Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae (Bob Marley. The Untold Story) – Chris Salewicz, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2013
NAWIGACJA PO ARTYKULESPIS TREŚCI01Prosimy nie porównywać zegarów02Co perkusista robi w tej parafii03Prawo głosu w Larkstone04Kto uporządkuje rynek po wszystkim?Prosimy nie porównywać zegarówW Larkstone zegar na kościele przestawia się ręcznie. Rada parafialna uprzejmie prosi mieszkańców, żeby nie porównywali go z tym drugim. Którym drugim? Otóż tego już komunikat parafialny nie precyzuje. Lubię Stevena Wilsona w takich chwilach. Człowiek, któremu można powierzyć wielokanałowy miks połowy brytyjskiej fonografii, wymyślił sobie wieś, gdzie uzgodnienie godziny uchodzi za pewien nietakt. A kiedy przychodzi do grania, sam pierwszy łamie regulamin. W tytułowym Requiem for a Village gitarowy riff odmierza czas z powagą kościelnego dzwonu, podczas gdy perkusista Russell Holzman zdążyłby między dwoma uderzeniami obiec rynek, zajrzeć do gospody i wrócić za zestaw. Obaj mają rację. Proszę spróbować pokiwać głową do jednego i drugiego naraz.Jeszcze na The Overview Wilson potrzebował widoku Ziemi z kosmosu, żeby przywrócić człowiekowi właściwe proporcje. Tym razem wystarczyło zajrzeć przez cudzy żywopłot. Zmiana skali wyszła jego muzyce na dobre. Kosmos wybacza niejedną przeciągniętą nutę. Znacznie trudniej opowiedzieć o kilku domach, których mieszkańcy najwyraźniej wiedzą o sobie wszystko, i przez pięćdziesiąt cztery minuty zachować choć jeden ich sekret. Wilsonowi pomaga Andy Partridge z XTC, autor kwestii powierzonych Davidowi Tennantowi. Tennant mówi ze swobodą starego mieszkańca, któremu żadnego z tutejszych obyczajów objaśniać nie trzeba. Nam by się parę objaśnień przydało. Sądząc po spokoju w jego głosie, możemy sobie na nie poczekać.Partridge miał przy pisaniu szczególnego patrona. W słuchowisku Under Milk Wood Dylana Thomasa walijskie miasteczko poznaje się od środka, przez głosy i sny mieszkańców. Wilsonowi z kolei chodziła po głowie osobliwa szkocka intonacja Ivora Cutlera. Jak wspomina w rozmowie z Anilem Prasadem, próby z zawodowymi lektorami wypadały nazbyt sztucznie. Wybór Tennanta broni się już w otwierającym płytę Swirl in a Lark’s Eye. Aktor umie wypowiedzieć osobliwość tonem zarezerwowanym zwykle dla rzeczy oczywistych. Gdyby w tych paru kwestiach choć raz znacząco zawiesił głos, poczulibyśmy się bezpieczniej. Wiedzielibyśmy przynajmniej, w którym miejscu wypada się bać.Co perkusista robi w tej parafiiWilson w rozmowie z hiszpańskim „Metal Hammerem” wyprowadza partię bębnów w utworze tytułowym wprost z drum and bass. Warto mieć to w uszach, bo przy pierwszym ciężkim riffie ręka sama sięga na półkę z Porcupine Tree, a tam odpowiedzi jest ledwie połowa. Szeroko rozstawione gitarowe akcenty zostawiają Holzmanowi dość miejsca na całą drobnicę uderzeń. Im więcej się jej mieści, tym masywniejszy wydaje się powrót gitary. I jeszcze Wilson z tą swoją zaczepną, prawie rapowaną frazą, jakby ktoś podczas wiejskiego zebrania dorwał się do mikrofonu i zamierzał wreszcie powiedzieć sąsiadom parę słów do słuchu. Najcięższy instrument wcale nie musi tu grać najwięcej. Część jego ciężaru wypracowuje