Anathema, Antimatter (Warszawa, Progresja, 12.07.2013)

Setlista (Anathema):

1. Deep 2. Thin Air 3. Untouchable, Part 1 4. Untouchable, Part 2 5. Dreaming Light 6. The Beginning and the End 7. Lost Control 8. Angelica 9. Forgotten Hopes 10. Destiny Is Dead 11. With or Without You (U2 cover) 12. Temporary Peace 13. Flying 14. Are You There? (Danny solo; „Running Up That Hill” snippet) 15. Oh! Darling (The Beatles cover) (Danny – guitar; Lee – vocal) 16. Parisienne Moonlight 17. A Natural Disaster 18. Fragile Dreams 19. Another Brick in the Wall Part 2 (Pink Floyd cover)

Wstyd się przyznać, ale moje doświadczenia z koncertami klubowymi są bardzo ubogie. Nie mógłbym napisać o nich książki. Ba, myślę, że problem mógłbym mieć nawet z zapełnieniem odwrotu wizytówki. Tak to już było, że zawsze bardziej po drodze było mi z plenerami. Dlatego idąc 12 lipca do Progresji nie wiedziałem czego się spodziewać, nie tylko jeśli chodzi o muzyczną formę reprezentacji Anathemy.

Po dotarciu na miejsce, dwóch barbarzyńsko drogich kuflach napoju uzurpującego sobie miano piwa, po godzinie oczekiwania, aż coś się zacznie dziać, na scenę wyszło dwóch gości z gitarami – popularny  niegdyś Klaudiusz Sevkovic i wokalista Homo Homini – w skrócie „Antimatter”.

O tej dwójce przed wizytą w Progresji nie wiedziałem nic, poza tym, że – tak jak Anathema – pochodzą z Liverpoolu i – tak jak Anathema – grają „smutną” muzykę…  co w sumie wynika z tego pierwszego, bo co innego można robić wychowując się w szarym jak beton mieście wiecznego deszczu. Tak oto zupełnie niespodziewanie pojawia się pierwsza myśl o którą wyszedłem z tego koncertu bogatszy – pamiętajcie, że Beatlesom już na starcie należy się szacunek i podziw tylko dlatego, że będąc rdzennymi scouserami potrafią się muzycznie uśmiechać.

Mick Moss  zrobił na mnie wrażenie człowieka nie do końca wiedzącego jak dobrze wykorzystać szansę daną przez obecność na scenie. (źródło fot.link)

Ku mojemu zdziwieniu większość już wtedy całkiem licznie zgromadzonych widzów zdawała się kojarzyć obu supportujących panów, niektórzy podśpiewywali nawet teksty i w przerwach między utworami wznosili okrzyki  mające dodawać muzykom kurażu. Wtedy po raz pierwszy tego wieczora poczułem klimat klubowych koncertów i zdecydowanie było to przyjemne uczucie. Antimatter na scenie było mroczne i prawdziwe. Czegoś jednak brakowało. Prawdopodobnie będę pierwszą i ostatnią osobą, która kiedykolwiek porówna ich do Kings of Leon, ale będąc na gorąco po Openerze to pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy na hasło „problem kontaktu z publicznością”. Problem polegał na tym, że kontaktu nie było, a jedyna próba wyluzowania atmosfery wydała mi się nieco niezręczna i nieprzemyślana. Możliwe, że wymiana przepoconymi ręcznikami między członkami zespołu to stały element tej trasy koncertowej, ale ja tego nie kupuję. Mick Moss (Klaudiusz) zrobił na mnie wrażenie człowieka nie do końca wiedzącego jak dobrze wykorzystać szansę daną im przez obecność na scenie.

Muzycznie bez rewelacji – w tym momencie nie jestem sobie w stanie przypomnieć nic, co by mnie jakoś szczególnie w występie Antimatter porwało, ale nie mam też do czego się przyczepić. Z ciekawszych rzeczy, pan z gitarą elektryczną (Aleksander Nowacki) zastosował w kilku utworach fajnego dynksa w postaci elektronicznego smyczka, co dało efekt w postaci przyjemnych, klimatycznych, długo wybrzmiewających dźwięków – pasowało. Cały występ miał sens, dwie gitary, mroczny klimat, przejmujące, smutne utwory i tak dalej. Pograli około godziny i udanie przygotowali publiczność do tego, co było tego wieczora najważniejsze.

Można było poczuć się jak w innym wymiarze, można było rozpływać się w dobrze brzmiących łagodnych, soczystych i aksamitnych dźwiękach. Ileż bym dał za to, żeby ten koncert trwał 40 minut! (fot. Jasio Iwanow)

Moje nastawienie do koncertu Anathemy przed samym koncertem mógłbym określić jako bardzo pozytywne i pełne nadziei. Hasło „An Acoustic Event” brzmiało wtedy nie tylko niegroźnie, ale i zachęcająco. W końcu koncerty unplugged to w świecie muzyki powszechna forma urozmaicania występów. Tak, na pewno będzie fajnie – myślałem. No i… nie dali rady.

