
Zagubiony w opowieści
Kiedy usłyszałem, że Jethro Tull szykuje nowy materiał, westchnąłem z lekkim niedowierzaniem: czy weterani rocka progresywnego i folku są w stanie ponownie nas zaintrygować swoją niepowtarzalną mieszanką fletu, gitar i akordeonu? Przez lata mieli wzloty i upadki, a ja przywykłem już do tego, że w ostatnich wydawnictwach potrafią zaskoczyć, ale czasem też rozczarować. Mimo to, widok nowej płyty zatytułowanej Curious Ruminant obudził we mnie odrobinę ekscytacji, bo przecież Tull wciąż kryje gdzieś w zanadrzu ten błysk geniuszu, który w przeszłości zachwycał nas przy Thick as a Brick czy Aqualung.
Zasiadłem do słuchania z nastawieniem, że może to być kolejny rozdział w dojrzałej karierze Ian Andersona, który umiejętnie lawiruje między folkowymi inspiracjami, rockową energią i charakterystycznym humorem. Wyraźnie wyczułem, że atmosfera wokół wydania tej płyty jest inna – być może przez nagromadzenie opinii, że zespół wszedł w nowy etap twórczości, a może przez to, że intensywny rytm wydawniczy (już trzeci album od reaktywacji ) sprawia wrażenie, jakby Anderson dopiero teraz chciał w pełni wykorzystać swoją kreatywną iskrę. W każdym razie, zapraszam do wyprawy przez te kompozycje, teksty i niespodzianki, które na nas czekają.
Legenda i teraźniejszość
W końcu mamy do czynienia z twórcami, którzy nie tylko przetrwali niemal sześć dekad obecności na scenie, ale i regularnie przebudowywali swój styl. Jethro Tull zaczynał od mętnego blues rocka, potem dodał do tego archaiczne brzmienie fletu i akustykę, co zaowocowało nieśmiertelnymi klasykami z końca lat 60. i całych lat 70. Pamiętam, jak w szkole zatapiałem się w nagraniach z Stand Up czy Benefit, zachwycając się, że flet – tak często kojarzony z renesansowymi tańcami dworskimi – tutaj brzmiał jak ognisty rockowy oręż. Właśnie ta różnica sprawiła, że Tull szybko stał się zespołem kultowym.
Od tamtych lat minęło dużo czasu. Skład przeszedł liczne zmiany, co również przełożyło się na różnorodność brzmieniową, od folku przez hard rock, aż po elementy quasi-symfoniczne. Nie zliczę, ile osób przez Tull się przewinęło – to niemal odrębna historia w historii. Dziś jednak Ian Anderson zdaje się być nie tylko frontmanem, ale wręcz instytucją, spajającą wszystkiego ducha Jethro Tull. Wielu recenzentów wciąż wspomina czasy, gdy Heavy Horses czy Minstrel in the Gallery wynosiły zespół na szczyt. Ale tamta epoka to już przeszłość. Teraz słuchamy płyty stworzonej w połowie lat 20. XXI wieku – i muszę przyznać, że wyraźnie czuć w niej i tę nostalgię, i chęć odnalezienia się w nowych realiach.
Flet, gitara i otoczenie
Pierwsze, co uderzyło mnie podczas odsłuchu Curious Ruminant, to radosna żonglerka między mocniej zarysowanymi riffami elektrycznej gitary, a typowo „tullową” melodyką fletu. W kilku miejscach klawisze czy akordeon wprowadzają niemal cyrkowy, ironiczny klimat, co świetnie kontrastuje z bardziej poważnymi wstawkami lirycznymi. Taki zabieg słyszymy w Puppet And The Puppet Master, gdzie już początkowo mamy wrażenie, że wchodzimy w sympatyczną, folkową przygodę – a tu nagle dynamiczne przyspieszenie odsłania rockowy rdzeń. Wywołuje to ten charakterystyczny dla Tull uśmiech, który pojawia się, gdy rozumiemy, iż zespół uwielbia bawić się konwencjami.
