Krwiobieg z przerwami
Zespół, który po blisko dwóch dekadach postanowił przywrócić do życia własną muzyczną działalność, nagrywa album o człowieku usiłującym odzyskać kontrolę nad własnym istnieniem. Przypadek? Zapewne. Choć w historii Quinta Essentia jest coś z osobliwej gry między pamięcią a teraźniejszością. Dębickie trio, reaktywowane po latach, zdążyło już przypomnieć o sobie EP-ką „Lustro Snów”, będącą rozliczeniem z dawnym repertuarem. Teraz przychodzi czas na materiał nowy, ambitniejszy, pomyślany jako spójna opowieść. Paweł Burek, Kacper Parys i Krzysztof Szlęzak wykonali wyraźny krok naprzód. Dawne kompozycyjne przyzwyczajenia nie zniknęły bez śladu, lecz muzyka nabrała większej aranżacyjnej swobody, pojawiło się więcej pomysłów na kontrasty, chwilami nawet odrobina twórczej niepokorności. Szkopuł w tym, że „Mechaniczne Serce” ma już całkiem interesujące części, lecz wciąż nie potrafi utrzymać ich w jednym, przekonującym ruchu.
Nie brakuje tu ambicji. Osiem utworów opowiada o stopniowym odczłowieczeniu, utracie sprawczości i poszukiwaniu własnej tożsamości w rzeczywistości zdominowanej przez mechanizmy. Temat wiekowy jak filozoficzne spory o wolną wolę, choć dzisiaj, gdy algorytmy coraz ochoczej podpowiadają nam, co powinniśmy kupić, obejrzeć i pomyśleć, jego aktualność stała się wręcz nieprzyzwoita. Nietzsche zapewne znalazłby tu powód do kolejnego intelektualnego pojedynku, natomiast przeciętny pracownik korporacji mógłby po prostu wzruszyć ramionami i wrócić do Excela. Quinta Essentia traktuje problem poważnie, prowadząc go przez osiem powiązanych ze sobą tekstów. Sama historia ma sens. Gorzej z jej muzycznym krwiobiegiem.
Serce bije, lecz krążenie pozostawia do życzenia
Otwierające Przebudzenie trwa zaledwie czterdzieści siedem sekund. Znacznie niższy poziom sygnału i koncentracja energii w dolnym paśmie nadają mu charakter osobnego prologu, po którym następuje sześciominutowy Puls. Tutaj rozpoczyna się właściwa historia człowieka, którego organizm zachowuje wszystkie podstawowe funkcje, podczas gdy świadomość coraz wyraźniej traci kontakt z własnym gospodarzem. Lustro przestaje potwierdzać tożsamość, wspomnienia okazują się niewiarygodne, a pracujące serce przypomina urządzenie zaprogramowane bez konsultacji z właścicielem.
W samym Pulsie dostrzegam ambicję bardziej rozbudowanego prowadzenia formy. Po wyraźnym obniżeniu intensywności w późniejszej części kompozycja ponownie nabiera energii, zmierzając ku mocniejszemu zakończeniu. Problem w tym, że droga pomiędzy kolejnymi punktami bywa nadmiernie rozwleczona. Motywy, początkowo obiecujące, rozciągane z przesadną cierpliwością tracą część pierwotnej siły. Przydałoby się więcej rytmicznego fermentu, odważniejsze rozwijanie fraz albo zwyczajnie lepsze wyczucie momentu, w którym należy ruszyć dalej. Muzyka zbyt często czeka na własne przyspieszenie, zamiast sama wywoływać potrzebę jego nadejścia.
W porównaniu z „Lustrem Snów” jest to mimo wszystko wyraźna zmiana na korzyść. Aranżacje nabrały ruchliwości, pojawiły się próby operowania bardziej zróżnicowanym natężeniem i kontrastującymi fragmentami. Trio odważniej zagospodarowuje możliwości gitarowego instrumentarium, próbując wyjść poza podstawowy rockowy schemat. W utworze tytułowym, obok interesujących zmian intensywności, pojawia się jednak wrażenie aranżacyjnej nieciągłości. Fragmenty mają własny charakter, niektóre całkiem obiecujący, lecz ich następstwo nie zawsze wydaje się muzycznie uzasadnione.
Wyobraźmy sobie architekta, który zaprojektował kilka bardzo udanych pomieszczeń, każde z osobnym charakterem, odpowiednio dobranym światłem i własną funkcją. Kiedy jednak przychodzi do przemieszczania się pomiędzy nimi, okazuje się, że korytarze poprowadzono dość przypadkowo. W jednym miejscu trzeba niepotrzebnie zawrócić, w innym przejście jest za wąskie, gdzie indziej otwiera się przestrzeń, której istnienia nic wcześniej nie zapowiadało. Podobną przypadłością cierpi chwilami „Mechaniczne Serce”. Pomysłom aranżacyjnym brakuje spoiwa, które pozwoliłoby zamienić kolejne atrakcyjne fragmenty w organiczną całość. Zbyt często kontrast wygląda na osobno przygotowane rozwiązanie, zamiast wyrastać naturalnie z tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej.