kolega przy bębnach.Na sesji Village Hall warto popatrzeć także na Randy’ego McStine’a, współautora muzyki do trzech utworów. Wilson ceni w nim dość rzadką u gitarzystów gotowość do poświęcenia tyle samo uwagi wynalezieniu barwy, ile zagraniu solówki. Tytułowa kompozycja daje obu tym ambicjom zajęcie. Po powolnym otwarciu i wysokich, niemal chłopięcych głosach chóru wystarczyłoby przecież uruchomić ciężki riff i przez kilka minut żyć z samej różnicy głośności. Tymczasem bas ma własną, zaskakująco chwytną figurę. Można się jej trzymać, gdy przyspiesza potok słów Wilsona, a później nawet wtedy, gdy gitarowe solo zaczyna rozkręcać śrubki w całym tym porządnym mechanizmie. Dlatego blisko osiem minut mija tu tak szybko. Co chwilę któryś z muzyków podsuwa uchu lepsze zajęcie.Po takiej awanturze The Same River Twice mogłoby z powodzeniem służyć za przerwę na herbatę. Szkoda byłoby wstać. Wilson śpiewa melancholijnie, gitara w tle czymś się niepokoi, aż melodię przejmują smyczki. Ten ostatni szczegół rozstrzyga o urodzie ballady. Fraza, którą przed chwilą dałoby się jeszcze komuś zaśpiewać, trwa odrobinę dłużej niż ludzki oddech. Rozumiem wówczas, po co w tej całej historii tak prosta piosenka. Daje powód, żeby było nam żal tego miejsca. Jeżeli od początku każda jabłoń wygląda jak szubienica, to po cóż martwić się o sad?W Now Departing poznajemy bliźnięta ze strychu. Od paru tygodni nikt ich nie widział. Miejscowy rzeźnik ma za to podejrzanie dużo towaru. Ot i cały mechanizm wiejskiej plotki, łącznie z tym, że słuchacz sam dopowiada najgorsze, a tekst zachowuje minę niewiniątka. Muzyka ma równie przewrotne maniery. Pod wirującym, przetworzonym głosem Wilsona bas stawia ciche, wyraźne kroki. Melodia zwrotki rozmija się z mocnymi częściami taktu, w refrenie zaś rozwija się z tą ujmującą swobodą, którą Wilson pamięta jeszcze z Blackfield. Po drodze gitary pozwalają sobie na ciężar godny Porcupine Tree. Wszystko to w jednej piosence o ludziach, których przezorniej byłoby nie zapraszać na obiad. Dopiero instrumentalne Hiraeth daje tej historii czas osiąść. Fortepian i gitara przejmują obowiązki śpiewaka. Właśnie wtedy, gdy wreszcie nikt niczego nie opowiada, zaczyna doskwierać myśl o pustym strychu.Osobliwy zresztą przypadek z tym powrotem Wilsona do prostoty. W utworze tytułowym gra między innymi na oboju i lirze, na drugiej lirze partneruje mu McStine, a chwilę później ten sam zwolennik ludzkich niedoskonałości przepuszcza własną krtań przez studyjne czary. W obu decyzjach rozpoznaję tego samego muzyka. Ograniczona wprawa na oboju pozwala mu natrafić na frazę, której palce wyuczone na gitarze zapewne by nie podpowiedziały. Przetworzenie głosu w Now Departing pozwala mu z kolei usłyszeć coś obcego w instrumencie, którym posługuje się od dekad.Na skrzypce miał już bardzo konkretny pomysł. W Ghetto Raga Third Ear Band zainteresował go dźwięk podtrzymywany przez ciągły ruch smyczka. Podobnego burdonu potrzebował u siebie. Syntezator miał pod ręką, a jednak wybrał skrzypce, na których ledwie umiał grać. Klawisz można przytrzymać jednym palcem. Żeby trwał dźwięk skrzypiec, ręka musi wciąż coś robić, zmienić kierunek, na nowo przyłożyć ciężar do struny. Nawet kiedy nuta