Royal Blood - Dead Company
Royal Blood - Dead Company

Royal Blood – Dead Company

Rachunek za dwanaście lat

Royal Blood od dwunastu lat prowadzą jedno z najbardziej bezczelnie oszczędnych przedsiębiorstw w brytyjskim rocku. Na scenę wysyłają basistę i perkusistę, a publiczności dostarczają dźwięk, za który inne zespoły muszą opłacać co najmniej trzech gitarzystów. W tej dwuosobowej manufakturze Mike Kerr odpowiada za całą armię przesterowanych strun, Ben Thatcher zaś pilnuje, żeby nikomu nie przyszło do głowy sprawdzać, ilu właściwie muzyków znajduje się w pomieszczeniu. Interes kwitnie, rozpoznawalność marki znakomita, konkurencja od lat usiłuje rozszyfrować technologię produkcji. Tyle że po czterech albumach nawet najbardziej pomysłowy wynalazek zaczyna domagać się czegoś więcej niż kolejnego uruchomienia.

Piąty krążek Brytyjczycy nazwali Dead Company. Tytuł dla zespołu wracającego po dłuższej przerwie brzmi dość przewrotnie, zwłaszcza że muzycy najwyraźniej zamierzają udowodnić, iż do muzycznego nekrologu wciąż im daleko. Po tanecznych ciągotach Typhoons i aranżacyjnych wycieczkach Back to the Water Below ponownie sięgają po hardrockowy elementarz. Bas podłączony do arsenału efektów, perkusja pracująca z determinacją maszyny przemysłowej, chwytliwy refren i następny numer, zanim poprzedni zdąży ostygnąć. Royal Blood odzyskali dawną bezpośredniość, ale wraz z nią wrócił kłopot, którego żaden dodatkowy decybel nie rozwiąże: jak długo można eksploatować ten sam genialnie prosty pomysł?

Najpierw nauczyć się grać. Potem wydać płytę

Historia powstawania albumu ma w sobie coś z komedii o dwóch znakomitych fachowcach, którzy po latach odkrywają instrukcję obsługi własnego warsztatu. Kerr przyznał w rozmowie dla Warner Music Japan, że podczas wcześniejszych sesji zdarzało im się najpierw budować utwory w studiu, a dopiero po ukończeniu płyty rozpracowywać ich koncertowe wykonanie. Teraz postanowili przygotować materiał przed rejestracją. Grali razem, dopracowywali partie, a nagranie miało zachować ich wzajemną reakcję. Do tego celowo pozostawiano pewne wykonawcze niedoskonałości. Zamiast chirurgicznie sterylnego rocka – dwóch muzyków, którzy potrafią sobie nawzajem wejść w drogę i wyjść z tego obronną ręką.

Pomysł nabiera znaczenia już w tytułowym Dead Company. Kerr zbudował kompozycję z wielu riffowych pomysłów i sam przyznaje, że ich połączenie okazało się wyjątkowo wymagające. Riff ma tutaj funkcję głównego bohatera, ale perkusja nie pozostaje jego posłusznym sekretarzem. Thatcher nadaje ciężkim frazom konieczną sprężystość, dzięki której utwór nie zamienia się w bezkształtny blok przesteru. Uwagę przykuwa również trudność jednoczesnego wykonywania partii basu i wokalu. Ta pozornie prymitywna muzyka przypomina precyzyjny mechanizm zegarowy, któremu ktoś zamontował zamiast wskazówek dwa pneumatyczne młoty. Bez dokładnego spasowania elementów szybko rozsypałaby się na części.

Zaraz potem Swallow The Bomb podkręca obroty do poziomu, przy którym mechanik powinien już nerwowo spoglądać na obrotomierz. Inspiracją było przyspieszone zakończenie Loose Change z debiutu, od lat prowokujące koncertową publiczność do zbiorowego zatracania podstawowych zasad bezpieczeństwa. Kerr postanowił rozciągnąć tę chwilę na niemal cały utwór. Riff przestaje celebrować własny ciężar, a bardziej punkowa motoryka nadaje kompozycji gwałtowność rzadziej spotykaną na poprzednich wydawnictwach. To bardzo skuteczny zabieg, choć trudno nie dostrzec jego konstrukcyjnej prostoty: zespół bierze sprawdzony koncertowy odruch, zwiększa dawkę i podaje go w formie pełnoprawnej piosenki. Recepta działa. Cudów przy jej sporządzaniu jednak nie było.

