Dawid Podsiadło – Mori interpretacja tekstu
Dawid Podsiadło – Mori interpretacja tekstu

Dawid Podsiadło – „Mori”. Śmierć przyszła za wcześnie. Można złożyć reklamację?

Śmierć przyszła za wcześnie

Śmierć w Mori Dawida Podsiadły ma fatalne wyczucie czasu. Przychodzi bez zapowiedzi, ponagla, nie chce słyszeć o zmianie terminu. Człowiek, którego przyszła zabrać, usiłuje negocjować, prosi o odrobinę cierpliwości, grozi buntem, a w końcu proponuje, żeby zainteresowano się kimś innym. Brakuje tylko numerka z kolejkomatu i informacji, gdzie można złożyć reklamację. Cała ta administracyjna groteska trwa jednak zaledwie do chwili, w której przypominamy sobie, o co właściwie bohater prosi. Chciałby jeszcze potrzymać czyjąś dłoń.

To wystarczy, żeby humor ugrzązł w gardle. Mori jest bowiem piosenką o człowieku, który nie potrafi zaakceptować własnego końca, choć próbuje już zatroszczyć się o życie tych, których zostawi. Jego bunt brzmi chwilami niemal dziecinnie. Pożegnanie okazuje się natomiast zaskakująco dojrzałe. Obie postawy należą do tej samej osoby i żadna nie wygrywa ostatecznie.

Dawid Podsiadło nie pozostawił słuchaczy wyłącznie z domysłami. W rozmowie z Przemysławem Bollinem dla Onetu, opublikowanej przy okazji premiery albumu „Lata Dwudzieste” w październiku 2022 roku, wyjaśnił, że podczas pisania przyszła mu do głowy możliwość zaśnięcia, z którego już się nie obudzi. Zaczął rozmyślać o ludziach, których kocha, i o tym, co mógłby im powiedzieć, aby jego odejście nie odebrało im radości życia. Z tej myśli narodziło się Mori. Wiedza o autorskim zamyśle pomaga zrozumieć tekst, ale nie wyjaśnia jeszcze, dlaczego pożegnanie przybrało tak osobliwą postać.

Jeszcze chwilę. Przecież dopiero trzymałem cię za rękę

Muszę iść
Już mnie tam wołają
Zimno dziś
A chciałem trochę dłużej
Potrzymać dłoń
Czuć jak płynie przyjemny prąd

Pierwsze słowa brzmią niemal zwyczajnie. Ktoś musi wyjść, choć wolałby zostać. W dodatku na dworze jest zimno, a po drugiej stronie tej rozmowy znajduje się człowiek, którego dotyk sprawia mu przyjemność. Można by pomyśleć o zakończeniu udanego wieczoru, gdyby nie niepokojące „tam” i nieokreśleni ludzie, którzy już go wzywają.

Podsiadło bardzo oszczędnie urządza tę scenę. Nie pokazuje szpitalnego łóżka, nie opisuje wypadku ani choroby. Nie wiadomo nawet, czy bohater umiera nagle, czy od dawna spodziewał się końca. Zostajemy wrzuceni w sam środek ostatniej rozmowy, bez czasu na poznanie okoliczności. Zresztą mówiący również nie ma go wiele.

Uwagę zwraca skromność ostatniego życzenia. Nie chodzi o jeszcze jeden rok, niedokończoną podróż czy spełnienie marzenia odkładanego od dzieciństwa. Bohater chciałby przedłużyć dotyk dłoni. Podsiadło sprowadza w ten sposób wielką abstrakcję śmierci do czegoś, czego utratę można sobie niemal fizycznie wyobrazić. Nieodwracalność końca jest przerażająca sama w sobie, ale tutaj otrzymuje bardzo konkretną postać: za moment nie będzie już można poczuć ciepła drugiego człowieka.

