2. John Porter - fot. Oskar Szramka
2. John Porter - fot. Oskar Szramka

John Porter: „Wiecznie szukam inspiracji”

Rozmowa o „Helicopters’45 Live”, improwizacji i buncie

„Helicopters’45 Live” daje okazję do rozmowy o tym, jak John Porter słyszy dziś własne piosenki sprzed ponad czterech dekad. Powrót do repertuaru Porter Bandu przynosi inną kolejność utworów, rozbudowane wykonania i spotkanie dawnych kompozycji z obecnym zespołem. Pytamy, co w tych piosenkach pozostaje nienaruszalne, a co może zmienić się pod wpływem muzyków i koncertowego nastroju.

Porter opowiada o improwizacji, pisaniu pod presją czasu i tekstach, których znaczenie odkrywa dopiero po latach. Rozmowa prowadzi od historii poszczególnych utworów do osobistych sprzeczności, granic politycznego zaangażowania i powodów, dla których wciąż się buntuje.

1. John Porter - fot. Oskar Szramka
John Porter – fot. Oskar Szramka

Bunt i powrót do „Helicopters”

Konrad Puławski:
W Crazy, Crazy, Crazy deklarowałeś, że nie zamierzasz zostać „polskim Bee Gee”, a w Ain’t Got My Music broniłeś swojej muzycznej niezależności. Dziś sam jesteś częścią historii polskiego rocka. Czy dostrzegasz w tym pewną ironię? Przeciwko czemu buntuje się John Porter po 45 latach?

John Porter: Myślę, że wciąż jest we mnie bunt — przeciwko tak zwanej normie społecznej, brakowi tolerancji i akceptacji inności, przeciwko wstydowi za bycie sobą i hipokryzji. Przeraża mnie, ile nienawiści i podłości jest w tym świecie.

Konrad Puławski:
Na „Helicopters’45 Live” zmieniasz oryginalną kolejność utworów, sięgasz po kompozycje z dawnych singli, ale pomijasz Freeze Everybody. Czy układając ten repertuar, chciałeś opowiedzieć historię „Helicopters” na nowo, czy może po latach odkryłeś, że niektóre piosenki znaczą dla ciebie coś zupełnie innego?

John Porter: Dla mnie Freeze Everybody nie jest jakimś rewelacyjnym utworem. Trzeba było wtedy nagrać coś na szybko na stronę B naszego singla. Po prostu kombinowaliśmy pod presją czasu. Ciekawostką jest, że oryginalny tytuł brzmiał Fidel Castro — „he’s a star, smokes a big cigar” — ale został ocenzurowany. Takie były czasy.

Riff zostaje, reszta może się zmienić

Konrad Puławski:
Crazy, Crazy, Crazy rozrasta się na nowym albumie do ponad ośmiu minut, a I’m Just a Singer trwa niemal siedem. Mam wrażenie, że te utwory w pewnym momencie zaczynają żyć własnym życiem. Ile w tych rozbudowanych wersjach jest świadomie zaplanowanej dramaturgii, a ile spontanicznych decyzji muzyków? Czy zdarzyło się podczas jubileuszowej trasy, że zespół zaskoczył nawet ciebie?

John Porter: Ciągle improwizuję. Uwielbiam to i staram się tworzyć muzykom taki klimat, żeby też to robili, więc nieraz wszystko leci w kosmos. I to jest super. Muzyka jest czymś organicznym, więc trzeba za nią podążać bez końca. Wszystko zależy od mojego nastroju. Czasami dołuję lub jestem zły — wtedy klimat jest mroczny. A kiedy jest odwrotnie, idę w stronę miłości i erotyki.

Konrad Puławski:
Oryginalny Porter Band tworzyli z tobą Aleksander Mrożek, Kazimierz Cwynar i Leszek Chalimoniuk. Dziś te same kompozycje wykonujesz z innymi muzykami. Czy są w nich fragmenty, których nie pozwoliłbyś nikomu zmienić, czy przeciwnie — najbardziej cieszą cię momenty, kiedy nowy skład proponuje coś, na co pierwotni autorzy nigdy by nie wpadli?

John Porter: To miks różnych inspiracji. Każda piosenka ma swój specyficzny riff, który tworzy jej naturę i tożsamość — tego nie zmieniam. Ale pozostałą część? Czemu nie? Zawsze jestem mega otwarty na nowe pomysły. Jak są dobre, oczywiście.

3. John Porter - fot. Oskar Szramka
John Porter – fot. Oskar Szramka

Teksty, które wracają po latach

Konrad Puławski:
Garage przedstawia człowieka niemal sprowadzonego do maszyny, a Newyorkicity opisuje klaustrofobię wielkomiejskiego życia. Oba teksty brzmią dziś zaskakująco aktualnie. Czy były zapisem konkretnych doświadczeń młodego emigranta, czy raczej wyrazem szerszego niepokoju wobec świata? I czy dzisiaj sam słyszysz w nich coś, czego nie dostrzegałeś w 1980 roku?

John Porter: Dobre pytanie. Tekst Garage był pisany na szybko, tuż przed zaśpiewaniem, z pomocą polskiego piwa. Był opisem otoczenia oraz paranoi, jaka panowała w tych czasach. Nadal jest zaskakująco aktualny. AI, korporacyjna rzeczywistość, ogłupiający przekaz, wszechobecna przeciętność i coraz bardziej rozmyte granice między tym, co autentyczne, a tym, co sztucznie wykreowane.

Wszystko zlewa się w jeden wielki informacyjny chaos, w którym coraz trudniej odnaleźć sens. Do tego dochodzi dumbing down. Pytanie, czy człowiek wkrótce nie przestanie być najinteligentniejszym gatunkiem na Ziemi.

