Blindead 23 wracają z ciężarem właściwym. „Deuterium” zapowiada debiut, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion
Premiera, która nie udaje skromności
Blindead 23 Deuterium to jedna z tych zapowiedzi, które od razu ustawiają poprzeczkę wysoko. Zespół ogłosił, że jego pierwszy pełnowymiarowy album pod szyldem Blindead 23 ukaże się 24 kwietnia 2026 roku, a razem z tą informacją do sieci trafił tytułowy utwór. To ważna wiadomość nie tylko dla fanów dawnego Blindead, ale też dla wszystkich, którzy szukają w metalu czegoś więcej niż sprawnie odfajkowanego ciężaru: dramaturgii, gęstości, napięcia i brzmienia, które ma własną temperaturę.
Tu nie chodzi o zwykłe „wydamy płytę i zobaczymy”. Blindead 23 wchodzą w ten etap z materiałem, który był nagrany już w 2023 roku, a później długo dopracowywany. Taka metoda zwykle kończy się jednym z dwóch rezultatów: albo przesadnym wygładzeniem, albo płytą, która naprawdę dojrzewa. Wszystko wskazuje na to, że w tym przypadku mamy do czynienia z tą drugą opcją.
Album ukaże się nakładem Peaceville Records, czyli wytwórni, która dla słuchaczy cięższych i bardziej poszukujących odmian metalu pozostaje marką o bardzo konkretnym ciężarze symbolicznym. Sam fakt, że Blindead 23 debiutują właśnie tam, nie jest ozdobnikiem do biogramu, tylko czytelnym sygnałem ambicji.
Tytułowy utwór już mówi bardzo dużo
Najlepsze w tej zapowiedzi jest to, że nie musimy opierać się wyłącznie na deklaracjach. Tytułowy singiel „Deuterium” już jest i daje całkiem wyraźny obraz kierunku, w którym zmierza zespół. To nie jest numer skrojony pod algorytm, nie ma tu pośpiesznego refrenu ani wygodnych haków do szybkiego udostępniania. Zamiast tego dostajemy materiał, który pracuje atmosferą, napięciem i stopniowym zagęszczaniem formy.
Właśnie w tym słychać najwięcej: Blindead 23 nie chcą wracać jako nostalgia-band dla wtajemniczonych. Wolą wejść jeszcze głębiej w rejony, gdzie post-metalowa rozciągliwość, sludge’owa masa, progresywna konstrukcja i elektroniczne tło nie walczą ze sobą o miejsce, tylko budują jeden organizm.
Wizualizer do utworu nie próbuje przykrywać muzyki efekciarstwem. Działa raczej jak przedłużenie jej klimatu: surowe, skupione, pozbawione zbędnego teatralnego nadmiaru. To akurat dobra wiadomość, bo przy takiej muzyce najważniejsze i tak dzieje się w samym dźwięku.
Brzmienie, które ma ciężar
Z zapowiedzi i pierwszego singla wynika, że „Deuterium” będzie albumem długiej formy. Siedem utworów rozpisanych na ponad 53 minuty sugeruje, że zespół nie celuje w zestaw pojedynczych strzałów, tylko w pełnoprawną narrację. I bardzo dobrze, bo właśnie w takim formacie Blindead 23 wydają się najsilniejsi: kiedy mogą pozwolić sobie na budowanie napięcia, powolne przesuwanie akcentów i pozostawianie miejsca dla ciszy, pogłosu oraz sonicznego półmroku.
W oficjalnych opisach płyta pojawia się jako koncepcyjna podróż, ale warto odrzeć to określenie z promocyjnego kurzu. W praktyce chodzi o materiał, który nie ma działać jak playlista, tylko jak zamknięta całość. Tytuły takie jak Immersion I, Immersion II, Towards the Dark czy You Are the Universe sugerują, że zespół myśli nie tylko riffem, ale też dramaturgią i ruchem między utworami.
Równie istotna jest produkcja. Za nagranie i produkcję odpowiada David Castillo, znany z pracy z takimi nazwami jak Opeth, Carcass, Katatonia czy Leprous. To producent, który rozumie, że ciężar nie zawsze polega na tym, by wszystko było maksymalnie głośne i dociśnięte. Czasem prawdziwa siła bierze się z przestrzeni, selektywności i dobrze ustawionego kontrastu. Z kolei miks i mastering przygotował Kuba Mańkowski, od lat związany z zespołem i wyraźnie współodpowiedzialny za charakter tego świata dźwiękowego.
Powrót czy nowy rozdział?
Najuczciwiej będzie powiedzieć tak: Blindead 23 nie są debiutantami, ale „Deuterium” jest ich debiutem jako Blindead 23. To istotne rozróżnienie. Za tym szyldem stoi przecież ciąg dalszy historii zespołu, który wcześniej funkcjonował jako Blindead i zostawił po sobie mocny katalog, z „Niewiosną” na czele. Zmiana nazwy nie wygląda tu na kosmetyczny zabieg, tylko na próbę wyznaczenia nowej osi działania.
