ENSLAVED - Mið7
ENSLAVED - Mið7

Enslaved – Mið

Trzydzieści pięć lat doświadczenia i odwaga, by znów czegoś nie wiedzieć

Pierwszego dnia sesji Enslaved mieli gotowe dwa utwory. Dwa. Po trzydziestu pięciu latach działalności, szesnastu albumach studyjnych i całych dekadach doskonalenia jednej z najbardziej rozpoznawalnych odmian progresywnego black metalu Norwegowie znaleźli się w sytuacji, w której większość młodych zespołów zaczęłaby gorączkowo sprawdzać warunki umowy z wytwórnią. Studio było zarezerwowane, sprzęt przygotowany, a pozostała część materiału istniała głównie w głowie Ivara Bjørnsona. Każdego ranka kompozytor przynosił Iverowi Sandøyowi kolejny utwór. Wypijali kawę, omawiali pomysł, po czym perkusista przechodził do sąsiedniego pomieszczenia, by zamienić świeżo powstałą konstrukcję w nagranie. Następnego dnia wszystko zaczynało się od nowa.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że był to eksperyment wymierzony w samych Enslaved. Zespół, który przez lata nauczył się panować nad skomplikowanymi formami, świadomie ograniczył sobie czas na ich projektowanie. I właśnie tutaj pojawia się pierwsza wątpliwość: czy spontaniczność rzeczywiście oznacza większą swobodę, czy tylko skraca drogę od pomysłu do taśmy, nie pozostawiając dostatecznie dużo miejsca na krytyczne spojrzenie? „Mið” dostarcza argumentów na rzecz obu odpowiedzi. Bywa olśniewający, gdy muzycy podążają za intuicją. Czasami jednak słychać w nim wszystkie zalety pomysłu, którego nikt nie zdążył wystarczająco bezlitośnie zredagować.

To album o szukaniu centrum, nagrany przez ludzi, którzy celowo usunęli spod nóg część dotychczasowych punktów oparcia. Z tej sprzeczności wyrasta jego charakter, a także większość słabości.

Black metal zdejmuje ceremonialny strój

Od „Vikingligr Veldi” i „Frost” po „Below the Lights”, „RIITIIR” i „Heimdal” Enslaved rozwijali osobliwą sztukę łączenia blackmetalowej szorstkości z rozległą wyobraźnią progresywnego rocka. Ich muzyka potrafiła przechodzić od gitarowego barbarzyństwa do niemal kontemplacyjnych harmonii, od gwałtownych rytmicznych spiętrzeń do psychodelicznych odjazdów godnych dalekich krewnych King Crimson. Niekiedy jedna kompozycja mieściła tyle odmiennych pomysłów, że mniej doświadczony zespół mógłby z powodzeniem zbudować z nich cały album.

Na „Mið” proporcje uległy zmianie. Riffy są częściej pozostawiane samym sobie, a rozbudowane konstrukcje ustępują miejsca wyraźniej zarysowanym motywom. Szczególnie dobrze wypada Solar Will, którego gitarowy fundament nie potrzebuje skomplikowanej harmonii, aby zyskać charakter. Istotniejsza okazuje się artykulacja, rozłożenie akcentów i sposób, w jaki perkusja utrzymuje ciężar między uderzeniami. Sandøy wykorzystuje tu swoje zamiłowanie do sposobu gry Johna Bonhama. Metalowa agresja otrzymuje rockową sprężystość, a muzyka zachowuje fizyczną siłę bez konieczności ciągłego zwiększania gęstości rytmu.

To znakomity przykład kompozycyjnej ekonomii, której Enslaved nie zawsze przestrzegali. Riff otrzymuje wystarczająco dużo miejsca, aby utrwalić się w pamięci, a kolejne elementy nie próbują za wszelką cenę odbierać mu pierwszeństwa. Grutle Kjellson wnosi swój charakterystyczny, chropowaty wokal, podczas gdy czystsze partie Håkona Vinjego i Sandøya rozluźniają fakturę, nie pozbawiając jej napięcia. Gitary Bjørnsona i Arvego „Ice Dale’a” Isdala zachowują ostrość, lecz większa przejrzystość aranżacji pozwala wychwycić ich wzajemne relacje. Właśnie dlatego utwór sprawia wrażenie bardziej zwarto skonstruowanego niż niejeden znacznie ambitniej rozpisany fragment wcześniejszej dyskografii.