Konrad Puławski:
Na „Helicopters” sąsiadują ze sobą niemal przeciwstawne spojrzenia na życie: afirmujące Life i pozbawione nadziei Fixin’. Po 45 latach doświadczeń, sukcesów i rozczarowań — który z tych dwóch młodych Porterów wydaje ci się dziś bliższy prawdy? A może dopiero teraz rozumiesz, dlaczego obaj musieli znaleźć się na tej samej płycie?

John Porter: Nie ma czerni bez bieli. Samo życie jest pełne sprzeczności: raz chcesz żyć, a nagle masz dość. Pada deszcz, a mimo to słońce nadal świeci. Przyznam, że to ilustruje mój temperament i naturę. Każdy ma różne oblicza — anioła i demona. Czasami sens swoich utworów zaczynam rozumieć po latach. Jakby inna siła prowadziła mnie za rękę. Dziwne, ale to prawda.

Konrad Puławski:
W Northern Winds pojawiają się religijne obrazy, samotność i niemal apokaliptyczna atmosfera. Kilkadziesiąt lat później podobne rejony wyobraźni eksplorowałeś z Nergalem w Me And That Man. Czy mroczny folk i blues tkwiły w tobie od samego początku, a dopiero później znalazłeś dla nich właściwe brzmienie? Czy może to my, słuchacze, dopiero teraz potrafimy dostrzec te powiązania?

John Porter: Nie mogę wypowiedzieć się o tym, jak słuchacze interpretują moją muzykę, bo każdy odbiera ją na swój sposób. Sam nadal szukam sposobu, jak się wyrazić. Uważam, że moja muzyka zawsze była bardziej mroczna, mimo że miała różne formaty. Nawet piosenki nagrane z Anitą są molowe. Northern Winds jest mocny i wywołuje u mnie nieraz dziwne wibracje — śpiewam to jak opętany człowiek. Tekst płynie własnym rytmem.

4. John Porter - fot. Oskar Szramka
John Porter – fot. Oskar Szramka

Polityka i spojrzenie na siebie

Konrad Puławski:
Wielokrotnie podkreślałeś, że nie interesuje cię pisanie bezpośrednio politycznych piosenek. Tymczasem podczas stanu wojennego współpracowałeś z Maciejem Zembatym przy nagraniach dla Radia Wolna Europa. Gdzie przebiega dla ciebie granica między artystycznym komentarzem a polityczną deklaracją? Czy dzisiejsza rzeczywistość kiedykolwiek kusi cię, żeby tę granicę przekroczyć?

John Porter: Ed Sheeran?* Cóż, jak na artystę tej rangi, dość słaby występ. Wygląda na to, że czasem dopiero kłopoty z koncertami skłaniają do głębszych refleksji. Sam miałem swój polityczny moment w czasach stanu wojennego, ale moje serce zawsze było bliżej Cohena niż Dylana. Uważam, że należy robić to, co potrafi się najlepiej. A co ja mogę zmienić w Polsce, skoro nie mam tu nawet prawa do głosu?

Oczywiście są sprawy polityczne, które mocno mnie poruszają, ale skutecznie zniechęca mnie to całe bagno nienawiści, złośliwości i wzajemnego obrzucania się błotem. A to, co dzieje się dziś na świecie, jest już zupełnie osobnym rozdziałem tego absurdu.

*Przyp. red.: Kontekstem tej wypowiedzi jest wrześniowy spór wokół usunięcia Macklemore’a z trasy Eda Sheerana po propalestyńskich wypowiedziach na scenie. Decyzja wywołała protesty innych uczestników trasy oraz debatę o wolności wypowiedzi i politycznym zaangażowaniu artystów.

Konrad Puławski:
Jubileuszowa reedycja „Helicopters” pozwala usłyszeć Aggression z Jarocina w 1980 roku, a „Helicopters’45 Live” przynosi wykonanie ze Stodoły. To niemal muzyczny eksperyment: ten sam człowiek, ta sama kompozycja, ale dwa zupełnie różne światy. Co twoim zdaniem zmieniło się najbardziej — muzyka, publiczność czy sam John Porter? I czy jest coś, czego dzisiejszy zespół mógłby nauczyć się od tamtych dwudziestokilkulatków?

John Porter: Sporo zmieniłem się muzycznie, co słychać od czasów Maanam — Elektrycznego Prysznica — po współpracę z Nergalem, Anitą Lipnicką, Agatą Karczewską czy Wojtkiem Mazolewskim. Każdy z albumów jest inny. Wiecznie szukam inspiracji.

Każde pokolenie ma swoją ulubioną muzykę, swoich sentymentalnych faworytów. Artyści i publiczność dojrzewają razem. Na koncerty przychodzą coraz młodsze osoby, bo to, co śpiewa Neil Young — „Rock’n’roll will never die” — jest prawdą mimo różnicy pokoleń. Więc niczego nie nauczyłbym się od „tamtych dwudziestokilkulatków”, bo muzyka jest organiczna i ewoluuje razem z nami. Po prostu róbmy swoje.

Konrad Puławski:
Wyobraźmy sobie, że młody John Porter z 1980 roku trafia na twój koncert w Stodole. Nie wie nic o kolejnych 45 latach, nie zna twoich późniejszych płyt ani historii, która dopiero się wydarzy. Co najbardziej zaskoczyłoby go w człowieku stojącym na scenie? I czy po koncercie podszedłby pogratulować, czy raczej miałby do ciebie kilka niewygodnych pytań?

John Porter: Trick question! Najpierw bym „sobie” pogratulował niezłej siły i ekspresji jak na 76 lat. Pewnie zasugerowałbym, żeby ten stary ja zmienił koszulę na czarną, a białą trzymał na ślub lub pogrzeb.