Pełne przestrzeni, kojące brzmienie gitar i aksamitny wokal blondynki, której postać zauroczyła mnie jak nigdy nikt na scenie. Co za kobieta! (fot. Jasio Iwanow)

Przerwę po Antimatter skończyło pojawienie się z tyłu sceny wizualizacji w postaci nazwy zespołu. Jako pierwszy pojawił się przed nami Danny Cavanagh, który wyskoczył na chwilę, by przy dźwiękach granej z progresyjnego odtwarzacza muzyki spojrzeć, czy ze sprzętem wszystko w porządku. No i… nic się nie stało. Ani jednego okrzyku, oklasku czy nawet jęku. Uznałem to za co najmniej dziwne po powrocie z festiwalu, podczas którego pojawienie się na głównej scenie przed koncertem Arctic Monkeys pana Mietka sprawdzającego temperaturę strun w gitarach było kwitowane przez tysiące fanek aplauzem i piskiem, na które narzekać nie mógłby sam papież.

Później na scenie już w pełnym rynsztunku pojawili się obaj bracia Cavanagh (Vincent zaskoczył nową fryzurą, rodem z katalogów fryzjerskich Beverly Hills 90210). Zrobiło się pięknie. Zaczęli we dwóch, chwilę później dołączyła do nich zjawiskowa jasnowłosa wokalistka Lee Douglas. Nie, nie… dopiero teraz zrobiło się pięknie. Gdybym miał przypisać piątkowym wydarzeniom kolory, to na pewno byłyby to fioletowy i niebieski. Pełne przestrzeni, kojące brzmienie gitar i aksamitny wokal blondynki, której postać zauroczyła mnie jak nigdy nikt na scenie. Co za kobieta! Lee przez cały koncert zachowywała się niezwykle skromnie, sporo czasu spędzała poza sceną czy kołysząc się nieśmiało w jej głębi w rytm muzyki, a kiedy przychodziła jej kolej, podchodziła do mikrofonu i śpiewała swoje partie wprost bezbłędnie.

Anathema do Warszawy przyjechała z koncertem, którego nie rozumiem! (fot. Jasio Iwanow)

Największe nadzieje wiązałem z utworami z ulubionego przeze mnie „Weather Systems”. Jak powszechnie wiadomo, tam, gdzie jest nadzieja lubią rodzić się rozczarowania i tak niestety było tym razem. Z wykonaniem pierwszej części Untouchable łączą mnie ambiwalentne uczucia. Zagrana dość wcześnie wersja „acoustic chillout” mojego ulubionego utworu jednocześnie zrobiła na mnie wielkie wrażenie i zobrazowała, jaki będzie cały koncert. Z jednej strony – ciarki przy okazji dźwięków akustycznej gitary zaczynających utwór; z drugiej – gigantyczny zawód z powodu całej reszty; nudnej i nieznającej pojęcia polotu. Brak perkusji to w przypadku tego utworu najgorsza możliwa do wyrządzenia krzywda. Bez dynamicznego wejścia bębnów po wstępie, Untouchable nie miało do zaoferowania nic ciekawego. Jak napisałem, idealnie pokazuje to, jakie wrażenie zostawił po sobie cały koncertowy akt.

Anathema do Warszawy przyjechała z koncertem akustycznym, którego nie rozumiem! Zwyczajnie, nie potrafię znaleźć innego wytłumaczenia dla formy piątkowego koncertu, niż chęć oszczędności na transporcie sprzętu. Poza tym, może to czepialstwo, ale gitara, którą w rękach przez cały koncert trzymał Vincent na pewno nie pasowała do motywu przewodniego wieczora, bo… była elektryczna. Przez dwie godziny na scenie Progresji stały 2 (w porywach 3, za sprawą zjawiskowej Lee) osoby z gitarami i starały się sprzedać minimalistyczne piękno, a ja przez cały ten czas czułem się nieco niezręcznie, jakby obawiając się, czy braciom Cavanagh nie zrobiłoby się trochę smutno, gdyby dowiedzieli się o czym myślę.  Czyli co – ten cały „acoustic event” to pic na wodę?

Przeczytałem gdzieś, że Anathema potrafi grać bardzo długo. Tym razem ograniczyli się do dwóch godzin, a ja i tak  już po upływie pierwszej zacząłem ziewać. (fot. Jasio Iwanow)

Na to wygląda. Jestem co prawda przekonany, że ponad połowa słuchaczy wyszła z klubu zachwycona – bycie fanem ma to do siebie, że po jakimś czasie przestaje się wymagać. Ok, jestem w stanie ich w jakimś stopniu zrozumieć, bo wieczór pełny był kojących dźwięków i ogólnie miło się tego słuchało, chociaż w moim przypadku taki stan rzeczy utrzymał się maksymalnie przez godzinę. Mam jednak wrażenie, że wszystko, co w koncercie było przyjemne, zawdzięczamy nie tyle temu konkretnemu wydarzeniu, co odpalonym „x” lat temu, przy okazji nagrywania płyt, feelingowi i talentowi kompozytorskiemu muzyków Anathemy.