Podobną dyscyplinę odnajdujemy w Mountain, choć tutaj mechanizm działa inaczej. Spokojniejsze, melodyjne otwarcie ustanawia wyraźny kontrast dla późniejszego wejścia ciężkich gitar. Ważna jest nie tylko zmiana natężenia. Wraz z rozbudowaniem sekcji rytmicznej zmienia się sposób odczuwania całej przestrzeni: wcześniej odsłonięte partie instrumentalne zostają otoczone zwartą masą niskich rejestrów, a dominujący riff przejmuje funkcję głównego organizatora kompozycji. Przejście ma siłę właśnie dlatego, że wcześniejsze minuty nie roztrwoniły całego dostępnego ciężaru.

Enslaved potrafią więc nadal wykorzystywać kontrast z imponującą świadomością. Problem pojawia się wówczas, gdy ten sam mechanizm zostaje rozciągnięty ponad potrzeby materiału.

Wspaniałe instrumentarium nie wystarczy

Najdłuższe Parting rozpoczyna się od fortepianowych i akustycznych barw, stopniowo rozszerzając instrumentalny krajobraz. Muzyka przechodzi przez kolejne fazy zagęszczenia, a powracający materiał z początku nadaje całości zarys kompozycyjnej klamry. Znakomicie przygotowane brzmienia, melodyjne partie gitarowe i zmiany nastroju dostarczają wielu powodów do zachwytu. Ale osiem minut to wystarczająco dużo czasu, żeby zacząć zadawać niewygodne pytania.

W długiej formie powtórzenie powinno pracować na rzecz dramaturgii. Może przypomnieć wcześniejszy temat w zmienionym kontekście harmonicznym, przesunąć jego ciężar na inny instrument, odmienić emocjonalne znaczenie melodii albo świadomie zatrzymać napięcie. Tymczasem w Parting część rozwinięć sprawia wrażenie bardziej zainteresowanych wzbogacaniem faktury niż rzeczywistą przemianą materiału. Dostajemy kolejne pięknie urządzone pomieszczenia, lecz drzwi między nimi nie zawsze prowadzą dokądkolwiek istotnego. Zespół nadal zachowuje olbrzymią sprawność wykonawczą, jednak sama przyjemność oglądania szczegółów nie zastąpi przekonującej architektury całości.

Podobna przypadłość dotyka finałowe I Miðju. Kompozycja korzysta z progresywnej wielowątkowości, zmiennych gitarowych faktur i charakterystycznej wokalnej polaryzacji Enslaved. Poszczególne fragmenty bywają imponujące, zwłaszcza tam, gdzie ekstremalny wokal i melodie czystych głosów otrzymują odmienne zadania. Nie wszystkie przejścia mają jednak tę samą dramaturgiczną konieczność. Po siedmiu wcześniejszych utworach oczekiwałabym zakończenia, które przetworzy nagromadzone napięcia w wyraźną muzyczną konkluzję. Zamiast tego dostajemy kolejną rozbudowaną konstrukcję, chwilami zbyt zapatrzoną we własną instrumentalną elegancję.

Nie jest to zarzut wobec długości. Osiem minut może minąć błyskawicznie, a trzyminutowy utwór potrafi wyczerpać cierpliwość. Chodzi o różnicę między rozwojem a trwaniem. Enslaved wiedzą, jak pięknie wypełniać czas muzyką. Na „Mið” nie zawsze równie przekonująco uzasadniają, dlaczego potrzebują go aż tyle. Przy całym swoim doświadczeniu pozostają czasem zbyt pobłażliwi wobec pomysłów, którym przydałaby się zdecydowana ręka redaktora.

Perkusista, który najpierw słucha

Jest jednak na tej płycie muzyk, którego sposób myślenia okazuje się szczególnie cenny. Iver Sandøy odpowiada za perkusję i część wokali, współtworzy produkcję oraz uczestniczy w realizacji nagrań. Jego obecność trudno sprowadzić do funkcji człowieka pilnującego tempa. W rozmowach o „Mið” wielokrotnie wraca do przekonania, że pierwszym obowiązkiem instrumentalisty jest słuchanie pozostałych muzyków. Brzmi banalnie, dopóki nie sprawdzimy, jakie konsekwencje ma taka deklaracja dla ekstremalnego metalu.

W Tales of Trees perkusja pracuje na materiale rytmicznym inspirowanym tradycyjną muzyką taneczną. Nieregularne akcenty nie zostały potraktowane jak ćwiczenie z matematyki. Sandøy starał się zachować ich naturalną ruchliwość nawet w partiach intensywnie wykorzystujących podwójną stopę. Świadomie pozostawił różnice siły poszczególnych uderzeń. W świecie współczesnej metalowej produkcji, gdzie perfekcyjna powtarzalność potrafi przemienić perkusję w urządzenie do wybijania identycznych otworów, jest to decyzja mająca znaczenie znacznie większe niż kosmetyczna.