Przyjemny prąd przepływający między dwojgiem ludzi może kojarzyć się z zakochaniem, ale nie musi ograniczać się do romantycznego doświadczenia. Bliskość bywa przecież równie silna między rodzicem a dzieckiem czy członkami rodziny. Tekst nie określa adresata na tyle dokładnie, żeby zamknąć interpretację w jednym rodzaju relacji. Najważniejszy jest sam gest, który mówiący próbuje zatrzymać w czasie.

Zaświaty nie przyjmują reklamacji

A co jeżeli nie chcę?
Jeśli zrobię bunt?
Weźcie się nie spieszcie
Proszę Was o luz
Łamie mi się serce
Pali mi się grunt
Błagam, jeszcze nie chcę
Jeszcze kilka słów

Podsiadło pozwala bohaterowi zachować się w sposób, który przy śmierci zwykliśmy uważać za mało stosowny. Ten człowiek nie wygłasza ostatniej mądrości ani nie żegna się z godnością bohatera filmowego. Wdaje się w sprzeczkę. Najpierw pyta, czy jego zgoda jest w ogóle potrzebna, następnie grozi nieposłuszeństwem, a kiedy to nie pomaga, usiłuje wyprosić kilka dodatkowych chwil. Co więcej, zwraca się do swoich tajemniczych rozmówców językiem niemal koleżeńskim. Jakby śmierć była spóźnionym transportem, którego kierowca nie ma ochoty czekać.

Nie wiemy, kim są ci, którzy go wzywają. Aniołami? Wysłannikami jakiejś nieznanej siły? Uosobieniem zbliżającego się końca? Piosenka nie daje żadnych wskazówek pozwalających wybrać jedną odpowiedź. Wiemy natomiast, że zwracając się do nich, bohater używa liczby mnogiej. Mówi do jakiegoś „Was”, z którym usiłuje się targować. Kiedy myśli o ukochanej osobie, wraca do pojedynczego „Ty”. Ta zmiana adresata porządkuje całą historię: z jednymi prowadzi beznadziejne negocjacje, drugiej chce oszczędzić bólu.

W jego proteście można dostrzec coś więcej niż paniczny lęk. Pytanie o bunt zdradza przywiązanie do przekonania, że człowiek powinien mieć wpływ na własny los. Przez całe życie wybieramy, przesuwamy terminy, odmawiamy, zmieniamy zdanie. Bohater próbuje przenieść tę codzienną logikę na wydarzenie, wobec którego wszystkie podobne umiejętności stają się bezużyteczne. Ostateczność śmierci polega również na tym, że po raz pierwszy nie ma już sensu pytać, czy można umówić się na kiedy indziej.

Pod koniec protestu ton się zmienia. Znikają żarty, znika pozór równorzędnej rozmowy. Zostaje błaganie o kilka słów. Nie wiemy, co jeszcze chciał powiedzieć. Być może dokładnie to, co za chwilę wyśpiewa w refrenie.

Bukiet róż na własne pożegnanie

A jeśli już
To wezmę tam ze sobą bukiet róż
Przy bramie będę czekał, patrząc w dół
Ty w wolnej chwili czasem na mnie spójrz

W refrenie pojawia się pierwsze ustępstwo. Bohater nadal nie akceptuje bezwarunkowo swojego losu, ale zaczyna rozważać, co zrobi, jeśli jednak będzie musiał odejść. Nagle z człowieka awanturującego się z nieznanymi wysłannikami przeistacza się w kogoś, kto przygotowuje powitanie po drugiej stronie.

To zaskakujący pomysł. W tradycji pogrzebowej kwiaty przynoszą przecież ci, którzy zostali. Podsiadło odwraca kierunek tego gestu. Umierający zamierza zabrać róże ze sobą, aby czekać z nimi na kolejne spotkanie. Można zobaczyć w tym romantyczne wyobrażenie zaświatów, ale sam szczegół jest znacznie bardziej ludzki niż cała metafizyczna sceneria. Ktoś chce przywitać ukochaną osobę tak, jak witałby ją podczas zwyczajnego spotkania. Tylko okoliczności są nieco bardziej skomplikowane.