Nie będę ukrywać, że moją uwagę przykuły partie skrzętnie poukrywanych, delikatnych wstawek klawiszowych – czasem brzmiące niczym organowy chorał, czasem jak drobna plama syntezatorowa dodająca tła. Za to akordeon jest instrumentem, którego, przyznam, nie spodziewałem się tutaj w tak dużej roli, a jednak w The Tipu House i Savannah Of Paddington Green potrafi nadać niecodzienną barwę. Ten zabieg, pewnie nieco ekscentryczny, jeszcze bardziej uwydatnia eklektyczny charakter płyty.
Momentami, gdy wsłuchuję się w sekcję rytmiczną, mam wrażenie, że Jethro Tull zbliżył się do grania o mniejszej dynamice, skoncentrowanej raczej na budowaniu tła pod partię flecisty i wokal Andersona. W metrykalnym ujęciu – Anderson nie brzmi tak mocno jak w latach 70., ale umiejętnie maskuje swoje niedoskonałości wokalne, wprowadzając pół-szeptane partie i modulowane frazy, czasem wręcz zabarwione humorem, a czasem melancholią. Ta adaptacja wokalna odpowiada dojrzałemu brzmieniu reszty zespołu.
Retro współczesności
Zwykle, gdy kapela o tak długim stażu sięga po kolejne albumy, mamy do czynienia z pewnym sentymentalnym powrotem do korzeni. Tutaj dzieje się nieco inaczej. Owszem, znajdziemy echa okresu Songs from the Wood czy Heavy Horses, choćby w takich kompozycjach jak Savannah Of Paddington Green. Ten utwór, pełen nostalgii, potrafi przenieść nas w pejzaże wiejskiej Anglii, ale jednocześnie podskórnie daje znak, że rzecz dzieje się tu i teraz – to taka elegia o tym, dokąd zmierza przyroda w wielkim, zabudowanym mieście. W muzyce pobrzmiewają okruchy tęsknoty za miejscami, które wkrótce mogą zniknąć albo zostać wyparte przez nowoczesną urbanistykę.
Równocześnie w Over Jerusalem pojawiają się próby dialogu z ważkimi tematami współczesności, z tłem konfliktów i historii regionu, co nadaje tej kompozycji poważniejszego wydźwięku. I to jest coś, co mnie w Curious Ruminant pociąga najbardziej: takie melancholijne spojrzenie na świat, czy może raczej troska o przyszłość w obliczu stale przyspieszających przemian cywilizacyjnych. Muzycznie, w tych poważniejszych kawałkach, Tull nie rezygnuje z chwytliwych melodyjnych refrenów, ale wplata je w gęste aranżacje, nadając im bardziej posępny rys.
Poezja i ironia
Warto pamiętać, że Ian Anderson zawsze lubił pisać teksty, w których przeplata się mrugnięcie okiem z nieco moralizatorskim tonem. Od lat 70. do dziś nie stroni od aluzji literackich, historycznych czy biblijnych, jednocześnie wtrącając uszczypliwe docinki na temat globalnej polityki, fanatyzmów religijnych czy zwykłych ludzkich słabości. Tytuł Curious Ruminant sam w sobie brzmi jak zaproszenie do drobiazgowego rozważania tego, co dzieje się w naszych głowach.
Świetnym przykładem jest Dunsinane Hill, gdzie pojawiają się inspiracje „szekspirowskie”. Anderson pięknie żongluje słowami, nawiązując do dramatycznego klimatu rodem z Makbeta, ale również do politycznych intryg i władzy, która zawsze niesie ryzyko manipulacji. Kiedy zanurzam się w te liryki, czuję, że autor próbuje zmierzyć się z pytaniem o rolę jednostki w wielkiej machnie dziejów i czy w ogóle mamy szansę uniknąć scenariusza rozpisanego przez historię. To jest ironiczne, cyniczne, a zarazem niepokojąco aktualne.
