Mohini Dey – The Dey Way: wszyscy mówią basem
Saksofon Jonathana Monesa w Slappa Dey Bass bierze od Mohini Dey melodię i prowadzi ją razem z nią, nuta w nutę. Bas, zwykle zatrudniany przy fundamentach, dyktuje tutaj także kształt fasady. Chwilę wcześniej ma za partnera klawisze Dániela Szebényiego; wraz z powrotem dętych jego pomysł nabiera innej masy i koloru. Dey nie potrzebuje więc kolejnej solówki, żeby pozostać w centrum. Wystarczy, że inni zaczną mówić jej frazą. W tym niewielkim przesunięciu ról mieści się więcej kompozytorskiego sprytu niż w najbardziej karkołomnym przebiegu po gryfie.
A przebiegów na The Dey Way nie brakuje. Drugi album basistki jest gęsty, zaczepny, chwilami wręcz zachłanny. Funk dostarcza mu sprężyny, jazz-rock rozbudowanego instrumentarium, a progresywne granie — upodobania do komplikacji i mocnego uderzenia. Karnatyczne inspiracje przenikają rytmikę, także poprzez konnakol, czyli wypowiadane sylabami figury rytmiczne. Głos może zatem uczestniczyć w tej samej pracy co palce i pałeczki. To ważne dla charakteru Dey: jej muzyka nie dzieli się wygodnie na melodię u góry i sekcję pracującą pod spodem. Bas co chwilę przekracza tę umowną granicę, zabierając ze sobą resztę zespołu.
W utworze tytułowym Gergő Borlai od razu stawia mu opór odpowiedniej wielkości. Rozbudowana perkusja i ostro artykułowany slap tworzą dwa równorzędne źródła natarcia. Do tego gitara Bumblefoota, saksofon, klawisze, wokalizy — obsada zdolna zagospodarować każdą szczelinę. Dey lubi taki ścisk. Mocne unisona spinają instrumenty, a techniczna swoboda pozwala przeprowadzać przez nie skomplikowane frazy bez utraty impetu. Podoba mi się, że ten bas ma ciężar, zadziorność i prawo do przesady. Gdyby sprowadzić go do dyskretnego podtrzymywania harmonii, zniknęłaby znaczna część osobowości tej płyty.
Kłopot zaczyna się później, kiedy intensywność przestaje być wydarzeniem, a staje się warunkiem uczestnictwa. Dey potrafi podnieść temperaturę w kilku ruchach; mniej chętnie zostawia ją na poziomie, przy którym pojedyncza fraza zdążyłaby się zadomowić. Można zachwycić się sprawnością muzyków i zarazem poczuć niedosyt konkretnej melodii. Nie dlatego, że jej zabrakło. Została już odsunięta przez następny pomysł, zanim zdążyła wywalczyć sobie miejsce w pamięci.
WILLOW przestawia akcent
Xtroverted Soul daje tej ruchliwości wyraźniejszy punkt zaczepienia. WILLOW wnosi słowa, a razem z nimi wypowiedź, do której można wrócić po instrumentalnych odejściach. Środkowe rozluźnienie prowadzi przez solo basu do rozbudowanej partii Jacka Gardinera na tle klawiszy, po czym ponownie pojawia się wokal. Ten przebieg kompozycji daje popisom użyteczną miarę: wiadomo, od czego odchodzą i co przywraca im wspólny kierunek. Gardiner otrzymuje miejsce na rozwinięcie frazy, ale utwór nie kończy się wraz z jego wystąpieniem. WILLOW ma jeszcze coś do powiedzenia.
To również osobista odpowiedź na Introverted Soul z debiutu. W rozmowie z PostGenre Dey wyjaśnia, że wcześniejszą kompozycję napisała jako trzynastolatka; nowa dotyczy gotowości do ujawniania tych części siebie, które wcześniej ukrywała. Same słowa o pokonywaniu słabości i odzyskiwaniu własnego miejsca nie są szczególnie odkrywcze. Więcej wnosi obsadzenie w tej roli drugiej osoby. Basistka oddaje WILLOW wypowiedź dotyczącą własnej przemiany, a sama pozostaje przy instrumencie. Autobiografia zyskuje dwa głosy.