Chuligan z Wurlitzerem pod pachą

Znacznie bardziej przewrotny jest Ten Over Ten, wyrastający z pomysłu perkusyjnego Thatchera. Muzyk chciał wykorzystać partię przywodzącą na myśl blast beat, więc Kerr dopisał do niej odpowiedni riff. Dalszą część kompozycji opracowywał na elektrycznym pianinie Wurlitzera. Tak, Wurlitzerze. Jeden z najbardziej napastliwych numerów w dorobku Royal Blood powstawał częściowo przy instrumencie kojarzonym raczej z soulem i klasyką elektrycznego jazzu niż z próbą rozmontowania ściany za pomocą rockowego wzmacniacza. A jednak taki sposób komponowania sporo wyjaśnia. Pod ciężarem przesteru znajduje się przemyślany układ fraz, a gwałtowna perkusja otrzymuje melodyczne oparcie. Brutalność jest efektem końcowym starannie zorganizowanego materiału.

Thatcher zasługuje tutaj na szczególne uznanie. Jego partia wyznacza punkt wyjścia dla całej kompozycji, zmuszając bas do dostosowania się do wcześniej określonego charakteru rytmicznego. Royal Blood zwykle kojarzą się z Kerrą, jego przesterami i niezwykłą zdolnością zamieniania czterech strun w małą elektrownię. Ten Over Ten przypomina, że w tej relacji perkusista może równie skutecznie przejmować inicjatywę. Szybkie, agresywne figury rytmiczne są tu częścią pomysłu kompozycyjnego, a nie jedynie dekoracją riffu. To zdecydowanie korzystniejszy układ niż sytuacja, w której bębny mają tylko pilnować, by muzyczna lokomotywa nie wypadła z szyn.

Podobnej pomysłowości przydałoby się więcej w Mother Never Told You. Utwór korzysta ze zmiany nasycenia basowego brzmienia pomiędzy zwrotką a refrenem. W spokojniej potraktowanych fragmentach pozostaje miejsce dla wokalu, natomiast refren otrzymuje mocniejszy, niemal gitarowy ciężar. Powstaje kontrast, który pozwala zbudować napięcie bez szczególnie rozbudowanej formy. Kerr potrafi nadać melodii zadziorność, lecz w gęstszym brzmieniu jego śpiew chwilami przegrywa walkę o uwagę. Basista stworzył instrument tak potężny, że czasami nie zostawia przy nim miejsca dla własnego głosu. Trudno o bardziej osobliwy problem w zespole, w którym obie funkcje wykonuje ten sam człowiek.

Gitarzysty nie zatrudniać. Klawiszowca można przemycić

Fenomen Royal Blood polega na znakomitym wykorzystaniu ograniczeń. Przesterowany bas Kerra obsługuje jednocześnie dolne rejestry i ciężkie, gitaropodobne riffy. Thatcher musi więc utrzymać rytmiczny fundament, a zarazem dostarczyć odpowiednich zmian akcentu i dynamiki. W bardziej tradycyjnym zespole część tej pracy przejęliby pozostali instrumentaliści. Tutaj wszystkie luki trzeba zapełnić we dwóch. W odróżnieniu od Blood Red Shoes, gdzie dwa głosy tworzą dodatkową oś dramaturgiczną, Royal Blood większość wewnętrznych konfliktów rozgrywają między basem, perkusją i pojedynczym wokalem. Ich minimalizm przypomina ciasne mieszkanie urządzone z taką pomysłowością, że goście długo nie zauważają braku kolejnych pokoi.

Produkcja Dead Company zasługuje na pochwałę właśnie dlatego, że przy całym swoim ciężarze zachowuje funkcjonalność poszczególnych instrumentów. Materiał ma bardziej surowy charakter niż tanecznie wypolerowane Typhoons, lecz absolutnie nie jest rezultatem przypadkowego postawienia dwóch mikrofonów w sali prób. W pracach uczestniczyli między innymi Pete Hutchings, Alan Moulder i Finn Howells, a za mastering odpowiada Matt Colton. Szczegółowe kredyty albumu ujawniają również syntezator, instrumenty klawiszowe, Mellotron i gitarę barytonową. Jak na przedsięwzięcie reklamujące się powrotem do podstaw, zaplecze techniczne jest całkiem okazałe.