Z kolei The Tipu House pachnie bardziej aluzjami społecznymi. W opiniach, które napotkałem (i z którymi się w dużej mierze utożsamiam), utwór ten bywa odbierany jako przypowieść o tym, że w dzisiejszych czasach łatwo zapomnieć o starych kulturach, żywych jeszcze w przestrzeni publicznej, kiedy rozpędzona nowoczesność je wypiera. Wpleciony tu akordeon i mandolina zdają się wprowadzać lekką, niemal piracką aurę, co dodatkowo podkreśla charakter opowieści – niby sielanka, niby folkowa przyśpiewka, a jednak czuć w niej niepokój.
O strukturze
Zaciekawiło mnie, że na Curious Ruminant mamy dziewięć utworów, które łącznie dają nieco ponad pięćdziesiąt minut muzyki. Nie jest to przesadnie rozwleczony album, ale i tak kluczowym punktem jest rozbudowana suita Drink From The Same Well, która trwa ponad szesnaście minut. Ta kompozycja sprawia, że można sobie przypomnieć, jak Jethro Tull bywało mistrzami w kreowaniu wieloczłonowych form muzycznych. Nie jest to wprawdzie kolejne Thick as a Brick, ale z pewnością daje pewną namiastkę epickiego rozmachu.
Drink From The Same Well zaczyna się spokojnie, by z czasem wciągnąć słuchacza w coraz to nowe rejony: raz bardziej kameralne, z dominacją fletu i klawiszy, kiedy indziej dynamiczniejsze, z rytmicznymi przeskokami i nieco orientalnym szlifem. Widać, że Anderson i pozostali członkowie zespołu chcieli stworzyć coś, co będzie opowieścią w opowieści – i faktycznie można się tu dopatrzeć kilku mini-scenek muzycznych. Koniec końców, słychać, że Ian Anderson wciąż lubi duże formy, ale stara się też wpasować je w bardziej współczesne ramy, unikając przesadnego patosu.
Na drugim biegunie mamy króciutkie, zaledwie dwuminutowe Interim Sleep, zamykające cały album. W tym melancholijnym, pół-szeptanym spoken word Anderson zaskakuje łagodnością. Wygląda to jak poetycka klamra – po dynamicznym początku w Puppet And The Puppet Master i intensywnym rozwinięciu w połowie płyty, na koniec dostajemy ciszę i przestrzeń do kontemplacji. Wielu fanów stwierdza, że to najlepsze z możliwych rozwiązań, bo można przejść z energii do wzruszenia bez poczucia przesytu.
Magia brzmienia
Od strony produkcyjnej Curious Ruminant prezentuje się naprawdę solidnie. Zespół nagrywał materiał w Wielkiej Brytanii, a za miks i mastering odpowiadali sprawdzeni współpracownicy InsideOut Music, co zapewniło dźwiękom odpowiednią klarowność. Słyszalne jest też wyczucie przestrzeni: to bardzo ważne w przypadku fletu, który w nieumiejętnych rękach potrafi zagłuszyć inne partie lub wprowadzić chaos w nagraniu. Tu jednak przejścia między sekcjami akustycznymi a tymi mocniejszymi wychodzą gładko, bez szarpnięć czy wrażenia „nadprodukcji”.
W moim odczuciu świetnie rozplanowano role poszczególnych instrumentów. Flet oczywiście gra pierwsze skrzypce, ale sporo miejsca dano gitarze, która wreszcie może od czasu do czasu wyjść przed szereg. W paru momentach wręcz przypomina vibe lat 80. w wydaniu Tull – czuć echa Crest of a Knave czy Rock Island. Sekcja rytmiczna działa dość oszczędnie, co w moim przekonaniu wychodzi na plus: zamiast frenetycznego popisywania się, mamy pociągającą pulsację, która trzyma całość w ryzach. W kilku recenzjach wspomina się, że to najlepsze „sense of balance” w Tull od dłuższego czasu. Ja się z tym stanowiskiem w dużej mierze zgadzam, bo nic tu nie przytłacza, a poszczególne instrumenty współgrają jak w dobrym, kameralnym ansamblu.