Brama sugeruje granicę między życiem a śmiercią, a spojrzenie skierowane w dół przywołuje tradycyjny obraz nieba. Nie oznacza to jednak, że utwór należy traktować jako religijne wyznanie. Podsiadło w tym samym wywiadzie dla Onetu mówił o swoim ateizmie. Można więc posługiwać się religijnymi obrazami bez przekonania o ich dosłownym istnieniu. W Mori stanowią one wygodny język dla nadziei, że rozstanie nie musi oznaczać definitywnego zerwania więzi.

Jest w tym obrazie jeszcze jedna nieoczywista rzecz. Bohater, który przed chwilą nie miał żadnej kontroli nad własnym odejściem, nagle staje się organizatorem przyszłego spotkania. Wybiera kwiaty, miejsce oczekiwania, obiecuje obecność. Odzyskuje w wyobraźni sprawczość odebraną mu przez śmierć.

Wspominaj mnie, ale nie za często

A jeśli już
To nie martw się, pamiętam każdy dzień
A miejsce będzie zawsze obok mnie
Czekać aż i Ty dołączysz tu

W tym fragmencie kryje się główna intencja utworu. Podsiadło wyobraża sobie, że pozostanie komuś wierny w pamięci, a jednocześnie nie chce odbierać drugiej osobie prawa do normalnego życia. Chwilę wcześniej prosił przecież, by wspominała go jedynie od czasu do czasu, w wolnej chwili. To sformułowanie jest niezwykle delikatne jak na okoliczności. Nie ma w nim żądania wiecznej żałoby, codziennych odwiedzin na cmentarzu ani deklaracji, że nikt nigdy nie będzie w stanie zająć jego miejsca.

Jeszcze ciekawsza jest nierówność tych dwóch obietnic. On zapowiada, że zapamięta każdy wspólny dzień. Od drugiej osoby oczekuje znacznie mniej. Jakby usiłował przejąć na siebie większą część odpowiedzialności za zachowanie wspomnień. Oczywiście nie jest w stanie zagwarantować, że po śmierci będzie cokolwiek pamiętał. Takiej pewności nie posiada ani bohater, ani słuchacz. Ale wyobrażone zapewnienie może przynieść ulgę już za życia.

Jest jednak w tym pocieszeniu pewna niewygodna sprzeczność. Czekanie na ukochaną osobę po drugiej stronie oznacza przecież również oczekiwanie na jej śmierć. Podsiadło nie rozwiązuje tego paradoksu. Bohater pragnie, aby ktoś żył dalej, a jednocześnie marzy o ponownym spotkaniu. Możemy odczytać to jako zwykłą ludzką niekonsekwencję, wynikającą z niemożności pogodzenia się z rozstaniem. I trudno żądać od umierającego człowieka większej konsekwencji. Chce przecież rzeczy niemożliwych, a mimo to nie potrafi przestać ich chcieć.

W rozmowie z Onetem Podsiadło wyjaśniał, że zależało mu na przekazaniu bliskim zgody na dalsze czerpanie radości z życia. W tekście ta zgoda nie zostaje wygłoszona z pozycji człowieka pogodzonego ze śmiercią. Przeciwnie, udziela jej ktoś, kto nadal próbuje przed śmiercią uciec. Dzięki temu pożegnanie zachowuje swoją wiarygodność.

Najpierw płynął prąd. Teraz odpływa człowiek

Nie wolno mi
Zwlekać chwili dłużej
Tu straszny ścisk
Mieliście przyjść później
Ja płynę i
Biorą mnie gdzieś daleko stąd

Druga zwrotka powtarza sytuację z początku piosenki, ale zmienia jej perspektywę. Wcześniej bohater sam oznajmiał, że musi odejść. Teraz mówi już o zakazie dalszego zwlekania, a potem opisuje, jak zostaje zabrany w nieznanym kierunku. W pierwszej zwrotce próbował jeszcze decydować o własnym zachowaniu. Tutaj pozostaje mu jedynie relacjonowanie tego, co robią z nim inni.