Przy Joy z Larnellem Lewisem ta potrzeba ciągłego demonstrowania możliwości słabnie. Łagodniejszy charakter kompozycji pozwala potraktować basową melodię jako właściwą treść utworu, zamiast czekać, w jaki sposób zostanie za chwilę przekroczona. Dey nie traci wyrazistości. Jej instrument nadal zajmuje centralne miejsce, tylko nie musi zagarniać go każdym kolejnym gestem. Właśnie takich fragmentów chciałbym na tej płycie więcej: pozwalających przywiązać się do pomysłu, zanim zacznie się podziwiać jego przekształcenia.
15 Steps Ahead, z Roni Kaspi na perkusji, przesuwa uwagę w stronę syntezatorowej kolorystyki. Obok fizycznego ataku basu pojawia się bardziej odrealnione otoczenie. To inna odmiana kontrastu niż uspokojenie w Joy: Dey zachowuje swój charakter, ale zmienia się światło padające na jej partię. Dzięki takim różnicom album nie zamienia się w jeden długi numer z wymienianymi perkusistami. Poszczególne składy mają znaczenie, nawet jeśli silna osobowość liderki czasem utrudnia dostrzeżenie go od razu.
Po Chambersie zostają dwa instrumenty
W Uncle Dennis cięższy jazz-rock spotyka się z Dennisem Chambersem i gitarą Rhythma Shawa. Dey wskazuje Extraction Grega Howe’a jako ważną dla siebie płytę — obecność perkusisty ma więc rodowód głębszy niż imponująca lista gości. Chambers należy do tradycji, w której sekcja rytmiczna potrafi narzucić utworowi temperament równie zdecydowanie jak gitarowy solista. Pasuje do tej muzyki także dlatego, że basistka potrzebuje partnerów zdolnych udźwignąć jej intensywność, a nie jedynie ją obsłużyć.
Produkcja pomaga rozróżniać instrumenty w tym zagęszczeniu. Można docenić wyrazistość partii i nadal mieć zastrzeżenia do ich nagromadzenia; to dwa osobne sądy. Moje dotyczą przede wszystkim rozłożenia akcentów w całym zestawie. Skoro tak wiele fragmentów domaga się maksymalnej uwagi, kolejne kulminacje mają coraz mniej miejsca, by urosnąć. Nie potrzeba tu wygładzenia ani odebrania muzykom temperamentu. Przydałaby się większa bezwzględność w wyborze tego, co naprawdę zasługuje na pierwszy plan.
Dlatego krótkie DAD ma znaczenie większe, niż sugerowałaby minuta z niewielkim dodatkiem. Shaw zostaje z Dey w duecie poświęconym jej zmarłemu ojcu. Po tylu rozbudowanych konfiguracjach liczba uczestników spada do dwóch, a wraz z nią zmienia się skala wypowiedzi. Każda partia staje się odsłonięta. Ten finał nie unieważnia wcześniejszego rozmachu i nie każe dopatrywać się prawdy wyłącznie w wyciszeniu. Pokazuje po prostu, że Dey potrafi utrzymać osobisty ton także wtedy, gdy kończą się możliwości dalszego spiętrzania obsady.
The Dey Way cenię za bezczelny rozmach i basową wyobraźnię, mniej za gospodarowanie uwagą słuchacza. To bardzo dobra płyta, której nie wszystkie świetnie wykonane pomysły są równie potrzebne. Najbardziej przekonuje mnie Dey wtedy, gdy jej partia zmienia sposób grania innych: daje Monesowi melodię, znajduje ramę w głosie WILLOW, mieści się w duecie z Shawem. W tych momentach technika ma konkretny skutek poza samym instrumentem. Z takimi partnerami basistka może sobie pozwolić również na pozostawienie następnego ruchu komuś innemu.