Nie widzę w tym szczególnej sprzeczności. Zespół od początku wykorzystywał technologię do stworzenia wrażenia instrumentalnego nadmiaru przy skromnej obsadzie. Różnica polega raczej na sposobie rozłożenia akcentów. W nowym materiale dominują fizyczny puls, wyraźny atak perkusji i basowe riffy; elektronika rzadziej przejmuje stery. Ta decyzja daje muzyce potrzebną spoistość. Bywa jednak, że niemal każda kompozycja otrzymuje podobną powierzchnię brzmieniową. A gdy dziesięć piosenek ubiera się u tego samego krawca, wypada zadbać, żeby pod marynarkami kryły się odmienne osobowości.

W lusterku wstecznym widać więcej niż drogę

Po czterech otwierających album singlach Royal Blood zaczynają inaczej gospodarować tempem. Nowhere All Along pozostawia więcej miejsca melodyce, Ride przywraca zdecydowany, refrenowy impet, a Take Em All korzysta z wolniejszego groove’u i dodatkowej barwy syntezatora. Taki rozkład materiału jest rozsądny. Pierwsze trzynaście minut wyznacza bardzo wysoki poziom intensywności, którego dalsze utrzymywanie groziłoby zmęczeniem nawet najbardziej oddanych wielbicieli przesteru. Druga część przynosi niezbędne zróżnicowanie, choć częściej dotyczy ono tempa i aranżacyjnego nasycenia niż zasadniczych pomysłów melodycznych.

Wyróżnia się Rear View Mirror, którego riff Kerr łączył w wywiadach z metalem lat osiemdziesiątych i pewnymi wpływami Rage Against the Machine. Ciężar utworu wynika w większym stopniu z uporczywego groove’u i rytmicznego współdziałania muzyków niż z samej szybkości. Jest tu coś z podejścia Toma Morello, dla którego riff potrafił być zarazem motywem melodycznym i instrumentem perkusyjnym. Royal Blood nie przejmują całej estetyki Rage Against the Machine, ale wykorzystują podobną zasadę: rytm staje się osią ekspresji, a powtarzany motyw nabiera charakteru dzięki odpowiedniemu prowadzeniu akcentów. Wypada to przekonująco, bo muzycy przynajmniej na chwilę przestają mierzyć intensywność liczbą uderzeń na minutę.

Sam tytuł Rear View Mirror prowokuje do szerszej interpretacji. Zespół ogląda się przecież na własny debiut, szuka w nim porzuconej spontaniczności, próbuje przywrócić dawny sposób grania. Dziewięć lat temu Zachary Mosakowski zachwycał się na łamach LMF albumem How Did We Get So Dark?, wskazując między innymi na znakomicie działające połączenie riffu i przebojowego refrenu. Dzisiejszy Royal Blood nadal posiada tę umiejętność. Tyle że wówczas wypracowana formuła wciąż sprawiała wrażenie świeżej, a teraz jest dobrze poznaną specjalnością zakładu. Tapping Out dowodzi, że można z niej nadal wycisnąć przyjemną, bujającą piosenkę. Mniej przekonująco wypada jako argument za tym, że duet ma przed sobą wiele kompozycyjnych niespodzianek.

Warstwa słowna albumu również skłania do takiego porównania. Kerr opowiada o determinacji, przekraczaniu własnych ograniczeń, potrzebie działania mimo przeciwności. Inspiracją dla Ten Over Ten był nawet trening maratoński. W innych utworach pojawiają się bardziej ponure obrazy izolacji, autodestrukcji czy toksycznych relacji. Zestawienie mogłoby przynieść interesującą opowieść o człowieku, który nie potrafi odróżnić ambicji od przymusu nieustannego udowadniania swojej wartości. Teksty częściej jednak korzystają z prostych deklaracji niż z wieloznacznych obrazów. Znakomicie nadają się do wspólnego wykrzykiwania pod sceną; jako samodzielna literatura mają znacznie mniej do zaoferowania.

Mellotron na pożegnanie, rachunek przy wyjściu

Ostatnie The Closer stanowi próbę rozszerzenia tej estetyki. Kerr sięga po Mellotron i gitarę barytonową, produkcją zajmuje się Tom Dalgety, a kompozycja otrzymuje bardziej rozległy, instrumentalny finał. Wcześniejsze albumy Royal Blood również kończyły się utworami o spokojniejszej, szerzej zakreślonej dramaturgii, więc nie mamy do czynienia z nagłym odkryciem nieznanego kontynentu. Sposób budowania atmosfery wyróżnia jednak The Closer na tle agresywnego początku płyty. Dodatkowe barwy nadają mu większą skalę, choć nie wszystkie pomysły muzyczne dorastają do rozmachu oprawy. W finale można dostrzec potencjał bardziej ambitnego grania, ale również ograniczenia, które pojawiają się, gdy rozbudowana aranżacja musi oprzeć się na dość znajomym szkielecie kompozycyjnym.