Interesująco pracują czasowniki. Na początku utworu przyjemny prąd przepływał między dwojgiem ludzi. W drugiej zwrotce płynie sam bohater, jakby został porwany przez nurt. W obu przypadkach pojawia się podobne wyobrażenie ruchu, lecz jego znaczenie zmienia się całkowicie. Pierwszy przepływ oznaczał doświadczenie bliskości, które chciał przedłużyć. Drugi prowadzi go coraz dalej od osoby, przy której pragnął zostać.

Nie trzeba zakładać, że Podsiadło świadomie zaplanował tę zależność jako literacką figurę. Wystarczy zauważyć, jak działa ona podczas czytania obu zwrotek razem. Ten sam człowiek, który przed chwilą odczuwał życie przez dotyk, teraz opisuje własne oddalanie się od niego.

Wśród tych obrazów pojawia się również zdanie o ścisku. Pozostaje zagadkowe. Czy bohater znajduje się w zatłoczonej przestrzeni? Czy wyobraża sobie kolejkę do zaświatów? A może jest to wyłącznie potoczne określenie zamieszania towarzyszącego umieraniu? Tekst nie rozstrzyga tego problemu. Ważniejsza wydaje się pretensja skierowana do tych, którzy mieli przyjść później. Bohater zachowuje się tak, jakby ktoś pomylił datę spotkania. To niemal zabawne przypuszczenie przestaje jednak śmieszyć, kiedy uświadomimy sobie, że rozmówcą jest sama śmierć.

Innych sobie bierzcie. Ja zostaję

A co jeśli ja nie chcę?
Jeśli zrobię bunt?
Innych sobie bierzcie
Ja zostanę tu
Czuję Twoje serce
Nie chce się przestać tłuc
Błagam chwilę jeszcze
Jeszcze kilka słów

Powraca znajomy protest, lecz tym razem bohater nie ogranicza się do prośby o wyrozumiałość. Proponuje, by zabrano innych. Zdanie wypowiedziane w spokojnych okolicznościach mogłoby zabrzmieć okrutnie. Tutaj odsłania raczej rozpaczliwą logikę kogoś, kto nadal wierzy, że można wynegocjować wyjątek od ostatecznego wyroku. Nie zastanawia się nad losem nieznanych ludzi. Chce po prostu ocalić własne życie, a w tej chwili jego wyobraźnia nie potrafi znaleźć rozsądniejszego rozwiązania.

Warto zwrócić uwagę na mocniej zaznaczone „ja”. Bohater przeciwstawia własną wolę decyzji tajemniczych rozmówców. Co z tego, że oni postanowili? On przecież nie wyraził zgody. To spór, w którym jedna ze stron nie uznaje kompetencji drugiej, choć nie ma najmniejszych możliwości jej powstrzymania.

W tej samej zwrotce pojawia się serce ukochanej osoby. Wcześniej mówiący opisywał własne pękające serce, teraz czuje bicie cudzego. To istotne przesunięcie. Jeszcze przez chwilę uczestniczy w życiu drugiego człowieka, odczuwa jego fizyczną obecność, ale sam zostaje już od niego oddzielany. Dwa serca znajdują się obok siebie, choć przyszłość każdego z nich zaczyna wyglądać inaczej.

Po raz kolejny prosi o czas na kilka słów. Ta uporczywość mówi sporo o konstrukcji piosenki. Bohater nie domaga się ostatecznie szczególnego przywileju ani wielkiego odkrycia. Chciałby dokończyć rozmowę, którą ktoś brutalnie przerwał. W tym sensie śmierć nie oznacza wyłącznie utraty życia, ale również odebranie możliwości powiedzenia tego, co jeszcze miało znaczenie.

Po co powtarzać pożegnanie, skoro już je usłyszeliśmy?

