Pink Floyd – Meddle
Pink Floyd – Meddle

Pink Floyd – Meddle

Zanim nauczyli się być wielcy

Gdyby ktoś próbował odtworzyć charakter Pink Floyd na podstawie samej zawartości „Meddle”, miałby nie lada zagwozdkę. Oto czterech muzyków, którzy na jednej stronie winylu potrafią grozić słuchaczowi poćwiartowaniem, wzruszać akustyczną balladą, zaprosić do śpiewu kibiców Liverpoolu, a na deser oddać mikrofon psu. Po odwróceniu płyty wszelkie żarty nagle się kończą. Rozpoczyna się dwudziestotrzyminutowa suita, w której dźwięki rodzą się, giną i powracają niczym stworzenia z jakiegoś osobliwego podwodnego świata. Trudno o bardziej osobliwy sposób przedstawienia własnych ambicji artystycznych. A jednak w tej niemal bezczelnej niekonsekwencji kryje się jeden z najbardziej ujmujących rozdziałów historii zespołu.

30 października 2026 roku minęło 55 lat od amerykańskiej premiery „Meddle”. Brytyjczycy otrzymali album 5 listopada 1971 roku. Dziś, znając już monumentalną dyskografię Pink Floyd, łatwo uznać tę płytę za przystanek prowadzący ku „The Dark Side of the Moon”. Taka interpretacja ma jednak pewną wadę: zamienia pełnoprawne dzieło w przypis do jego sławniejszego następcy. Tymczasem szóste studyjne wydawnictwo grupy ma własny temperament, nieco rozczochrany, chwilami rozbrajająco naiwny, kiedy indziej zdumiewająco dojrzały. Pink Floyd brzmią tu jeszcze jak zespół, który nie wie, gdzie kończą się jego możliwości. I najwyraźniej nie ma najmniejszej ochoty tego sprawdzać w sposób rozsądny.

Pięć pomysłów na jedną stronę winylu

Wypada zacząć od One of These Days, bo to otwarcie ma w sobie coś z muzycznego wtargnięcia. Powtarzany motyw basowy, rozszczepiony przez efekty opóźniające, stopniowo obrasta kolejnymi warstwami. Roger Waters i David Gilmour budują puls, który perkusja Nicka Masona sukcesywnie zagęszcza, podczas gdy organy Richarda Wrighta oraz stalowa gitara Gilmoura nadają całości coraz bardziej drapieżny charakter. Wypowiedziana przez Masona groźba, przepuszczona przez modulator pierścieniowy, brzmi jak komunikat z urządzenia, któremu zdecydowanie nie należałoby powierzać bezpieczeństwa domowników. Potem następuje instrumentalne spiętrzenie, osiągnięte przy zadziwiająco oszczędnym materiale tematycznym.

Pięćdziesiąt pięć lat później podobna konstrukcja nie jest już żadną egzotyką. Post-rock, rock psychodeliczny i rozmaite odmiany muzyki repetytywnej zdążyły przeprowadzić z tego rodzaju narastania napięcia całkiem rozległe studia. Mimo to One of These Days wciąż zachowuje znakomitą skuteczność. Jego sekret tkwi w proporcjach: bas ustanawia niezmienny punkt odniesienia, a pozostałe instrumenty stopniowo zmieniają otoczenie tego motywu. To kompozycja, w której niewielka liczba pomysłów przynosi zaskakująco wiele muzyki. Późniejszy Pink Floyd uczyni z podobnej ekonomii środków niemal znak firmowy.