Głos, któremu przydałoby się więcej powietrza
Osobnym zagadnieniem pozostaje wokal Pawła Burka. Przy całej egzystencjalnej dramaturgii tekstów głos zbyt rzadko podejmuje ryzyko równie wyrazistej interpretacji. Jego ekspresja bywa matowa, jakby przytłumiona własną powściągliwością. Frazy przebiegają poprawnie przez kolejne emocjonalne krajobrazy, ale nie zawsze nabierają odpowiedniego ciężaru. Brakuje mocniej zarysowanego gestu, większego rozmachu, umiejętności nadania pojedynczemu wersowi znaczenia wykraczającego poza jego dosłowną treść. Wokal przypomina chwilami obraz, na którym wszystko namalowano właściwymi kolorami, lecz zapomniano o światłocieniu. Postacie są rozpoznawalne, tylko brakuje im trzeciego wymiaru.
Nie postuluję oczywiście, aby wokalista przy każdej wzmiance o cierpieniu przywdziewał szaty operowego tragika i rozpoczynał prywatny konkurs z najgłośniejszymi gardłami historii rocka. Patos jest instrumentem niebezpiecznym. Przydałoby się jednak więcej interpretacyjnej odwagi: czasem mocniejsze wypchnięcie frazy, czasem jej świadome załamanie, odważniejsze różnicowanie akcentów i emocjonalnego napięcia. Głos powinien chwilami wznosić się ponad instrumentalną konstrukcję, a kiedy indziej niemal się pod nią załamywać. Tymczasem zbyt często pozostaje na jednej wysokości emocjonalnej.
Najbardziej szkoda tego w utworach, których teksty aż proszą się o silniejszą osobowość interpretacyjną. W Mechanicznym sercu bohater odkrywa własne odczłowieczenie, w Restarcie próbuje odzyskać autonomię, natomiast Chłód ponownie podważa jego nadzieje. Trzy odmienne stany psychiczne, a głos nie zawsze dostarcza im równie przekonujących odcieni. Bywa nazbyt wygładzony, pozbawiony szorstkości czy nieprzewidywalności, które mogłyby uczynić bohatera bardziej wiarygodnym. Słowa opowiadają o człowieku walczącym z mechanicznym podporządkowaniem, podczas gdy wokal momentami sam sprawia wrażenie przesadnie zdyscyplinowanego. Osobliwy paradoks.
Restart, czyli odrodzenie na kredyt
W środkowej części albumu muzycy proponują jeden z bardziej uzasadnionych dramaturgicznie kontrastów. Restart zapowiada odzyskanie siły i kontroli nad własnym losem. To nagranie o najwyższym średnim poziomie sygnału na płycie. Następujący po nim Chłód zajmuje przeciwległy biegun, będąc pod tym względem najmniej intensywnym spośród siedmiu pełnowymiarowych piosenek. Zmiana odpowiada przebiegowi opowieści: bohater dopiero co odzyskał oddech, by chwilę później ponownie pogrążyć się w emocjonalnym bezruchu. Swoją drogą, gdyby wszystkie ludzkie kryzysy dawało się rozwiązać jednym restartem, psychoterapia musiałaby ustąpić miejsca serwisom komputerowym.
Na papierze rozwiązanie wygląda bardzo dobrze. Muzycznie pozostawia jednak pewien niedosyt. Kontrast jest czytelny, lecz przejście pomiędzy jego biegunami nie posiada pełnej dramaturgicznej nieuchronności. Oba utwory wiedzą, jaki stan mają reprezentować, ale gorzej radzą sobie z przekazaniem sobie emocjonalnej pałeczki. „Restart” rozpędza mechanizm, „Chłód” go wyhamowuje, lecz pomiędzy tymi czynnościami brakuje przekonującego poczucia ciągłości. A przecież to właśnie podobne relacje decydują o powodzeniu albumu koncepcyjnego. Sama kolejność piosenek nie wystarczy, jeżeli ich muzyczna logika nie wzmacnia opowiadanej historii.
Podobnie rzecz ma się z Maszyną. Kompozycja wyróżnia się stosunkowo wyrównanym poziomem energii i należy do intensywniejszych momentów albumu. Mogłaby więc stanowić dogodną przestrzeń do budowania niemal hipnotycznej motoryki, w której repetycja staje się źródłem napięcia. Tymczasem powraca niedostatek rytmicznego ciśnienia. Przeciągane motywy nie zawsze zyskują nowe znaczenie; czasami po prostu trwają, jakby cierpliwie oczekiwały na decyzję o dalszym rozwoju. Nie jest to kwestia samego tempa. Wolna muzyka potrafi wywoływać napięcie trudniejsze do zniesienia niż najbardziej rozpędzony rockowy galop. Potrzeba tylko wyczucia chwili, w której kolejna repetycja zaczyna coś zmieniać — albo przestaje już cokolwiek wnosić.