Nie umiem pojąć jak nie wstyd dyktować tak wysokich cen biletów (70/85/100 zł w zależności od daty zakupu), za jawne pójście na łatwiznę. Jaki jest sens okrajania składu po to, żeby później lwią część koncertu korzystać z loopera? Każdy kawałek był identyczny, serio! Po tym doświadczeniu jestem w stanie podać przepis na bycie Anathemą. Zobaczcie: najpierw Danny zarzuca 4 smutne akordy, następnie wystukuje na gitarze jakiś nieskomplikowany bit, wszystko zapętla z pomocą podłogowego loopera, a z przeładowanej dziwnymi, syntezatorowymi efektami gitary Vincenta zaczynają płynąć długie, nieskomplikowane melodyjki. Później przychodzi pora na wokal, czasem przyłącza się Lee, gramy tak  parę minut, podziękowania dla publiczności i jedziemy od nowa. Niby to wszystko ładne, ale niesamowicie nużące. Przeczytałem gdzieś, że Anathema potrafi grać bardzo długo. Tym razem ograniczyli się do dwóch godzin, a ja i tak już po upływie pierwszej zacząłem ziewać.

Na szczęście trzy razy zostałem rozbudzony. Muzycy postanowili bowiem urozmaicić występ (też nie mogłem uwierzyć!) kilkoma coverami. Tym samym usłyszeliśmy With Or Without You. Ten utwór grupy U2 – jeśli wierzyć Danny’emu – Anathema zagrała na żywo po raz pierwszy. Lee dała solowy popis w Oh! Darling zespołu najsłynniejszych Liverpoolczyków świata, a koncert zamknęło wykonanie Another Brick In The Wall Pink Floyd. Swoją drogą, ciekawe jakie to uczucie, kiedy publiczność okazuje się śpiewać najgłośniej i zachowywać najswobodniej podczas grania utworu kogoś innego.

Podsumowując – koncert miał być niezwykły w swoim minimalizmie, a okazał się nudnym i rozlazłym.  (fot. Jasio Iwanow)

Jest jednak coś, za co należą się reprezentacji Anathemy duże brawa. Cavanaghowie pracę domową z kontaktu z publicznością odrobili z nawiązką, nadrabiając niechęć do rozmów muzyków Antimatter. Każda przerwa między utworami była zdaniem Danny’ego i Vincenta porą na żarcik, czy – co jest nieco banalne – rzucenie polskiego przekleństwa (czemu to zawsze działa?!). Zwracając uwagę na klimat rodem z sauny, muzycy dzielili się przeznaczonymi dla nich butelkami wody z publiką. Danny rzucił ich w naszą stronę naprawdę wiele. Co najważniejsze, widać było, że cała trójka doskonale bawi się na scenie. Muzycy byli wyluzowani i skorzy do dyskusji z fanami np. na temat tego, co za chwilę zabrzmi spod ich palców. Fajni goście. Lee się raczej nie odzywała, ale można jej to wybaczyć, samym staniem na scenie stanowiła wartość dodaną do efektu końcowego widowiska.

Progresja jako klub zrobiła na mnie (poza cenami) dobre wrażenie. Rozmiar miejsca przewidzianego dla publiczności idealnie zgrał się z ilością widzów zainteresowanych wydarzeniem i po doświadczeniach z lotniska Kosakowo czułem, jakby ktoś zabrał bardzo ważną cząstkę mnie – nie mogłem narzekać na ścisk. Mimo tego, na sali było jednak bardzo gorąco, co niejednokrotnie podkreślali muzycy obu grających tego wieczora formacji. Kluby są fajne, inne od plenerów, bardziej kameralne i widać, że nie ma tam nikogo przypadkowego. Spodobało mi się.

Podsumowując – koncert miał być niezwykły w swoim minimalizmie, a okazał się nudnym i rozlazłym. Był fioletowy i niebieski, a zabrakło koloru krwistoczerwonego; grania z pazurem. Było ładnie, czasem zabawnie, głośno, momentami mistycznie. Można było poczuć się jak w innym wymiarze, można było rozpływać się w dobrze brzmiących, łagodnych, soczystych i aksamitnych dźwiękach. Ileż bym dał za to, żeby ten koncert trwał 40 minut!

Za udostępnienie zdjęć dziękujemy portalowi muzyka.pl.

ANATHEMA – UNTOUCHABLE, PART 1