Po tak stanowczym otwarciu A Pillow of Winds sprawia wrażenie, jakby ktoś nagle otworzył okno w zadymionym pomieszczeniu. Akustyczne gitary splatają się z delikatniejszymi partiami instrumentalnymi, a Gilmour śpiewa z łagodnością odległą od teatralnych uniesień późniejszego rocka progresywnego. W tej pastoralnej miniaturze szczególnie ujmuje sposób prowadzenia melodii. Nie forsuje ona żadnego wielkiego punktu kulminacyjnego; pozwala wybrzmiewać subtelnym zmianom harmonii i drobnym ozdobnikom gitarowym. Utwór ma urodę popołudnia, podczas którego nawet zegar postanowił zwolnić obroty. Przy okazji jego tytuł zawdzięczamy mahjongowi, w którego grywali muzycy i ich partnerki. Aż trudno uwierzyć, że nazwa zaczerpnięta z gry towarzyskiej tak dobrze przylgnęła do tej sennej, niemal dotykalnej muzyki.

Jeszcze więcej uroku odnajduję w Fearless. Roger Waters wykorzystuje tu gitarę akustyczną w otwartym stroju, uzyskując charakterystyczne, szeroko rezonujące współbrzmienia. Powracająca figura gitarowa tworzy spokojną, nieco kołyszącą podstawę, nad którą Gilmour snuje opowieść o uporze i samotnej wspinaczce wbrew szyderstwom otoczenia. Najbardziej porusza jednak rozbieżność między treścią a wykonaniem. Bohater piosenki podejmuje wysiłek, lecz muzyka nie próbuje przekonać nas o jego heroizmie. Wokal jest powściągliwy, melodia pozbawiona ostentacji, a instrumenty pozostawiają sobie nawzajem dostatecznie dużo miejsca. Dzięki temu utwór zachowuje rzadką wiarygodność emocjonalną. Nie potrzebuje rozbudowanego solo ani chóralnego finału, żeby udźwignąć własną opowieść.

Chociaż ten ostatni ostatecznie się pojawia. Nagranie kibiców Liverpoolu śpiewających You’ll Never Walk Alone niespodziewanie przenosi piosenkę z intymnego wyznania w przestrzeń zbiorowego doświadczenia. Zabieg wydaje się niemal bezceremonialny, ale jego sens jest czytelny: samotna determinacja spotyka się z obietnicą wspólnoty. Z dzisiejszej perspektywy ten finał bywa odrobinę zbyt dosłowny, a mimo to trudno odmówić mu siły. Zresztą Fearless należy do tych kompozycji, które przekonują, że Pink Floyd nie potrzebowali dwudziestu minut, żeby opowiedzieć coś naprawdę wartościowego.

Kurort, blues i pewien czworonożny wokalista

Właśnie dlatego dwa kolejne nagrania pozostawiają bardziej mieszane wrażenie. San Tropez jest pogodną, jazzującą piosenką Watersa, rozkołysaną lekkim rytmem i eleganckimi partiami fortepianu Wrighta. W jej swobodnej atmosferze pobrzmiewa coś z klubowej muzyki rozrywkowej, choć filtrowanej przez charakterystyczną floydowską wrażliwość. Nie mam nic przeciwko podobnym stylistycznym wycieczkom. Przeciwnie, trudno wymagać od muzyków, by przez czterdzieści sześć minut chodzili z minami ludzi odpowiedzialnych za los całej cywilizacji. Problem polega raczej na tym, że San Tropez ma wdzięk większy od własnych ambicji. Melodia jest przyjemna, fortepian dopowiada jej kilka zręcznych fraz, ale kompozycja kończy się bez pozostawienia szczególnie wyrazistego śladu.

Jeszcze skromniejszy dorobek artystyczny przedstawia Seamus, bluesowa miniatura z udziałem psa należącego do Steve’a Marriotta. Gilmour śpiewa i gra na gitarze oraz harmonijce, Wright akompaniuje na fortepianie, a czworonóg dostarcza partii wokalnej, której trudno zarzucić brak zaangażowania. Całość trwa niewiele ponad dwie minuty. To sympatyczny wybryk, chociaż raczej z tych, które zyskują przy pierwszym spotkaniu, a później stopniowo tracą element zaskoczenia. Gdyby „Meddle” ukazał się dzisiaj, zapewne znalazłoby się kilku recenzentów gotowych nazwać ten numer eksperymentem z poszerzaniem granic ekspresji międzygatunkowej. Biedny Seamus prawdopodobnie wolałby po prostu dostać smakołyk.