Rytm posiada własny sposób oddychania. Gitara może utrzymywać ciężki motyw, a perkusja zmieniać odczucie jego ruchu przez subtelne przesuwanie akcentów i różnicowanie dynamiki. Właśnie tak technika wykonawcza staje się elementem kompozycji. Nie chodzi o słyszalną trudność podziału, tylko o to, jak oddziałuje on na całą muzyczną konstrukcję. W Tales of Trees ten mechanizm pozwala utrzymać metalową agresję, nie odbierając utworowi melodycznej swobody.

Sandøy wspomina również, że na albumie znajduje się właściwie tylko jeden blast beat. Gdyby ktoś próbował na tej podstawie dowodzić odejścia Enslaved od black metalu, pomyliłby stylistykę z jednym ze sposobów jej realizowania. Agresja nie znika wraz z ograniczeniem szybkości. Czasem wręcz przeciwnie: ciężki riff zyskuje większą fizyczną siłę, gdy perkusista przestaje ścigać się z jego każdym uderzeniem. Zespół nie potrzebuje już nieustannie demonstrować własnych ekstremalnych korzeni. Nosi je w sposobie frazowania gitar, wokalnej artykulacji i szczególnym upodobaniu do muzycznego napięcia.

Joik i black metal

Jednym z najbardziej charakterystycznych fragmentów albumu pozostaje I Am Ice, w którym pojawia się Johan Sara Jr., wykonawca saamskiego joiku. Samo zaproszenie muzyka reprezentującego odmienną tradycję nie jest jeszcze artystycznym osiągnięciem. Historia rocka i metalu zna wystarczająco wiele przypadków, kiedy egzotyczne brzmienie pełniło rolę dekoracyjnego rekwizytu. Enslaved postanowili potraktować sprawę poważniej.

Sara Jr. przygotował własną interpretację kompozycji, odnosząc się do jej treści i koncepcji. Joik nie sprowadza się przecież do charakterystycznej techniki wokalnej. W saamskiej tradycji może być związany z osobą, miejscem czy doświadczeniem, funkcjonując na zasadach odmiennych od typowej europejskiej piosenki. Jego obecność w I Am Ice wnosi zatem szczególną relację między głosem, znaczeniem i muzycznym otoczeniem. Surowe gitarowe partie przywołują epicki black metal w duchu wczesnego Bathory, ale charakterystyczne frazowanie gościa nie pozwala zatrzymać się w tej historycznej estetyce.

Nie wszystko układa się jednak równie naturalnie. Klawiszowe ornamenty miejscami wprowadzają dodatkową ruchliwość, której związek z wcześniejszym gitarowym materiałem pozostaje mniej przekonujący. Aranżacja próbuje jednocześnie zachować surowość, wyeksponować tradycyjny wokal i podkreślić progresywną osobowość zespołu. Chwilami trzy różne porządki próbują mówić równocześnie. Przy odrobinę większej selektywności część kontrastów mogłaby zabrzmieć jeszcze mocniej.

A jednak I Am Ice pozostaje ważnym punktem albumu. Pokazuje, że Enslaved nadal interesuje kontakt z muzyką, której nie można bez strat wpisać w gotową stylistyczną rubrykę. Zespół podejmuje ryzyko i nie wszystkie jego rezultaty są równie udane. Wolę jednak tę odrobinę aranżacyjnego nieporządku od sterylnie poprawnej imitacji dawnej nordyckiej dzikości.

Modlitwa, która przestawiła metrum

Najdalej w tym poszukiwaniu posuwa się Spirit Helper. Historia powstania utworu jest niezwykła, lecz jeszcze bardziej interesujący okazuje się jego mechanizm. Punktem wyjścia było nagranie tradycyjnej porannej modlitwy Kevina Kicking Womana, starszego członka społeczności Blackfeet Nation. Enslaved otrzymali wykonanie, które nie zostało pomyślane jako część metalowej kompozycji. Miało własne tempo, naturalne oddechy, zmienną długość fraz. Muzycy mogli je pociąć, wyrównać i dopasować do regularnej siatki rytmicznej. Wybrali trudniejszą drogę.