Zaskoczenia i wątpliwości
Przy tak dojrzałym i złożonym albumie trudno obyć się bez kilku cichych westchnień. Kiedy myślę o Curious Ruminant, widzę przede wszystkim spójną wizję artystyczną, lecz jednocześnie odczuwam, że w niektórych fragmentach energii mogłoby być więcej. Nie chodzi mi o intensyfikację głośności czy liczby dźwięków, ale raczej o pewną iskrę, która sprawiała, że niektóre płyty Tull z dawnych lat eksplodowały dynamiką i zaskakiwały co chwilę zmianami tempa. Tutaj bywa bardziej stonowanie – co ma swój urok, ale rodzi też pytanie, czy panowie nie poszli zbyt ostro w stronę ujednoliconego, dojrzałego folku.
Zauważalne jest też przesunięcie w stronę aranżacji „bezpiecznych” pod kątem wokalu Iana Andersona. Oczywiście, lata robią swoje, ale czasem marzy mi się, by Tull ponownie zaszalał z drapieżniejszymi partiami wokalnymi – jakby na chwilę zapomnieli o ograniczeniach. Z drugiej strony, można też docenić tę inteligentną samokontrolę: lepiej dostosować kompozycje do realnych możliwości niż ryzykować nieprzyjemne efekty.
Progfolkowa podróż w głąb duszy
Słuchając Curious Ruminant, myślałem sporo o emocjach, jakie wywołuje ta muzyka. Dla mnie jest to album pełen kontrastów. Z jednej strony dostajemy szeroką paletę humoru, lekkiej ironii czy wręcz błazeńskiej kokieterii, przywodzącej na myśl pamiętne sceniczne wygłupy Andersona, kiedy to w starych klipach Tull stał na jednej nodze i igrał fletem z publicznością. Z drugiej strony – w wielu miejscach ta radość ustępuje miejsca refleksyjnym, wręcz kontemplacyjnym momentom, przywołującym zadumę nad upływem czasu, ludzkimi słabościami i niepewną przyszłością.
Najlepszy przykład tej mieszanki to Stygian Hand. Ten utwór jest niby wesoły w warstwie muzycznej, ale tekst sugeruje lęk i niepokój przed nieuchwytnym zagrożeniem, które czyha tuż za rogiem. W efekcie powstaje barwna kontrastowość: muzyka porywa do tańca, a słowa przypominają, że życie potrafi być zaskakująco ciemne. To typowy Tullowy zabieg – granie ze słuchaczem, przekazywanie mu radości i smutku jednocześnie. To też potwierdzenie, że starzy mistrzowie ironii i aluzji wciąż mają się dobrze.
Z drugiej strony, kiedy docieram do Drink From The Same Well, pojawia się refleksja, że zespół celowo konfrontuje nas z dłuższą formą, by uwypuklić pewną dobitną myśl. Możemy w niej odczuć przesłanie o jedności, niezależnie od różnic światopoglądowych. Muzycznie to coś w rodzaju mini-spektaklu, czasem ocierającego się o jazzujący feeling w sekcji rytmicznej, czasem wręcz o orientalizujące motywy. Przesłanie – byśmy wszyscy czerpali ze wspólnego źródła – pojawia się w słowach i motywach przewijających się przez kolejne segmenty utworu. To taka przypowieść, która pokazuje, że jeszcze można w tym świecie szukać punktu stycznego, mimo narastających podziałów.