Oba utwory nie przekreślają pierwszej strony, ale odsłaniają jej podstawowy problem. Pink Floyd potrafili już tworzyć muzykę o ogromnej sile wyrazu, lecz jeszcze nie zawsze umieli odróżnić pomysł wart rozwinięcia od chwilowej zachcianki. „Meddle” ma dzięki temu mnóstwo osobowości, choć zdecydowanie mniej kompozycyjnej dyscypliny. W porównaniu z późniejszymi albumami, których spójność stała się jednym z fundamentów floydowskiej odmiany rocka progresywnego, ta swoboda jest jednocześnie zaletą i źródłem niedostatków.

„Echoes”. Gdy pojedynczy dźwięk otwiera cały ocean

Druga strona winylu stanowi osobny świat. Rozpoczyna ją wysoki, dźwięczny sygnał fortepianu, który przypomina odległy impuls sonaru. Richard Wright uzyskał tę osobliwą barwę, kierując brzmienie fortepianu przez wirujący głośnik Leslie. Prosty zabieg, a rezultat zdaje się należeć do zupełnie innej rodziny instrumentów. Wystarczy kilka kolejnych powtórzeń, aby wokół tego sygnału zaczęła powstawać rozległa muzyczna przestrzeń. Fortepian ustanawia jej punkt orientacyjny, organy rozciągają harmoniczne tło, gitara Gilmoura dodaje płynne frazy, a sekcja rytmiczna powoli nadaje całości wyraźniejsze kontury. Echoes rozwija się cierpliwie, jakby muzycy wiedzieli, że pośpiech byłby tutaj najgorszym możliwym doradcą.

Dużą rolę odgrywa współpraca Wrighta z Gilmourem. Ich wspólny śpiew ma niemal jednorodną barwę; głosy zbliżają się do siebie, tworząc melodyczną linię o delikatności zaskakującej wobec skali instrumentalnego otoczenia. Tekst Watersa, przywołujący obrazy morskich głębin i ludzkiego porozumienia, nadaje tej ogromnej przestrzeni bardziej osobisty wymiar. Można odnieść wrażenie, że cała kompozycja zmierza od samotnego sygnału ku możliwości spotkania drugiego człowieka. Wątek ten nabiera szczególnego znaczenia, gdy przypomnieć, że wcześniejsze wersje tekstu odwoływały się do znacznie bardziej kosmicznej wyobraźni.

Potem muzyka nabiera temperamentu. Instrumentalny fragment oparty na ruchliwszym rytmie i gitarowych improwizacjach przynosi nieco bluesowo-funkowej swobody, której Echoes bardzo potrzebuje. Mason i Waters podtrzymują puls, Wright zagęszcza harmoniczne tło, a Gilmour prowadzi gitarę z wyczuciem napięcia między frazą melodyczną a improwizacyjnym rozmachem. W tej części słychać dziedzictwo koncertowego Pink Floyd — zespołu przyzwyczajonego do rozwijania pomysłów w czasie, pozwalającego im nabierać znaczenia przez powtórzenie i stopniowe zmiany instrumentacji.

A później następuje osobliwe załamanie. Znany puls zanika, melodie ustępują miejsca niepokojącym odgłosom, a gitara zaczyna wydawać dźwięki przypominające krzyki morskiego ptactwa. Gilmour uzyskał je, eksperymentując z efektem wah-wah. Środkowa sekwencja Echoes przypomina chwilę, w której dotychczasowy krajobraz traci wszelkie rozpoznawalne punkty odniesienia. Trudno doszukiwać się tutaj tradycyjnej logiki piosenkowej. To raczej eksperymentalna przestrzeń, do której muzycy wpuszczają szumy, pogłosy i dźwiękowe osobliwości, zanim ponownie zaczną budować uporządkowaną formę.