stoi, grający się porusza. To już całkiem przyzwoity powód produkcyjny, żeby na chwilę odstawić elektronikę. Lubię także przyziemną stronę tej historii. Po tylu latach spędzonych przy konsolecie Wilson odkrył dla siebie jeszcze jedno zastosowanie patyka z włosiem.Prawo głosu w LarkstoneW On Chapel Slope łagodnie prowadzony śpiew Wilsona mógłby uchodzić za rekomendację od miejscowego towarzystwa krajoznawczego. Potem odzywa się zbiorowy zaśpiew i człowiek zaczyna się zastanawiać, jakie uprawnienia właściwie ma tu towarzystwo krajoznawcze. W tej zamianie pojedynczego głosu na wiele gardeł mieści się kawał opowieści o prowincji. Zdanie wypowiedziane przez jednego sąsiada można puścić mimo uszu. Spróbujcie zrobić to samo, kiedy mówi cała wieś. Wilson ma wyczucie, żeby nie fatygować do każdej takiej sceny Tennanta. Aranżacja potrafi zasugerować zagrożenie samą liczbą osób otwierających usta.Jeszcze piękniej wypada ruch w przeciwną stronę. W Murmuration najpierw niski pomruk syntezatorów i głos Tennanta, potem akustyczna gitara, która pod palcami wspina się po dźwiękach i zaraz po nich schodzi. Można śledzić każdą strunę z osobna, nawet kiedy melotron zaczyna kłaść na tej drobnej robocie całe płachty brzmienia. Stąd blisko do brytyjskiego acid folku początku lat siedemdziesiątych. Wystarcza znajomy odgłos palców na strunach, żeby człowiek przysunął krzesło, zanim zorientuje się, do czego właściwie go zaproszono. W końcowej części śpiewa Katherine Priddy. Gdyby weszła z Wilsonem od pierwszej zwrotki, zapewne mielibyśmy urodziwy duet. Przychodzi, kiedy ucho zdążyło już przywyknąć do gospodarza i rozpoznać obejście. Nagle w dobrze znanym domu ktoś inny odpowiada na nasze wołanie. Ciepło tej odpowiedzi i niepewność, kto jej udzielił, mieszczą się w jednej frazie.Priddy wniosła do Larkstone własną historię. Nagrała tradycyjną balladę o morderstwie Cruel Sister. Wilson z jej przetworzonego głosu wyprowadził dalszy materiał muzyczny, po czym z wykonania ballady na podstawową płytę wziął ledwie czterdzieści, może czterdzieści pięć sekund. Całość zachował w siedemnastominutowym Requiem for a Village – The Original Soundtrack na wydaniu rozszerzonym. Co za szczęście, że potrafił tyle wyciąć. Kto zna dawną pieśń, może ją tu rozpoznać. Kto słyszy ją po raz pierwszy, ma wrażenie, że w połowie spaceru doleciał go z otwartego okna urywek czegoś śpiewanego od pokoleń. Wioska zyskuje przeszłość, której Tennant nie musi nikomu objaśniać.Mniej cierpliwości mam do chwil, gdy z oddali znów dochodzą głosy, w pobliżu znów coś złowieszczo pobrzmiewa, a mieszkańcy wciąż pozostają zbiorowością o nadzwyczaj bogatym życiu pozagrobowym i dość ubogim życiu towarzyskim. Bliźnięta i rzeźnik wystarczyli na parę wersów, a przecież pamięta się ich lepiej niż niejeden uroczysty obchód po miejscach nawiedzonych. Takich drobnych podłości Partridge’a przyjąłbym więcej. Za to w krótkim Cursus Fingerprint wystarcza pojedynczy, dobitny odzew tomu. Po głosie Priddy to uderzenie ma niemal fizyczny skutek. Człowiek odsuwa krzesło, które sam przed chwilą przysunął.W A Basket of Bees bas i bębny dobierają się do filigranowej z początku piosenki. Pod gitarową melodią rusza puls na siedem ósmych. Bas