Już wcześniejsze wydawnictwa pod nowym szyldem pokazały, że grupa nie zamierza grać własnego pomnika. EP-ka „Vanishing” z 2024 roku oraz późniejszy singiel „Disposed” z 2025 roku były raczej laboratorium niż kurtuazyjnym przypomnieniem o istnieniu. Słychać było w nich zarówno pamięć o wcześniejszym Blindead, jak i potrzebę dalszego przesuwania granic: w stronę bardziej hipnotycznej elektroniki, większej przestrzeni i kompozycyjnego rozmachu.
Dlatego „Deuterium” zapowiada się nie jako sentymentalny comeback, tylko jako nowy rozdział polskiego avant-metalu. Taki, który ma odwagę czerpać z przeszłości, ale nie pozwala jej przejąć kontroli nad teraźniejszością. W czasach, gdy wiele ciężkich płyt brzmi tak, jakby powstały bardziej z obowiązku niż z wewnętrznej potrzeby, to naprawdę spora różnica.
Ludzie, którzy niosą ten album
Na pierwszym planie stoi oczywiście Mateusz „Havoc” Śmierzchalski, muzyk, którego nikomu śledzącemu polską scenę ciężką przedstawiać nie trzeba. Obok niego mamy jednak skład, który sam w sobie budzi uwagę, bo nie wygląda na przypadkowe zlepienie głośnych nazwisk. To raczej zespół ludzi, którzy potrafią grać muzykę technicznie wymagającą, ale bez popadania w akademicki chłód.
- Patryk Zwoliński – wokal
- Mateusz Śmierzchalski – gitary, syntezatory, fortepian, soundscapes
- Roger Öjersson – gitary, klawisze, wokal
- Paweł „Pavulon” Jaroszewicz – perkusja
Do tego dochodzą muzycy współtworzący sam materiał: Maciej Janas na gitarach, fortepianie i chórkach, Vinicius Nunes na basie oraz Stephane Azam odpowiedzialny za syntezatory. Ten zestaw tłumaczy, skąd bierze się w tej muzyce jednocześnie masa, detal i pewna filmowa głębia.
Warto dodać jeszcze jedno: takie nazwiska łatwo sprzedać w jednym zdaniu z przedrostkiem „ex-”, ale w przypadku Blindead 23 to byłoby pójście na skróty. Owszem, w tle przewijają się skojarzenia z Behemoth, Katatonią, Vaderem czy Decapitated, jednak „Deuterium” nie zapowiada się na zlepek biografii. Słychać raczej próbę stworzenia własnego idiomu z ludzi, którzy zjedli już zęby na ciężkiej muzyce.
Siedem utworów, żadnych wypełniaczy
Tracklista „Deuterium” wygląda jak plan albumu, który chce być słuchany w całości, nie w wycinkach. Już sam układ tytułów sugeruje napięcie między zanurzeniem, rozpadem, ciemnością i czymś na kształt kosmicznej perspektywy.
- Immersion I – 07:42
- Immersion II – 10:52
- Wither – 03:39
- Worst Laid Plans – 10:45
- Deuterium – 07:46
- Towards the Dark – 06:53
- You Are the Universe – 06:04
To nie jest rozpiska pod streamingowy refleks. Są tu dwie ponad dziesięciominutowe kompozycje, nie ma żadnej udawanej „radiowej ulgi”, a środek ciężkości leży ewidentnie po stronie rozbudowanych form. Dla jednych będzie to ostrzeżenie, dla innych bardzo mocny argument za tym, by tej premiery pilnować.
Na marginesie: kolekcjonerzy też mają powód, żeby zwrócić uwagę na tę premierę. Album zapowiedziano nie tylko cyfrowo, ale również w kilku fizycznych formatach, w tym jako limitowany podwójny winyl oraz digipack CD. W przypadku muzyki tak mocno nastawionej na całość i klimat to ma sens większy niż zwykle.
To może namieszać
Najciekawsze w przypadku Blindead 23 Deuterium jest to, że zespół nie sprzedaje prostego mitu o wielkim powrocie. Zamiast tego proponuje coś trudniejszego, ale też znacznie ciekawszego: płytę, która chce udowodnić swoją wartość nie opowieścią wokół niej, lecz samą muzyką. A to w 2026 roku jest postawa rzadsza, niż powinna być.
Jeśli tytułowy numer jest wiarygodną zapowiedzią całości, to 24 kwietnia dostaniemy album ciężki nie tylko gatunkowo, ale też emocjonalnie i kompozycyjnie. Taki, który nie będzie się wdzięczył do odbiorcy, tylko zmusi go do wejścia głębiej. I bardzo możliwe, że właśnie dlatego okaże się jednym z ważniejszych metalowych debiutów roku pod polskim szyldem.
Warto więc trzymać Blindead 23 na radarze. Nie z kurtuazji wobec zasłużonych nazwisk, ale dlatego, że wszystko wskazuje na materiał, który naprawdę ma własne ciśnienie, własną grawitację i własny język.