W tym miejscu jubileuszowy zachwyt wymaga jednak odrobiny dyscypliny. Środkowy fragment „Echoes” nie zawsze uzasadnia swoją długość samą zawartością muzyczną. Z perspektywy dziesięcioleci rozwoju ambientu, drone’u oraz eksperymentalnego rocka niektóre rozwiązania straciły dawną siłę zaskoczenia. Nawet Nick Mason w retrospektywnej rozmowie dla „Guitar World” przyznawał, że suita wydaje mu się nieco za długa i można byłoby ją skrócić. Jest w tej opinii sporo rozsądku. Nie każdy efekt potrzebuje tylu minut, aby odsłonić swój charakter, a eksperymentalna swoboda miejscami zaczyna ciążyć dramaturgii.

Mimo wszystko powrót do uporządkowanej materii muzycznej pozostaje znakomity. Po długiej sekwencji abstrakcyjnych dźwięków ponownie wyłaniają się rozpoznawalne motywy, stopniowo odzyskując rytmiczną i harmoniczną ciągłość. Powracający śpiew nabiera teraz innego znaczenia, ponieważ wcześniejsza część suity niemal całkowicie pozbawiła muzykę ludzkiej obecności. Powstaje dramaturgia znacznie bogatsza od prostego następstwa spokojnych i gwałtownych fragmentów. Pink Floyd potrafią sprawić, że powrót znanej melodii staje się wydarzeniem równie znaczącym jak jej pierwsze pojawienie się. Właśnie dlatego Echoes zasługuje na swoją reputację, mimo kilku fragmentów, którym przydałyby się bardziej zdecydowane nożyce montażowe.

Przyszłość, której jeszcze nie znali

Warto spojrzeć na „Meddle” również przez pryzmat samego sposobu jego powstawania. Po rozproszonych, częściowo indywidualnych eksperymentach na „Ummagumma” oraz skomplikowanym przedsięwzięciu „Atom Heart Mother” muzycy wrócili do bardziej zespołowej pracy. Nick Mason wspominał, że nie towarzyszyła im żadna wielka koncepcja. Chcieli stworzyć album wspólnie, wykorzystując doświadczenia z koncertów i studia. Tę pozornie zwyczajną decyzję trudno przecenić. Na „Meddle” czterech instrumentalistów zaczęło skuteczniej wykorzystywać swoje indywidualności jako elementy jednej muzycznej konstrukcji. Wright nie ograniczał się do zapewniania klawiszowego tła, Gilmour zyskiwał coraz większą swobodę melodyczną, Waters wnosił pomysły kompozycyjne i tekstowe, a Mason potrafił dostosować sposób gry zarówno do agresywnej motoryki, jak i do bardziej rozciągniętej dramaturgii.

Płyta ma w sobie coś, czego próżno szukać w tak doskonałym stopniu na późniejszych wydawnictwach grupy: autentyczną nieprzewidywalność wspólnego eksperymentowania. „The Dark Side of the Moon” będzie dziełem znacznie bardziej zwartym, z precyzyjnymi przejściami, konsekwentną tematyką i realizacją dopracowaną niemal do granic możliwości. „Meddle” nie osiąga takiej spójności, choć przecież spójność albumu nie musi oznaczać stylistycznej jednorodności. Jego pierwsza i druga strona reprezentują jednak odmienne sposoby myślenia: jedna gromadzi rozbieżne pomysły, druga próbuje zbudować z różnych doświadczeń jedną rozległą formę. To właśnie w Echoes wcześniejsze poszukiwania zyskują nowy, przekonujący porządek.

Osobliwą klamrą całej historii pozostaje okładka. Hipgnosis połączyło na niej fotografie ludzkiego ucha oraz fal na powierzchni wody. Dwa odrębne obrazy stworzyły jedną abstrakcyjną kompozycję, choć jej współtwórca Storm Thorgerson po latach nie należał do wielbicieli rezultatu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wizualna koncepcja przypadkiem zdradziła coś istotnego o samej muzyce. Również tutaj spotykają się rzeczy, które na pierwszy rzut oka niewiele mają ze sobą wspólnego. Czasami współistnieją niezgrabnie, czasami zaś układają się w formę o znacznie większej sile niż poszczególne składniki.

