowane zmiany natężenia. Jazzowe pokrewieństwa trzeba więc rozpatrywać raczej w kategoriach harmonicznej swobody i podejścia do frazy niż pełnoprawnej formuły jazzowego wykonawstwa.
Różnica staje się czytelna, kiedy przypomnimy sobie opisywane niegdyś na łamach LMF trio Shalosh i jego „Onwards and Upwards”. Tam fortepianowy liryzm podlegał nieustannym negocjacjom z kontrabasem i perkusją. Tutaj Siwierski sam określa reguły gry. Nie musi nikomu ustępować miejsca, ale też sam odpowiada za momenty, w których muzyka zaczyna krążyć wokół własnych pomysłów. Fortepian solowy jest ustrojem absolutystycznym. Wszystkie decyzje zapadają przy jednym instrumencie, a opozycja może co najwyżej zagrać dysonans.
Szczególnie udanym przykładem odmiennego gospodarowania ruchem jest Weightless. Kompozycja wykazuje dużą gęstość kolejnych ataków dźwiękowych, a równocześnie utrzymuje umiarkowany poziom energii i stosunkowo ciemne widmo. Oznacza to istotne rozdzielenie aktywności rytmicznej od dynamicznego ciężaru. Dużo się dzieje, ale całość nie musi z tego powodu stawać się masywna. Jest w tym coś z kolibra: stworzenie wykonuje ogromną pracę, żeby z pozoru pozostawać nieruchome w powietrzu. Przyznaję, że jako muzyczny odpowiednik nieważkości taki mechanizm przekonuje mnie bardziej niż kolejna długa, rozmarzona fraza zanurzona po uszy w pogłosie.
Przeciwległy biegun reprezentuje Lonelyland. Utrzymujące się molowe centrum, ograniczona aktywność i mniejsza energia sprawiają, że kompozycja nie tyle zmierza ku dramatycznemu rozwiązaniu, ile konsekwentnie zamieszkuje wyznaczony obszar harmoniczny. Można odczytać w tym próbę sportretowania samotności poprzez powtarzalność i niewielki zakres przemian. Nie jest to szczególnie nowatorska metoda, ale dobrze pasuje do nastroju albumu. Ciekawiej pod względem tonalnej wieloznaczności wypadają Nenufary, których materiał pozwala na kilka pokrewnych interpretacji centrum harmonicznego. Ta delikatna chwiejność daje muzyce więcej swobody niż najbardziej starannie przygotowane crescendo.
Problem pojawia się wtedy, gdy podobna estetyka zaczyna być traktowana jak uniwersalna recepta. W Drawing in the Sky czy Cloud Waltz krótsze lokalne kulminacje, pokrewne figury i łagodne wygaszenia tworzą spójny charakter, ale ograniczają również możliwość zaskoczenia. Nie brakuje tu dyscypliny. Brakuje czasem kompozytorskiej zuchwałości, która pozwoliłaby melodii obrać kierunek mniej oczywisty od wyznaczonego przez atmosferę. Siwierski świetnie umie przygotować muzyce wygodne warunki do życia. Przydałoby się jeszcze od czasu do czasu otworzyć okno podczas przeciągu.
Wakacje, od których też wolno odpocząć
Summer z udziałem Oli Samelczak jest jedynym utworem, w którym fortepian dzieli obowiązki narratora z ludzkim głosem. Niby niewielka zmiana, a ważna dla proporcji całego albumu. Stabilniejsza dynamika i konsekwentnie molowy profil harmoniczny sprzyjają skupieniu uwagi na wokalnej warstwie utworu, zamiast konkurować z nią rozbudowanymi instrumentalnymi kulminacjami. Pojawiające się w przebiegu wyciszenie dodatkowo porządkuje formę.
Sam pomysł jest zresztą przekorny. Siwierski przyznał przy premierze singla, że chciał opowiedzieć o zmęczeniu latem, o prawie do wyczekiwania jego końca. W epoce, kiedy każdy urlop musi wyglądać jak kampania reklamowa biura podróży, to niemal manifest społecznego oporu. Człowiek ma prawo nie kochać sierpnia. Ma prawo nie fotografować zachodu słońca. Może nawet pozwolić sobie na melancholię bez obowiązkowego koktajlu z palemką. Molowy charakter kompozycji dobrze współgra z takim odwróceniem wakacyjnej konwencji.
Współpraca z Samelczak nie jest przypadkowym zabiegiem marketingowym. Artyści współtworzą zespół Wieczornik, a wokalistka pojawiła się już na „Pictures”. Jacek Wnorowski z portalu Musicis skojarzył Summer z twórczością Hani Rani, dostrzegając szczególną rolę atmosfery. To porównanie ma sens na poziomie oszczędności środków i bliskości estetyki modern classical oraz ambient popu. U Siwierskiego pozostaje jednak zasadnicze pytanie o proporcje między melodią a nastrojem. Atmosfera potrafi być atrakcyjna, ale jeśli ma nieść kompozycję przez kilka minut, potrzebuje odpowiednio wyrazistego materiału tematycznego. Summer działa przede wszystkim dzięki spójności swojej koncepcji. Nie widzę natomiast powodu, by nazywać tę skromną konstrukcję szczególnym przełomem w języku współczesnej piosenki fortepianowej.