W całych trzydziestu dwóch minutach Dead Company trudno znaleźć wiele wykonawczych słabości. Thatcher gra z siłą i precyzją, Kerr nadal znakomicie operuje własnym, trudnym do pomylenia z kimkolwiek innym brzmieniem. Melodie są chwytliwe, refreny potrafią spełnić swoje zadanie, a konsekwencja stylistyczna sprawia, że album zachowuje zwartość. To bardzo dobra demonstracja możliwości Royal Blood jako zespołu. Mniej przekonująca jako dowód nieograniczonej wyobraźni Royal Blood jako kompozytorów. Ich muzyka wciąż ma wyrazisty charakter, lecz coraz częściej opiera się na umiejętnym odtwarzaniu raz wypracowanych rozwiązań.

Nie zamierzam domagać się od duetu jazzowych improwizacji, orkiestry symfonicznej ani następnego eksperymentu z elektroniką tylko po to, żeby można było odnotować stylistyczny postęp. Dobry rock nie ma obowiązku co kilka lat wynajdywać siebie od początku. Motörhead przez dekady udowadniali, że konsekwencja potrafi być cnotą, a AC/DC stworzyli z garści prostych środków muzyczne imperium. Oba zespoły miały jednak szczególną umiejętność nadawania poszczególnym utworom odrębnego charakteru, nawet gdy pozostawały wierne własnej estetyce. Royal Blood najlepiej wypadają właśnie wtedy, gdy pamiętają o tej różnicy.

Dead Company jest dobrą płytą z kilkoma bardzo mocnymi momentami, świetną pracą instrumentalistów i produkcją doskonale dopasowaną do ich zamiarów. Słabsze kompozycje zdradzają natomiast, że potężne brzmienie nie zawsze wystarczy do zbudowania równie wyrazistej piosenki. Dwanaście lat temu Kerr i Thatcher dokonali rzeczy doprawdy imponującej: nauczyli dwa instrumenty brzmieć jak znacznie liczniejszy zespół. Na piątym albumie przydałaby się kolejna sztuczka. Sprawić, żeby dziesięć utworów opartych na podobnym instrumentarium miało dziesięć naprawdę różnych powodów do istnienia. Bo z głośnością panowie poradzili sobie już dawno.

Royal Blood - Dead Company

Royal Blood - Dead Company
Royal Blood – Dead Company
Tracklista: 1. Dead Company – 3:19 • 2. Swallow The Bomb – 3:19 • 3. Ten Over Ten – 3:17 • 4. Mother Never Told You – 2:59 • 5. Nowhere All Along – 3:49 • 6. Ride – 3:29 • 7. Rear View Mirror – 2:50 • 8. Take Em All – 3:08 • 9. Tapping Out – 2:44 • 10. The Closer – 3:43 • Skład: Mike Kerr – wokal, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, Wurlitzer, Mellotron, syntezator, gitara barytonowa • Ben Thatcher – perkusja, instrumenty perkusyjne • Miks: Alan Moulder, Finn Howells • Mastering: Matt Colton • Wytwórnia: Warner Records • Premiera: 6 listopada 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Miejsce w dyskografii: piąty album studyjny • Czas: 32:37 • Liczba utworów: 10 • Formaty: CD, LP, cyfrowy • Autorzy i produkcja: Royal Blood; współprodukcja – Pete Hutchings, dodatkowa produkcja – Nick Raskulinecz (Ride), produkcja – Tom Dalgety (The Closer) • Nagrania: Brighton, Wielka Brytania • ℗ 2026 Imperial Galactic Limited t/a Black Mammoth, na wyłącznej licencji Warner Records UK.
WIZJA ARTYSTYCZNA
6.4
SPÓJNOŚĆ ALBUMU
7.4
BRZMIENIE I PRODUKCJA
8
INTERPRETACJA I WYKONANIE
8.1
ARANŻACJE I ŚWIADOMOŚĆ FORMY
6.3
MELODYKA I MOTYWY
6.5
ZAPAMIĘTYWALNOŚĆ
7
WARSTWA SŁOWNA
6.3
ODDZIAŁYWANIE EMOCJONALNE
5.9
SIŁA WYRAZU
7.2
ORYGINALNOŚĆ
5
EFEKT POWROTU
4.8
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
6.6
OCENA