Stalowy człowiek na glinianych nogach
Najbardziej konsekwentnie rozwijana pozostaje warstwa literacka. 50/50 podejmuje temat wewnętrznego rozdarcia, a finałowy Człowiek ze stali przekształca wcześniejszą symbolikę zniewolenia w narzędzie oporu. Stal, która początkowo odbierała bohaterowi człowieczeństwo, teraz staje się materiałem jego odporności. Jest w tym filozoficzna dwuznaczność. Czy człowiek, który nauczył się nie cierpieć, rzeczywiście odzyskał wolność? A może po prostu zbudował sobie nowy pancerz, wygodniejszy od poprzedniego, lecz równie skutecznie oddzielający go od świata?
Muzycznie finał posiada wyraźny punkt zwrotny. W okolicach połowy pojawia się gwałtowny spadek energii, po którym końcowa część odzyskuje intensywność. Takie rozwiązanie daje spore możliwości zamknięcia koncepcyjnej historii. Pozostaje jednak charakterystyczne dla całej płyty poczucie częściowo niewykorzystanego potencjału. Quinta Essentia potrafi przygotować interesujące zdarzenie, lecz nie zawsze nadaje mu odpowiednią wagę przez to, co następuje przed nim i po nim.
Być może przydałaby się tutaj bardziej zdecydowana redakcja kompozycji. Niektóre fragmenty warto byłoby skrócić, inne rozwinąć śmielej, pozwolić ciekawszym motywom przejąć większą część muzycznej odpowiedzialności. Chwilami brakuje również pewności wykonawczej, rozumianej szerzej niż techniczna sprawność. Jest to raczej owa trudna do zdefiniowania stanowczość zespołu, który wie, dokąd zmierza, i nie potrzebuje za każdym razem upewniać się, czy wybrał właściwy kierunek. Quinta Essentia niekiedy sprawia wrażenie, jakby przed ważniejszym zwrotem odruchowo zdejmowała nogę z gazu. Nie dlatego, że zabrakło paliwa. Raczej z obawy, żeby przypadkiem nie pojechać za daleko.
Nie odbierałbym jednak muzykom zasług za rzeczywistą poprawę względem „Lustra Snów”. Już historia ich powrotu po latach pokazuje, że mamy do czynienia z przedsięwzięciem wynikającym z autentycznej potrzeby tworzenia. Nowy album idzie dalej. Zespół rozwija warsztat aranżacyjny, odważniej poszukuje kontrastów i zaczyna nadawać muzyce własną dramaturgię. Wiele pomysłów zasługuje na uznanie. Problemem pozostaje sposób ich łączenia i rozwijania, a także niedostateczna ekspresyjność wokalu, który przy tak ambitnej narracji powinien odgrywać bardziej wyrazistą rolę.
Muzycy nadal poruszają się w przestrzeni tradycyjnego polskiego rocka, z jego swojską bezpośredniością i przywiązaniem do sprawdzonych rozwiązań. Samo w sobie nie stanowi to wady. Wystarczy przypomnieć „Fables And Fairytales” Karakorum, żeby przekonać się, jak wiele życia można wydobyć z dawnych rockowych języków. Podobnie jak w przypadku opisywanego przed laty „Seven” Underfate, o powodzeniu bardziej rozbudowanych kompozycji decyduje również umiejętność scalania odmiennych pomysłów. Quinta Essentia jest dziś bliżej tego celu niż wcześniej, choć zbyt często zawraca przed jego osiągnięciem.
„Mechaniczne Serce” pozostaje albumem nierównym, pełnym sympatycznej szczerości i coraz dojrzalszych aranżacyjnych ambicji, ale wciąż pozbawionym dostatecznie mocnego muzycznego kręgosłupa. Nie jest to już jedynie zapis bezpretensjonalnego grania. Zespół zaczyna mieć więcej do powiedzenia; potrzebuje tylko większej odwagi, by własne pomysły rozwinąć do końca. Przydałoby się mocniejsze operowanie napięciem, bardziej stanowcze prowadzenie kompozycji i wokal, który od czasu do czasu przestanie grzecznie relacjonować dramat, a zacznie go naprawdę przeżywać.
Quinta Essentia ma już za sobą udany powrót i zauważalny artystyczny postęp. Teraz pora przestać traktować własne muzyczne przyzwyczajenia jak instrukcję obsługi, której nie wolno naruszyć. Serce można zbudować z najbardziej obiecujących części, lecz dopiero właściwy przepływ nadaje im sens. Dębickie trio ma już z czego budować. Pozostaje sprawić, żeby cały ten organizm wreszcie złapał oddech — i nie oddawał go przy pierwszym trudniejszym zakręcie.