Instrumenty podporządkowano istniejącemu głosowi. Sandøy musiał odnaleźć sposób grania uwzględniający zmiany długości fraz, co doprowadziło do wykorzystania metrów 3/4, 5/4, 6/4 oraz pojedynczego taktu 9/8. Zwykle podobna lista wygląda jak zawartość podręcznika przeznaczonego dla studentów perkusji. Tutaj każdy nietypowy podział ma bardziej podstawową przyczynę: człowiek śpiewający modlitwę nie zamierzał dostosowywać swojego oddechu do potrzeb metalowego zespołu.

Właśnie dlatego Spirit Helper ma tak wielką wartość kompozycyjną. Instrumentalna konstrukcja powstaje z uważnego rozpoznania wcześniej istniejącej frazy. Gitary, perkusja i atmosfera utworu zostają zbudowane wokół głosu, którego nie potraktowano jak surowego materiału do dowolnego przetworzenia. To decyzja wymagająca od muzyków powściągliwości oraz znakomitego wyczucia formy. W progresywnym metalu, gatunku niekiedy zakochanym w demonstracjach technicznych możliwości, podobne odwrócenie hierarchii ma szczególną wymowę.

Do tego dochodzi detal niemal prowokujący do metafizycznych interpretacji. Bjørnson odkrył, że śpiew Kevina Kicking Womana koncentruje się wokół dźwięków cis i gis, odpowiadających otwartym strunom często wykorzystywanym przez Enslaved. Muzyk Blackfeet nie znał wcześniej twórczości Norwegów. Ta przypadkowa zbieżność stworzyła dogodny punkt harmonicznego porozumienia. Można uznać ją za piękny zbieg okoliczności, można dopatrywać się w niej czegoś więcej. Wolałabym pozostać przy tym, co muzycznie sprawdzalne: dzięki temu spotkaniu zespół mógł rozwinąć kompozycję bez konieczności naruszania pierwotnego charakteru wokalnego wykonania.

Historia współpracy ma również istotne tło. Kontakty Bjørnsona ze społecznością Blackfeet Nation wyrosły z jego zaangażowania w festiwal Fire in the Mountains. Szczegóły dokumentują oficjalne materiały Nuclear Blast oraz rozmowa z Ivarem Bjørnsonem. Warto znać ten kontekst, ponieważ pomaga zrozumieć, dlaczego tradycyjny śpiew nie został potraktowany jako efektowna próbka dźwiękowa. Zespół zdecydował się zachować jego odrębność, nawet jeśli wymagało to przebudowania własnych metod pracy.

W „Spirit Helper” Enslaved osiągają coś rzadkiego: muzyczna komplikacja przestaje być deklaracją możliwości, a staje się konsekwencją artystycznej uważności. Trudno o przekonujący argument na rzecz progresywności, która nie sprowadza się do formalnego łamania zasad.

Środek, który nie daje spokoju

Staroskandynawskie słowo mið oznacza środek lub centrum. Enslaved odwołują się przy tym do dawnych konstrukcji archeologicznych i symbolicznych punktów odniesienia. Okładka została zainspirowana kamiennym zabytkiem z epoki brązu znalezionym w norweskim Skjeberg, a później przeniesionym przez muzeum. Podobne skojarzenia prowadzą ku Stonehenge i obiektom typu Medicine Wheel w Ameryce Północnej. Wszystkie te odniesienia dotyczą sposobów, w jakie ludzie próbowali organizować przestrzeń, odnajdywać znaczenie i określać swoje miejsce wobec otoczenia.

Łatwo byłoby uczynić z tego koncepcję przesadnie wzniosłą. Enslaved lubią wielkie idee, a ich muzyka od dawna rozgrywa się na styku mitologii, natury, filozofii i ekstremalnej ekspresji. Tym razem jednak najważniejsza część tej idei znalazła odpowiednik w konkretnych decyzjach muzycznych. W Solar Will centrum stanowi wyrazisty riff, wokół którego organizowana jest reszta aranżacji. W Tales of Trees rolę tę przejmuje naturalny ruch rytmiczny. W Spirit Helper punktem odniesienia staje się głos człowieka reprezentującego odmienną tradycję.

Nie wszystkie utwory realizują tę koncepcję z równą konsekwencją. Dłuższe Parting i I Miðju pokazują, że nawet znakomicie wykształcony język muzyczny może czasem stać się własnym ograniczeniem. Gdy zespół pozwala rozwijać się kolejnym warstwom bez równie wyraźnej zmiany kompozycyjnej, słuchacz otrzymuje imponującą powierzchnię, ale mniej zdecydowany przebieg dramaturgiczny. Ta słabość odbiera płycie część spójności, której można by oczekiwać po tak przemyślanej koncepcji.