podkreśla jego sprężystość, perkusja pilnuje nierównego kroku, a gitarzysta ma nad nimi dość swobody, żeby prowadzić zupełnie śpiewną frazę. W utworze tytułowym obie warstwy spierały się o to, jak ciężko może stąpać riff. Tutaj przyjemność bierze się z łatwości, z jaką melodia przebywa drogę dość kłopotliwą dla nóg. Mniej więcej tak wyobrażam sobie wiejski taniec u Wilsona. Melodię zna każdy, a skręconą kostkę rada parafialna uznaje za koszt uczestnictwa.Kto uporządkuje rynek po wszystkim?Tytuł płyty Wilson pożyczył od Davida Gladwella. W jego filmie z 1975 roku pamięć o dawnej angielskiej wsi ma moc wyciągania ludzi z grobów. Muzyczny odpowiednik takiej pobudki nazywa się Wheel. W poprzedzającym je Great Green Map fortepian kołysze się niemal walcowo. Dochodzą kolejne warstwy śpiewu, przybywa ludzi wokół tej samej melodii. Ładnie pomyślane, zwłaszcza że słowa krążą wokół odejścia i zatarcia po sobie śladów. Ktoś chciałby zniknąć, a tu coraz więcej gardeł podejmuje jego frazę. W drugiej części Wheel szybki riff niesie długie gitarowe solo, bas pozwala sobie na własne zawijasy i przez dobrą chwilę można zapomnieć, kto tu kogo straszy. Wystarcza posłuchać, z jaką werwą ci ludzie grają razem. Trochę tej bezczelnej fizyczności przydałoby się wcześniej. Groza też potrafi się zasiedzieć.Rozsądny kapelmistrz zakończyłby na Wheel, zebrał oklaski i dopilnował odjazdu ostatniego autobusu. Wilson zostawia sobie jeszcze The Old God Is Buried. Wracają głosy, tłum podejmuje śpiew, a po wszystkim słychać ptaki. I tu mam dla niego więcej podziwu niż za całą kolekcję analogowych osobliwości. Przez większą część płyty uczył nas słyszeć coś podejrzanego w odgłosach zupełnie pospolitych. Teraz może sobie pozwolić na pogodny letni dzień. Ptak śpiewa z całą niewinnością stworzenia, którego miejscowe sprawy wyznaniowe nic a nic nie obchodzą. Tylko człowiek po tej muzyce ma pewne trudności z uznaniem, że wstał po prostu ładny poranek. Cały aparat progresywnego rocka poszedł w ruch, żeby na końcu wystarczył ptasi świergot. Steven Wilson – Requiem for a VillageTracklista: 1. Swirl in a Lark’s Eye • 2. Requiem for a Village • 3. The Same River Twice • 4. Now Departing • 5. Hiraeth • 6. On Chapel Slope • 7. Murmuration • 8. Cursus Fingerprint • 9. A Basket of Bees • 10. Great Green Map • 11. Wheel • 12. The Old God Is Buried • Skład: Steven Wilson / śpiew i instrumenty • Randy McStine / gitary, instrumenty klawiszowe i głos • Russell Holzman / perkusja • Goście: Katherine Priddy / śpiew • Adam Holzman / instrumenty klawiszowe • Lee Harris / gitara • David Tennant / narracja • Autor narracji: Andy Partridge • Produkcja i miks: Steven Wilson • Wytwórnia: Fiction Records • Premiera: 6 listopada 2026 • Dziewiąty solowy album studyjny • Czas: 54:10 • Formaty: CD, 2LP, Blu-ray, wydanie książkowe 2CD + Blu-ray • ℗ 2026 Steven Wilson Productions Ltd., na wyłącznej licencji FictionWIZJA ARTYSTYCZNA9.7SPÓJNOŚĆ ALBUMU9.3BRZMIENIE I PRODUKCJA9.5INTERPRETACJA I WYKONANIE9.4ARANŻACJE I ŚWIADOMOŚĆ FORMY8.8MELODYKA I MOTYWY7.8ZAPAMIĘTYWALNOŚĆ6.6WARSTWA SŁOWNA6.3ODDZIAŁYWANIE EMOCJONALNE5.9SIŁA WYRAZU8ORYGINALNOŚĆ8.5EFEKT POWROTU9.2OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes08.3OCENA