Po drugim proteście wraca ten sam refren: bukiet róż, brama, obietnica pamięci i miejsce pozostawione obok siebie. Podsiadło nie dopisuje nowych argumentów. Nie rozwija wizji zaświatów ani nie zapewnia, że lęk minął. Słyszymy ponownie tę samą próbę pocieszenia, ale okoliczności zdążyły się zmienić. Bohater jest już dalej od miejsca, w którym chciał zostać.

Właśnie dlatego powtórzenie działa inaczej niż za pierwszym razem. Początkowo mogliśmy potraktować refren jako pożegnanie przygotowywane na wszelki wypadek. Teraz staje się wypowiedzią człowieka, którego prośby prawdopodobnie nie zostały wysłuchane. Jego obietnice pozostają niezmienne, choć świat wokół niego wymyka się spod kontroli. Jest w tym coś upartego i zarazem bezradnego. Skoro nie może wynegocjować pozostania, przynajmniej nie chce wycofać tego, co powiedział ukochanej osobie.

Powtarzanie słów bywa również sposobem oswajania lęku. Człowiek przywołuje znajome zdania, gdy nie ma już nic nowego do zaproponowania. W Mori pożegnalna obietnica nabiera przez to cech zapewnienia, które mówiący kieruje także do samego siebie. Chce wierzyć, że po drugiej stronie będzie na kogo czekać. Nie wiemy, czy naprawdę w to wierzy, czy tylko chciałby uwierzyć.

Dom po drugiej stronie. Ale czy on naprawdę chce wracać?

Going back home, going back
Going back home, going back

Anglojęzyczny motyw w zakończeniu powtarza zapewnienie o powrocie do domu. To niezwykle spokojne określenie podróży, której polski bohater przez cały utwór usiłuje uniknąć. Nikt nie musi go przekonywać do powrotu z wakacji ani prosić, żeby nie przedłużał spotkania. Mowa o odejściu, którego nie potrafi zaakceptować. Skąd więc ten dom?

Można usłyszeć w tej frazie tradycyjne wyobrażenie śmierci jako powrotu do pierwotnego miejsca, z którego człowiek przyszedł na świat. Można potraktować ją jako kojące zapewnienie, że podróż ma jakiś cel. Ale istnieje również mniej pocieszająca możliwość: powtarzane słowa brzmią jak komunikat, którego bohater nie chciał słyszeć, choć ostatecznie nie może go już powstrzymać.

Nie ma podstaw, by utożsamiać anglojęzyczną frazę z dosłownym głosem Boga, aniołów czy zmarłych. Piosenka pozostawia jej nadawcę nieokreślonym. Jej znaczenie ujawnia się przede wszystkim w zestawieniu z polskim tekstem. Tam padają rozpaczliwe prośby o pozostanie. Tutaj słyszymy słowo sugerujące, że odchodzenie jest jednak jakąś formą powrotu.

Właśnie w tym miejscu Mori pozostawia słuchacza z trudną sprzecznością. Dom kojarzy się z bliskością i bezpieczeństwem. Bohater ma jednak wszystko, co chciałby zatrzymać, po stronie życia. Gdyby ktoś zapytał go o adres, zapewne wskazałby miejsce, w którym przed chwilą trzymał czyjąś dłoń. Nie potrzebuje nowej ojczyzny w zaświatach. Potrzebuje jeszcze kilku minut tutaj.

Puste miasto, pełne wspomnień

W lutym 2023 roku Mori otrzymało teledysk w reżyserii Tadeusza Śliwy. Wystąpił w nim Jerzy Skolimowski, przemierzający opustoszałą Warszawę. Materiał wykorzystuje zdjęcia zarejestrowane w pierwszych dniach pandemicznego lockdownu. Jak wynika z oficjalnego komunikatu Sony Music, Podsiadło początkowo nie planował żadnego obrazu do tak intymnej piosenki. Pomysł Śliwy, określany roboczo jako „antyteledysk”, przekonał go dopiero swoją oszczędnością.