Szerszy kontekst
Naturalnie, przy tak długiej i bogatej historii zespołu trudno pominąć opinie krążące wśród fanów i krytyków. Słyszałem, że niektórzy upatrują w Curious Ruminant powrotu do formy z czasów The Zealot Gene – co dla jednych jest pozytywnym znakiem ciągłości, dla innych jednak sygnałem, że zespół pozostaje w bezpiecznych rejonach, nie ryzykując większych eksperymentów.
Zdecydowana większość jednak zauważa, że Jethro Tull – mimo niewątpliwego ciężaru lat i zmian personalnych – utrzymuje pewien poziom kompozycyjny, i nawet jeśli album nie zasypie nas łańcuchem radiowych hitów (co dawniej się przecież zdarzało), to broni się właśnie spójnością i dojrzałą narracją. Pojawiają się głosy, że to najciekawszy materiał Tull od przynajmniej dekady, bo przypomina, iż folk i rock można wciąż zestawiać twórczo, zachowując własne rozpoznawalne brzmienie. Słyszałem również porównania do środkowej fazy twórczości zespołu, kiedy to starano się łączyć pierwiastek rockowy z progresywnymi formami – i muszę powiedzieć, że coś w tym jest, zwłaszcza gdy przywołam duchy Roots to Branches czy Crest of a Knave.
Czy każdy znajdzie tu coś dla siebie?
Płyta z pewnością przyciągnie wieloletnich wielbicieli Jethro Tull, którzy szukają kontynuacji typowych motywów grupy: fletowych ornamentów, folkowych inklinacji, ironicznych tekstów i lekko teatralnej oprawy. Tym osobom Curious Ruminant może przypaść do gustu jako intrygujące rozwinięcie tego, co zaczęło się jeszcze w latach 70. Czy album jest rewolucją? Niekoniecznie. Ale też nie jestem pewien, czy ktokolwiek tego oczekiwał. Dla fanów największych przebojów Tull będzie to pewnie sympatyczne uzupełnienie kolekcji – a może i przywrócenie wspomnień.
Nowi słuchacze, którzy nie mieli większej styczności z tą formacją, mogą początkowo czuć się zaskoczeni – wszak flet w rocku to wciąż nietypowe zjawisko, a do tego dochodzi folkowy posmak i starannie wystylizowana warstwa liryczna. Kto jednak lubi klimaty rocka progresywnego i otwartość na muzyczne fuzje, z pewnością znajdzie tu ciekawy punkt zaczepienia. Curious Ruminant staje się przy tym pigułką, która pokazuje, że współczesny Tull to wciąż zespół poszukujący, a nie tylko odgrzewający stare klisze.
Spojrzenie w przeszłość i przyszłość
Kiedy zamykam oczy i wracam myślami do najlepszych momentów Curious Ruminant, widzę obraz zespołu, który – mimo zmian w składzie, upływu lat i ewolucji rynku muzycznego – wciąż potrafi wytworzyć niepowtarzalną aurę. Od czasów Aqualung, Thick as a Brick czy Minstrel in the Gallery minęły dekady, ale duch poszukiwań i intelektualnych gier słownych Andersona pozostał. Równocześnie czuć też ciężar doświadczeń: Jethro Tull nie bawi się już w młodzieńczy bunt, bardziej skupia się na obserwacji i komentarzu do rzeczywistości.
Ten album w pewnym sensie łączy ze sobą fanów starej gwardii i osoby, które dopiero odkrywają zespół. Z jednej strony mamy tu elementy charakterystyczne dla dawnej twórczości, z drugiej – jest próba aktualizacji brzmienia i tematyki do współczesnego kontekstu społecznego. Jako długofalowy obserwator poczynań Tull nie potrafię powiedzieć, czy Curious Ruminant w pełni dorównuje dawnym arcydziełom, ale jedno jest pewne: dostarcza solidną dawkę prog-folkowych emocji i kilka fragmentów, do których z przyjemnością wrócę w kolejnych miesiącach.