Fotografia, dobroczynność i finał z dopalaczem
Warto na moment opuścić klawiaturę fortepianu, bo „Dare to Fly” ma również interesujący wymiar pozamuzyczny. Fotograf Wiktor Franko przygotował osobną wizualną interpretację każdej kompozycji. Podczas koncertu premierowego w poznańskim Centrum Kultury ZAMEK, inaugurującego jubileuszową odsłonę cyklu JazZamek, muzyce towarzyszyły również wizualizacje Anety Buły. Powstała więc próba rozszerzenia instrumentalnej narracji o fotografię i ruchomy obraz. Taka oprawa sprzyja filmowemu odczytaniu materiału, chociaż sama muzyka powinna zachować sens również bez dodatkowych obrazów.
Jest jeszcze mniej nagłośniony, a wartościowy szczegół: połowa dochodu ze sprzedaży fizycznych egzemplarzy płyty trafia na działalność Fundacji ORCHidea Neuro Wsparcie, której Siwierski jest wolontariuszem. Informuje o tym oficjalna strona sprzedaży albumu. Szlachetna inicjatywa nie podnosi automatycznie oceny kompozycji, lecz nadaje projektowi dodatkowy, konkretny wymiar. Pośród marketingowych obietnic emocjonalnego szybowania pojawia się coś bardzo przyziemnego: realne wsparcie dla innych. I oby podobnych przedsięwzięć było więcej.
Wróćmy jednak do muzyki, bo przed finałem Siwierski przygotował jeszcze jedną interesującą możliwość harmonicznego powiązania utworów. And Back Again i zamykający płytę Dare to Fly opierają się na tonacjach, które naturalnie do siebie pasują. Można więc odnieść wrażenie, że pierwszy z nich przygotowuje grunt pod finał, a cała historia nabiera dzięki temu większego sensu. Trudno powiedzieć, czy Siwierski zaplanował to świadomie, ale jeśli tak, byłby to całkiem sprytny zabieg. Zamiast dwunastu osobnych opowieści otrzymalibyśmy album, którego poszczególne części prowadzą jedna do drugiej.
Sam finał przynosi natomiast zaskakujący zwrot produkcyjny. Po kilkudziesięciu sekundach względnego spokoju brzmienie gwałtownie zwiększa intensywność, zyskując znacznie większą gęstość i szersze spektrum częstotliwości. Różnica średniego poziomu sygnału względem wcześniejszych kompozycji jest ogromna: wynosi około dwunastu decybeli. To już nie szybowiec wykorzystujący delikatne prądy powietrza. Ktoś najwyraźniej znalazł w hangarze silnik odrzutowy i uznał, że szkoda byłoby go nie uruchomić.
Oczywiście można bronić tej decyzji. Cała wcześniejsza powściągliwość przygotowuje grunt pod dynamiczną kulminację, więc mocniejszy finał nabiera znaczenia w perspektywie albumowej. Pytanie dotyczy jednak relacji między zmianą brzmienia a rzeczywistym rozwojem kompozycji. Głośność jest jednym z narzędzi dramaturgii, lecz sama nie gwarantuje jej skuteczności. W „Dare to Fly” kontrast zostaje zaznaczony wyjątkowo dobitnie, momentami wręcz demonstracyjnie. Wolałbym, żeby artysta równie zdecydowanie ryzykował w pracy nad tematami i harmonicznymi następstwami. Wtedy finał mógłby przekonywać nawet bez tak silnego przesunięcia produkcyjnego.
Z odrobiną nadbagażu
Siwierski skomponował płytę konsekwentną, estetycznie dopracowaną i chwilami naprawdę pomysłową. Najlepiej wypada tam, gdzie łączy oszczędność faktury z rzeczywistą pracą nad napięciem: w rozległym Praeludium, dwufalowej dramaturgii Mercy Street czy ruchliwej, lecz dynamicznie powściągliwej konstrukcji Weightless. Trudniej bronić fragmentów, które zbyt chętnie korzystają z podobnego sposobu prowadzenia krótkiej fortepianowej opowieści. Spójność staje się wówczas bliską krewną przewidywalności, a melancholijna atmosfera zaczyna zastępować odważniejsze decyzje kompozycyjne.
W tym właśnie tkwi zasadnicze ograniczenie „Dare to Fly”. Pianista opanował sztukę budowania eleganckich form i gospodarowania dynamiką, ale nie zawsze pozwala własnej muzyce wyjść poza starannie wyznaczone granice. A przecież lot, jeśli potraktować tytułowe hasło poważnie, zakłada również możliwość utraty równowagi. Można mieć pięknie zaprojektowane skrzydła, doskonale obliczony rozkład ciężaru i znakomitą prognozę pogody, a mimo to pozostawać więźniem instrukcji obsługi.
„Dare to Fly” jest udanym albumem kompozytora, który doskonale wie, jak bezpiecznie wznieść muzykę w powietrze. Teraz przydałoby mu się jeszcze trochę kompozytorskiej brawury. Bo największą sztuką nie jest przecież latanie bez turbulencji. Czasem trzeba pozwolić instrumentowi choć odrobinę zboczyć z kursu. Zwłaszcza kiedy ma się pod palcami osiemdziesiąt osiem możliwych dróg ucieczki.




