1778744bccfc43d7969c9d4c2d335b5bfranciszek-raczkowski-fot-przemek-kleczkowski
1778744bccfc43d7969c9d4c2d335b5bfranciszek-raczkowski-fot-przemek-kleczkowski

Franciszek Raczkowski i „Ocean” – fortepian wobec bezkresu

ocean cover

Są płyty, których tytuł pozostaje tylko etykietą, estetycznym drogowskazem albo sugestią nastroju. I są też takie, w których tytuł staje się zasadą organizującą całość doświadczenia. „Ocean” Franciszka Raczkowskiego należy właśnie do tej drugiej kategorii. Ten wydany 20 lutego 2026 roku album to solowy projekt fortepianowy, zarejestrowany w domu artysty w maju 2025 roku. Już same te okoliczności nagrania zdradzają, że nie mamy do czynienia z kolejną demonstracją pianistycznej biegłości, lecz z zapisem intymnego procesu, w którym przestrzeń, pamięć i brzmienie stapiają się w jedno.

Raczkowski nie jest zresztą twórcą, którego trzeba przedstawiać od zera. Urodzony w 1991 roku pianista i kompozytor, absolwent fortepianu klasycznego i jazzowego Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, od lat buduje pozycję jednego z najciekawszych polskich muzyków poruszających się pomiędzy jazzem, improwizacją i myśleniem klasycznym. Grał na ważnych scenach w Polsce i za granicą, zdobywał nagrody, a o jego debiutanckim „Apprentice” Jan Ptaszyn Wróblewski mówił jako o muzyce „z wielkimi nadziejami na przyszłość”.

Na „Oceanie” ta droga osiąga szczególną dojrzałość. To album solo, ale ani przez moment nie brzmi jak gest samotnika zamkniętego w sali ćwiczeń. Przeciwnie, brzmi jak spotkanie z czymś większym od wykonawcy. Rzadko zdarza się, by muzyka tak trafnie utożsamiała się z własnym tytułem. Tutaj fortepian naprawdę snuje opowieść o czymś tak nieprzebranym jak ocean – nie jako pejzaż pocztówkowy, lecz jako żywioł psychiczny, forma ruchu, stan wewnętrzny. Zamykając oczy, można niemal zobaczyć linię horyzontu, głębię, która nie kończy się w żadnym konkretnym punkcie, i wodę pozostającą nieustannie w ruchu.

Punktem wyjścia dla „Oceanu” była medytacja Cherie Lorraine, podczas której Franciszek Raczkowski miał wyobrazić sobie zbiornik wodny. Wybrał ocean i od razu zderzył się z paradoksem: jak przejrzeć się w czymś, co nigdy nie pozostaje nieruchome? Z tej niewygody, zmagania z własnym materiałem i długiego procesu oswajania kompozycji zrodził się rdzeń całego projektu. Przez wiele miesięcy pianista testował różne warianty tej muzyki, aż zrozumiał, że wpływy, które początkowo wydawały mu się obce, stały się częścią jego własnego języka. Dlatego w „Oceanie” rzeczywiście można usłyszeć echa Jasona Morana, Keitha Jarretta i Pierre’a Bouleza, ale nie w formie cytatu czy naśladownictwa. Raczkowski przetwarza te inspiracje po swojemu, łączy narracyjne myślenie o fortepianie, swobodę improwizacji oraz konstrukcyjną dyscyplinę, tworząc muzykę osobną, dojrzałą i głęboko wewnętrzną.

Najmocniej działa tu chyba sposób operowania ruchem. Często powracające ostinata nie są tylko technicznym zabiegiem, lecz czymś w rodzaju muzycznego odpowiednika falowania. Nie chodzi o banalną ilustracyjność, ale o poczucie, że forma rodzi się z powtórzenia, z kołysania, z drobnych przesunięć, które nigdy nie pozostają identyczne. Właśnie dlatego ta płyta tak sugestywnie „wodnieje”, nie przez dosłowne naśladownictwo natury, lecz przez logikę przepływu. Raczkowski świetnie rozumie, że ocean nie jest jednolitą masą, ale jest układem napięć między bezruchem i poruszeniem, powierzchnią i głębią, pulsem i zawieszeniem.

Stąd ogromne znaczenie ciszy, pauzy, oddechu. To nie są puste miejsca między dźwiękami, ale strefy sensu. Raczkowski gra frazą z wielką starannością, ale każda myśl wydaje się domknięta, a zarazem otwarta na kolejny przypływ. Ten sposób frazowania rzeczywiście można odczytywać przez metaforę pływów: napięcie narasta, cofa się, zostawia ślad, po czym wraca w zmienionej postaci. Właśnie w tej relacji do czasu słychać pianistę wyjątkowo świadomego. Już wcześniej zwracano uwagę na jego „niezwykłe wyczucie frazy”, „wykonawczą lekkość” i zamiłowanie do bogatych w detale, klasycyzujących form; „Ocean” wydaje się albumem, na którym te cechy znalazły szczególnie nośny, organiczny kontekst.

Warto też zwrócić uwagę na sam układ materiału: jedenaście części, wśród nich tytuły takie jak: river flowing backwards, ocean deformed, chorale, czy finałowe ocean – fugato. Już na poziomie nazewnictwa widać, że mamy do czynienia nie z linearną suitą, lecz z serią odbić jednego zjawiska, oglądanego z różnych perspektyw: medytacyjnej, formalnej, zdeformowanej, niemal liturgicznej. To ważne, bo pokazuje, że ocean u Raczkowskiego nie jest jednym obrazem, ale metodą myślenia o muzyce i o własnej przemianie

Najcenniejsze w tej płycie jest jednak to, że jej ambicja pozostaje niewymuszona. „Ocean” nie chce być „ważny”, a mimo to taki się staje. To album pokorny wobec materii dźwięku, a jednocześnie odważny w sięganiu pod powierzchnię. Nie oferuje łatwego ukojenia, ale też nie celebruje mroku dla samego mroku. Raczej przypomina, że to, co nie do końca poznane, nie musi być brakiem, ale może być źródłem siły, inspiracji i lekcji pokory. Dokładnie tak Raczkowski opisuje sens całego projektu, pisząc o oceanie jako metaforze czegoś, co mieszka głęboko pod świadomością i czego nie da się do końca oswoić.

W efekcie otrzymujemy jedną z tych solowych płyt fortepianowych, które nie zamykają się w kategorii „ładnego recitalu”, lecz naprawdę zostają pod powiekami. „Ocean” Franciszka Raczkowskiego to muzyka o wielkiej wyobraźni, rzadkiej dyscyplinie i jeszcze rzadszej umiejętności przemieniania abstrakcji w doświadczenie niemal zmysłowe. Nie tyle słyszymy tu ocean, ile zaczynamy myśleć jego ruchem. I właśnie dlatego jest to album tak przekonujący.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.