W teledysku właściwie niewiele się wydarza. Skolimowski spaceruje po mieście, które zachowało wszystkie swoje budynki, ulice i skrzyżowania, ale niemal całkowicie utraciło ludzi. Ta pustka otwiera interpretację szerszą niż samotność umierającego. Można przecież spojrzeć na nią oczami osoby, która po czyimś odejściu nadal musi poruszać się po znajomych miejscach. Wszystko znajduje się tam, gdzie wcześniej, ale nic nie wygląda już tak samo.

Sam reżyser teledysku w wypowiedzi udostępnionej przez Sony Music stawiał pytania zarówno o odejście, jak i o życie w świecie pozbawionym najbliższej osoby. To dwa doświadczenia, które w piosence nakładają się na siebie. Mówiący wyobraża sobie własną śmierć, ale jego troska od początku wybiega ku temu, kto pozostanie. Podobny problem braku i obecności pojawia się w naszej interpretacji Wish You Were Here Pink Floyd, choć tam słuchamy przede wszystkim głosu tych, którzy kogoś pragną odzyskać.

Teledysk nie wyjaśnia, kim są tajemniczy wysłannicy ani dokąd zabierają bohatera. Pokazuje raczej, dlaczego jego obietnica ma znaczenie dla drugiej osoby. Pamięć o zmarłym nie ogranicza się do rocznic i uroczystości. Potrafi odezwać się podczas zwykłego spaceru ulicą, na której nagle zabrakło kogoś, kto wcześniej chodził obok.

Jeszcze kilka słów, których już nie będzie

Podsiadło w autorskim komentarzu przytoczonym w serwisie Tekstowo określił Mori jako pewien rodzaj epitafium. To trafne słowo, choć w jego zastosowaniu kryje się niewielka przewrotność. Epitafium zwykle czytają żywi, już po śmierci człowieka, którego upamiętnia. Tutaj autor próbuje napisać je zawczasu, wypowiedzieć własne pożegnanie, a przy okazji wpłynąć na to, jak bliscy będą wspominać jego odejście.

W utworze nie pada wielka odpowiedź na pytanie o sens śmierci. Bohater nie otrzymuje objawienia, nie poznaje tajemnicy zaświatów ani nie dochodzi do przekonania, że wszystko wydarzyło się we właściwym momencie. Do końca pozostaje człowiekiem, który chciałby jeszcze trochę czasu. Jego pożegnalne słowa nie wynikają z pogodzenia ze śmiercią, ale z troski o kogoś, kto zostanie z jej konsekwencjami.

Może właśnie dlatego ta piosenka potrafi poruszać również wtedy, gdy nie podzielamy żadnej religijnej wizji życia po śmierci. Nie trzeba wierzyć w bramę, przy której ktoś czeka z bukietem róż, żeby rozumieć potrzebę pozostawienia drugiemu człowiekowi czegoś dobrego. Bohater Mori nie może już obiecać wspólnych wakacji, rozmowy następnego dnia ani kolejnego spotkania przy stole. Może jedynie spróbować sprawić, żeby jego odejście nie stało się dla bliskiej osoby końcem wszystkiego.

A jednak im dłużej słuchamy jego obietnic, tym wyraźniej wraca pierwsza prośba. Nie było w niej niczego nadzwyczajnego. Chciał potrzymać czyjąś dłoń, poczuć przyjemny prąd i powiedzieć jeszcze kilka słów. Nie zdążył wynegocjować nawet tego. Pozostawił za to piosenkę, w której wciąż próbuje.

Mori pochodzi z albumu „Lata Dwudzieste” Dawida Podsiadły, wydanego w 2022 roku. Pełny tekst piosenki można przeczytać w serwisie Tekstowo. Kontekst powstania utworu został przedstawiony w wywiadzie dla Onetu, a szczegóły realizacji teledysku w materiałach Sony Music.