Jubileusz przyniósł „Meddle” kolejną reedycję. W październiku 2026 roku ukazało się specjalne wydanie na pomarańczowym winylu, a wraz z nim przypomniano odrestaurowany materiał filmowy „Crystal Voyager” wykorzystujący Echoes. Współczesna oprawa wydawnicza nadaje albumowi odpowiednią rangę, chociaż jego muzyczna wartość nie potrzebuje pomocy kolekcjonerskich dodatków. Od pierwszej premiery zdążyło powstać mnóstwo bardziej perfekcyjnie skonstruowanych płyt progresywnych, a sam Pink Floyd wielokrotnie przekroczył osiągnięty tutaj poziom organizacji materiału.

Po 55 latach „Meddle” pozostaje dziełem nierównym, ale niezwykle żywym. One of These Days nadal imponuje kontrolą napięcia, Fearless broni się subtelnością, a Echoes zachwyca rozmachem, choć jego monumentalna forma nie jest wolna od dłużyzn. Słabsze fragmenty pierwszej strony przypominają, że fantazja kompozycyjna potrzebuje czasem surowszego redaktora. Zarazem trudno wyobrazić sobie tę płytę całkowicie pozbawioną owych dziwactw. Straciłaby część charakteru, który odróżnia ją od późniejszego dorobku grupy.

„Meddle” nie jest jeszcze Pink Floyd w pełni świadomym własnej wielkości. To Pink Floyd, który dopiero się jej domyśla. Później przyjdą albumy bardziej doskonałe, głębiej przemyślane, znacznie lepiej zespolone. Tutaj czterej muzycy wciąż pozwalają sobie pobłądzić, czasem trafić w ślepą uliczkę, czasem odkryć coś zdumiewającego. I choć z perspektywy półwiecza łatwo wskazać miejsca, w których mogli zachować większą dyscyplinę, pozostaje pewna przewrotna satysfakcja: zanim Pink Floyd zaczęli tworzyć światy z niemal matematyczną precyzją, potrafili jeszcze czerpać radość z samego odkrywania, jak wiele da się w nich pomieścić. Nawet psa.

Pink Floyd – Meddle
Pink Floyd – Meddle
Tracklista: 1. One of These Days – 5:54 • 2. A Pillow of Winds – 5:12 • 3. Fearless – 6:07 • 4. San Tropez – 3:43 • 5. Seamus – 2:14 • 6. Echoes – 23:32 • Skład: David Gilmour – gitara, bas, wokal • Roger Waters – bas, gitara, wokal • Richard Wright – instrumenty klawiszowe, wokal • Nick Mason – perkusja, głos • Dodatkowy udział: Seamus – psie zawodzenie w utworze Seamus • Produkcja: Pink Floyd • Wytwórnia: Harvest / EMI • Premiera: 30 października 1971 (USA), 5 listopada 1971 (Wielka Brytania) • Rok: 1971 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Miejsce w dyskografii: szósty album studyjny • Liczba utworów: 6 • Czas: około 46 minut i 40 sekund • Studia: EMI Studios (Abbey Road), AIR Studios, Morgan Studios, Londyn • Inżynieria dźwięku: Peter Bown, John Leckie, Rob Black, Roger Quested • Projekt okładki: Hipgnosis.
WIZJA ARTYSTYCZNA
8.6
SPÓJNOŚĆ ALBUMU
5.1
BRZMIENIE I PRODUKCJA
8.1
INTERPRETACJA I WYKONANIE
8
ARANŻACJE I ŚWIADOMOŚĆ FORMY
8.6
MELODYKA I MOTYWY
7.4
ZAPAMIĘTYWALNOŚĆ
7.8
WARSTWA SŁOWNA
7
ODDZIAŁYWANIE EMOCJONALNE
8.8
SIŁA WYRAZU
9.1
ORYGINALNOŚĆ
9.1
EFEKT POWROTU
8.8
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
8
OCENA