Jednocześnie nie sposób zlekceważyć jakości wykonania i produkcji. Sandøy, Kjellson, Bjørnson, Isdal i Vinje pozostają muzykami o ogromnej świadomości własnych środków. Miks Jensa Bogrena zachowuje przejrzystość także w najbardziej gęstych fragmentach, pozwalając rozróżnić gitarowe warstwy, klawisze i różne sposoby prowadzenia wokalu. To właśnie dzięki tej selektywności można odczytać część najważniejszych decyzji aranżacyjnych. Bogactwo brzmienia nie zawsze oznacza tu rzeczywistą głębię kompozycji, ale rzadko można odmówić mu wykonawczej klasy.

W rezultacie „Mið” pozostaje dziełem fascynująco niejednorodnym. Jego najmocniejsze fragmenty pokazują Enslaved zdolnych do autentycznego przewartościowania własnych metod. Najsłabsze przypominają, że trzydzieści pięć lat doświadczenia nie usuwa kompozycyjnych przyzwyczajeń. Muzycy bywają tak przekonani o wartości swoich pomysłów, że nie zawsze dostrzegają moment, w którym należałoby je skrócić, przekształcić albo po prostu pozostawić niewykorzystane.

Nie nazwę „Mið” bezbłędnym albumem. Nie uważam też, żeby jego eksperymentalny charakter automatycznie wynosił go ponad wcześniejsze dokonania zespołu. Ale trudno odmówić mu czegoś, co w przypadku artystów o tak długiej historii bywa cenniejsze od kolejnego perfekcyjnie wykonanego ćwiczenia ze znanej stylistyki: rzeczywistej gotowości do zmiany sposobu myślenia.

Największe osiągnięcie Enslaved polega tutaj na tym, że potrafią przestać traktować własne doświadczenie jak ostateczną odpowiedź. Raz oddają pierwszeństwo surowemu riffowi, innym razem tanecznemu pulsowi, a w najbardziej poruszającym przypadku — modlitwie człowieka, który nie musiał znać ani jednego ich utworu. Gdyby z podobną bezwzględnością wobec własnych przyzwyczajeń potraktowali wszystkie długie formy, „Mið” mógłby być jednym z najbardziej kompletnych osiągnięć ich dojrzałego okresu.

Pozostaje albumem chwilami wybitnym, miejscami zbyt rozległym, zawsze jednak noszącym ślady artystycznego głodu. Trudno wyobrazić sobie gorszy los dla Enslaved niż chwila, w której przestaliby go odczuwać.

ENSLAVED - Mið7

ENSLAVED - Mið7
Enslaved – Mið
Tracklista: 1. Non-Being – 1:19 • 2. I Am Ice (feat. Johan Sara Jr) – 5:02 • 3. Solar Will – 4:39 • 4. Mountain – 5:46 • 5. Spirit Helper (feat. Kevin Kicking Woman) – 4:52 • 6. Parting – 8:16 • 7. Tales of Trees – 4:43 • 8. I Miðju – 7:16 • Skład: Grutle Kjellson – bas, wokal • Ivar Bjørnson – gitara, dodatkowe efekty i syntezatory • Arve „Ice Dale” Isdal – gitary • Håkon Vinje – instrumenty klawiszowe, wokal • Iver Sandøy – perkusja, wokal, dodatkowe efekty i syntezatory • Goście: Johan Sara Jr – wokal w I Am Ice • Kevin Kicking Woman – wokal w Spirit Helper • Produkcja: Ivar Bjørnson, Iver Sandøy, Grutle Kjellson • Miks: Jens Bogren • Mastering: Tony Lindgren • Wytwórnia: Nuclear Blast Records • Premiera: 30 października 2026 • Typ: album studyjny • Miejsce w dyskografii: 17. album • Liczba utworów: 8 • Czas: 41:59 według Nuclear Blast
WIZJA ARTYSTYCZNA
8
SPÓJNOŚĆ ALBUMU
4.2
BRZMIENIE I PRODUKCJA
7.2
INTERPRETACJA I WYKONANIE
6.6
ARANŻACJE I ŚWIADOMOŚĆ FORMY
6.6
MELODYKA I MOTYWY
5.2
ZAPAMIĘTYWALNOŚĆ
4.9
ODDZIAŁYWANIE EMOCJONALNE
6.6
SIŁA WYRAZU
7.4
ORYGINALNOŚĆ
7.3
EFEKT POWROTU
7.1
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
6.5
OCENA