„Tere bzdere kuku” i cała reszta: jak Fryderyk Chopin wyśmiał nas, zanim zdążyliśmy go ubóstwić
Jest taki moment, kiedy człowiek odpala w tramwaju nokturn, udaje, że jest subtelny, i nagle dostaje w twarz zdaniem: „Tere bzdere kuku. Otóż największa prawda na świecie”. I wtedy wchodzi Fryderyk Chopin — nie jako pomnik z brązu, tylko jako facet z korespondencji, który potrafił zrobić z człowieka sito jednym krótkim zdaniem.
Na Laboratorium Muzycznych Fuzji lubimy, kiedy muzyka ma pazur, a nie tylko perłowe spinki do mankietów. I dlatego dziś teza będzie prosta jak bilet kontrolera: Fryderyk Chopin nie jest od tego, żeby go „szanować”. On jest od tego, żeby nas przyłapać na udawaniu, że słuchamy, kiedy tak naprawdę tylko dekorujemy ciszę.
Chopin jako anty-pocztówka
Najgorsze, co można zrobić z genialnym artystą, to przerobić go na pocztówkę. Jeszcze gorsze: na pocztówkę z filtrem „romantyczny deszcz” i podpisem „mood”. A tu proszę — Chopin w liście, bez kadzideł, bez fanfar, z tekstem, który brzmi jak komentarz pod artykułem, tylko napisany przez człowieka, który znał wagę każdego półtonu. To zdanie krąży w źródłach jako fragment korespondencji, w tym w opracowaniach przywołujących jego listy.
Puenta? Jeśli ktoś myśli, że Chopin to wyłącznie „płacz fortepianu w aksamicie”, to niech kliknie do archiwów i zobaczy, że ten aksamit ma w środku sprężynę. Choćby tu: list do Juliana Fontany — źródło, które psuje komfort każdemu, kto potrzebuje artysty na kolanach.
I teraz najważniejsze: to „tere bzdere” nie jest tylko dowcipem. To jest instrukcja BHP dla słuchacza. Masz przestać robić z muzyki święty obrazek, bo inaczej zaczniesz wieszać ramki tam, gdzie powinny być uszy.
Nokturn do kawy, ballada do dramatu
Weźmy przykład pierwszy: nokturny. Współczesny świat kocha je tak, jak kocha świeczki zapachowe — mają robić atmosferę i nie przeszkadzać w scrollowaniu. Nokturn bywa dziś tłem: do pracy, do nauki, do „relaksu”, do udawania, że mamy kontakt z własnym wnętrzem. A potem ktoś włącza partyturę i nagle okazuje się, że tam jest tekstura, warianty, praca ręki, a nie „łagodny szum romantyzmu”. Dla ciekawskich: choćby Nocturnes, Op. 9 w publicznym archiwum nut — surowy dowód, że to nie jest ambient, tylko robota.
Przykład drugi: Ballada g-moll op. 23. To nie jest „ładna melodia do wieczoru”. To jest muzyczny pościg, w którym kończy ci się powietrze, a ty jeszcze udajesz, że masz kontrolę. I tu wychodzi prawda o epoce: my chcemy Chopina w wersji „do wyciszenia”, a Chopin co chwila wciska nam wersję „do obudzenia”. Nie z litości. Z poczucia estetyki.
Puenta? Jeśli słuchasz Chopina jak tła, to dostajesz tło. Jeśli słuchasz jak rozmowy, to nagle odkrywasz, że on nie tylko mówi — on ci przerywa. W najlepszym możliwym sensie.
Gdzie Chopin robi się sportem narodowym
Jest też Chopin w wersji „konkursowej”: tam, gdzie fortepian staje się siłownią, a wrażliwość bywa liczona w decybelach braw. To nie jest zarzut do pianistów — oni harują jak górnicy, tylko w białych koszulach. To jest zarzut do nas, widowni: my czasem chcemy wyniku, nie znaczenia.
Wtedy pojawia się magia „interpretacji”: jedni grają Chopina jak porcelanę, drudzy jak stal. I nagle słyszysz, że te same takty potrafią być albo elegancką ucieczką, albo brutalnym raportem z życia. A jeśli ktoś chce zobaczyć, jak wygląda „chopinowska stal” w eleganckim opakowaniu, to niech rzuci okiem na dyskograficzne tropy — choćby Chopin: Ballady w wykonaniu Krystiana Zimermana. Nie po to, żeby „uznać za wzorzec”, tylko żeby zrozumieć, jak różne mogą być prawdy w tej samej nutowej geografii.
Mini-rant? Proszę bardzo: kiedy słuchanie zamienia się w kibicowanie, to muzyka zaczyna przegrywać z komentarzem. Ale uwaga — to nie jest problem Chopina. To jest nasza choroba cywilizacyjna: wszystko musi mieć ranking, bo inaczej nie wiemy, co czuć. I tu wraca „tere bzdere”: największą prawdą bywa to, że nie umiesz jej zmierzyć.
Skąd brać Chopina, żeby nie zgłupieć
W epoce, w której cytaty żyją dłużej niż ich autorzy, warto czasem zrobić rzecz niepopularną: sprawdzić, skąd coś jest. To zdanie o „tere bzdere” funkcjonuje w obiegu jako fragment listów i jest przywoływane w materiałach popularyzujących jego korespondencję. Jeśli ktoś lubi mieć grunt pod nogami, niech zajrzy do opracowań, które ten wątek cytują i osadzają w kontekście listów: materiał Nauka w Polsce o światopoglądzie Chopina.
A potem zróbmy krok dalej: nie „udowadniajmy”, że Chopin miał rację. Zróbmy z tego test na słuchanie. Bo jeśli on mówi „tere bzdere”, to może nie o świecie. Może o naszych wygodnych interpretacjach. O tym, że czasem trzeba przestać się wzruszać na zawołanie, a zacząć się wzruszać z treści.
Puenta? Najbardziej wiarygodny Chopin nie mieszka w memach ani w szkolnych etykietkach. On mieszka w tarciu: między tym, co chcemy w tej muzyce usłyszeć, a tym, co ona nam bezczelnie podaje.
Tere bzdere kuku
Więc tak: „Tere bzdere kuku” nie jest tylko zabawną anegdotą do opowiedzenia przy winie, żeby wyjść na oczytanego. To jest mały, złośliwy znak drogowy: uwaga, tu kończy się udawanie, a zaczyna słuchanie. I jeśli Fryderyk Chopin wciąż działa, to właśnie dlatego, że nie pozwala nam być zbyt wygodnymi. Nawet wtedy, kiedy bardzo się staramy.
Masz kontrargument? Świetnie. Wbijaj w komentarze i kłóć się kulturalnie — najlepiej z konkretem: utwór, nagranie, moment, w którym Chopin cię złapał za kołnierz. A jeśli chcesz pociągnąć temat dalej, zobacz też nasze recenzje, zajrzyj do wywiadów i przejrzyj tag Chopin — tam jest więcej miejsc, gdzie muzyka przestaje być tłem i zaczyna robić hałas w głowie.



