
Jasna Jovićević należy do tych artystek, które tworzą nie tyle „kolejne płyty”, ile kolejne etapy własnej, konsekwentnie rozwijanej opowieści. Serbska saksofonistka, kompozytorka i liderka zespołów – działająca także na styku artystycznych badań i praktyk transdyscyplinarnych – od lat unika oczywistych rozwiązań. I właśnie dlatego jej muzyka tak często intryguje. Kiedy inni domykają formę, ona zostawia w niej szczelinę dla oddechu, wątpliwości, impulsu. Na najnowszym albumie „Simple Joy” (33 Jazz Records) robi krok w stronę wyjątkowo komunikatywnej muzykalności, czasem wręcz kantylenowej melodyki, nie rezygnując przy tym z własnej nieoczywistości.
„Simple Joy” firmuje Jasna Jovićević Quinary – zespół, w którym spotykają się: instrumenty dęte drewniane (altowy i sopranowy saksofon, klarnet basowy, flet), głos liderki, kontrabas oraz kwartet smyczkowy. Gościnnie pojawia się wibrafonista Pasquale Mirra, a sama koncepcja albumu wyrasta z idei współczesnego chamber jazzu, zderzenia precyzyjnej kompozycji z improwizacją, kameralnej faktury z jazzową elastycznością.
Największą siłą tej płyty jest sposób, w jaki Jovićević zarządza „materią” – barwą, przestrzenią i napięciem. Smyczki nie są tu dekoracją ani tłem mającym „uszlachetnić” jazz. Pracują jak równorzędny organizm, potrafią być miękkim welonem, ale też nerwem, drżeniem, niejednoznaczną artykulacją. Wibrafon nie staje się solistycznym fajerwerkiem, raczej wprowadza światło o specyficznej temperaturze: chłodnej, a jednocześnie zmysłowej, jak refleks na metalu w półmroku.
To, co uderza od pierwszych minut, to smakowna dyscyplina formy. Utwór otwierający, Let’s Go to the Mountains, jest dobrym sygnałem. Jasna nie tylko prezentuje piękny, pełny oddechu ton instrumentu, ale także staranny warsztat wokalny. Jej głos jest delikatny i powabny, ale nie „przykrywa” zespołu, tylko stapia się z wibrafonem i kwartetem smyczkowym, tworząc miękką linię narracji. W efekcie dostajemy zaproszenie: album nie będzie demonstracją siły, tylko sztuką prowadzenia słuchacza przez subtelności.
Tytuł płyty może sugerować łatwą afirmację, ale „Simple Joy” nie jest wcale muzyką prostych odpowiedzi. „Radość” brzmi tu raczej jak praktyka, uważność wobec drobiazgów, umiejętność wydobycia sensu z ciszy między dźwiękami, z mikrogestu smyczka, z pojedynczego oddechu. Materia jest kameralna, lecz emocjonalnie pojemna. Ta płyta potrafi być ciepła, ale nie ociera się o sentymentalizm; bywa zmysłowa, ale nie jest nachalna.
Najbardziej zapada w pamięć Simple Joy – utwór tytułowy – kompozycja, w której Jovićević na klarnecie basowym prowadzi temat piękny jak z filmu, który jeszcze nie powstał. Powolny, dekadencki, zmysłowy – to utwór, który nie tyle „robi wrażenie”, ile zostaje pod powiekami. Jest w nim coś z nocnego spaceru po mieście, w którym światła reklam świecą za jasno, a człowiek i tak idzie w swoim tempie, jakby miał własny metronom. To też moment, w którym wychodzi jej szczególna umiejętność pisania melodii. Nie banalnej, ale takiej, która ma wewnętrzną logikę i daje się nucić bez zdradzania całej tajemnicy.
Z kolei Sigurnost Vatre buduje atmosferę niejednoznaczną. Duża rola kwartetu smyczkowego i ciekawa artykulacja sprawiają, że napięcie jest „podskórne”, a wokal liderki funkcjonuje jak kolejna warstwa barwy, bardziej psychologiczna niż narracyjna. W takich momentach płyta pokazuje, że jest czymś więcej niż zgrabnym mariażem jazzu i kameralistyki, to precyzyjnie zaprojektowany teatr brzmień, w którym każdy instrument ma swoją dramaturgię.
Ważne jest też to, że „Simple Joy” brzmi jak rozwinięcie wcześniejszych dróg artystki, tych bardziej jazzowo-ansamblowych i tych bardziej eksperymentalnych, ale bez wrażenia „rozliczania się” z przeszłością. To raczej dopracowanie języka, który staje się coraz bardziej własny.
Czy są tu momenty, które mogą podzielić słuchaczy? Owszem, kameralna precyzja bywa tak dopieszczona, że ktoś szukający „brudu” i frontalnej energii free może poczuć niedosyt ryzyka. Ale to nie wada, a raczej świadomy wybór estetyczny. Jovićević gra na długim dystansie, stawiając na rezonans i znaczenie, a nie na efekt.
„Simple Joy” to album, który działa w skupieniu. Najlepiej słuchać go nie „w tle”, tylko jak rozmowy, w której każde zdanie ma wagę, nawet jeśli jest wypowiedziane szeptem. A jeśli jazz XXI wieku ma mieć twarz empatii i współbrzmienia – nie w deklaracjach, tylko w praktyce muzycznej – Jasna Jovićević Quinary pokazuje tu bardzo przekonującą propozycję.



