NAWIGACJA PO ARTYKULESPIS TREŚCI01Rewolucja, która zapomniała o detonatorze02Ciężar właściwy wiedeńskiej awantury03Trochę anarchii w anarchii04Gniew, któremu brakuje własnego głosu05Demokracja w stanie rozkładuRewolucja, która zapomniała o detonatorzeDziewięć niezależnych wytwórni z siedmiu krajów porozumiało się, żeby wydać album zespołu, który z porozumiewaniem się współczesnych społeczeństw ma raczej kiepskie doświadczenia. Już sam ten fakt wydał mi się całkiem uroczym paradoksem. Wiedeńscy Desolat, spadkobiercy anarchopunkowej tradycji, postanowili bowiem poświęcić swoje trzecie wydawnictwo postępującej degeneracji demokracji, intelektualnemu rozleniwieniu wyborców i politycznej karierze rozmaitych hochsztaplerów. Ludzkość ponownie nie zdała egzaminu z człowieczeństwa, a trzech Austriaków uznało, że należy jej o tym przypomnieć za pomocą przesterowanych gitar. Trudno odmówić takiemu przedsięwzięciu pewnej szlachetności, nawet jeśli jego język dyplomatyczny przypomina raczej awanturę pod urzędem niż debatę parlamentarną.Album dotarł do mnie na winylu. I bardzo dobrze, ponieważ „People As Idiots & Idiots As Leaders” jest płytą, której fizyczność stanowi jeden z największych atutów. Gitary mają odpowiednią masę, bas nie daje się zepchnąć do roli niskotonowego tapicera, a perkusja nadaje całemu temu zamieszaniu imponującą motorykę. Brzmienie jest mięsiste, chropowate, miejscami wręcz obezwładniające, lecz wolne od nieczytelnej dźwiękowej brei. Rainer Spänle, odpowiedzialny za nagrania i miks, oraz Dan Swanö, który przygotował mastering, wykonali kawał porządnej roboty. Nawet przy znacznym zagęszczeniu instrumentów poszczególne elementy zachowują swój charakter. A materiał bynajmniej nie należy do tych, które proszą realizatora o delikatne obchodzenie się z każdym dźwiękiem.Ciężar właściwy wiedeńskiej awanturyMuzyczna genealogia Desolat prowadzi przez sludge, hardcore punk i noise rock, choć próba wyznaczenia między nimi eleganckich granic byłaby równie bezcelowa jak rozdzielanie uczestników bójki według przynależności zawodowej. Sludge domaga się ciężaru i niespiesznego miażdżenia kości, hardcore próbuje wszystko przyspieszyć, a noise rock z satysfakcją przestawia meble podczas zebrania. Gitarzysta i wokalista Alfred Satani, basista Klaus oraz perkusista Mentl tworzą przy tym zaskakująco zwarty organizm, którego siłą pozostaje przede wszystkim współpraca sekcji rytmicznej z riffem.Otwierający Idiots As Leaders rozpoczyna się od masywnego, sludge’owego ciężaru, by stopniowo nabierać hardcore’owej nerwowości. W końcowych fragmentach pojawiają się nawet naleciałości emocore, przy czym mówimy o surowej, podziemnej tradycji lat dziewięćdziesiątych, a nie jej późniejszych, znacznie bardziej przystępnych wcieleniach. Jeszcze wyraźniejszy rytmiczny charakter posiada Pig Race To The Apocalypse. Słychać tutaj powinowactwo z Helmet i The Jesus Lizard, zresztą otwarcie potwierdzone przez Sataniego. Riff narzuca słuchaczowi określony sposób poruszania się, a bas i perkusja nadają mu niemal taneczną sprężystość. Byłby to wprawdzie taniec dla ludzi o wyjątkowo dobrym ubezpieczeniu zdrowotnym, ale trudno odmówić mu skuteczności.Nie mam jednak zamiaru bezkrytycznie zachwycać się samą siłą rażenia. Desolat posiadają bowiem osobliwy talent do budowania napięcia, którego później nie potrafią w pełni spożytkować. Muzyka nabiera rozpędu, riff zostaje odpowiednio zagęszczony, perkusja podkręca dramaturgię, a słuchacz zaczyna wyczekiwać momentu, w którym cała konstrukcja rozsypie się w jakiejś spektakularnej kulminacji. Tymczasem kompozycja często zachowuje dotychczasowy kierunek, jeszcze przez chwilę obraca znaną figurę i kończy się, zanim zdąży doprowadzić własny pomysł do ostatecznych konsekwencji.Oczywiście repetetywność należy do fundamentów noise rocka. Umiejętnie wykorzystana potrafi doprowadzić słuchacza do stanu niemal hipnotycznego. Rzecz w tym, że powtarzany motyw powinien z czasem zmieniać swój charakter: przez przesunięcie akcentu, zmianę faktury, kontrast albo brutalną kulminację. Desolat niekiedy przeciągają pomysł ponad jego naturalną żywotność. Ich utwory rosną, nabierają objętości, obiecują coś jeszcze, po czym rozchodzą się z nami w atmosferze niedopowiedzianej konwersacji. Jakby ktoś przez cały wieczór przygotowywał się do wygłoszenia szczególnie soczystej obelgi, a ostatecznie poprzestał na niezadowolonym chrząknięciu.Trochę anarchii w anarchiiI wtedy przychodzi No Depression When Dead. Pięć i pół minuty, masywna podstawa gitarowa, odpowiednio ciężka rytmika i Michael Masen, który swoim saksofonem wprowadza do tego starannie zorganizowanego hałasu odrobinę autentycznego nieposłuszeństwa. To bodaj najbardziej ożywczy fragment całej płyty. Saksofon nie sili się na melodyjne pojednanie z gitarami ani nie pełni funkcji dekoracyjnej. Jego improwizacyjna swoboda narusza dotychczasowy porządek, zmusza ucho do przemieszczania się między poszczególnymi warstwami i sprawia, że znajomy sludge’owy ciężar nabiera zupełnie innych właściwości.Masen potrafi rozrzedzić zagęszczoną fakturę, nie pozbawiając jej ani grama agresji. Wprowadza element niepewności, muzycznego rozgardiaszu, spontaniczności, której nie sposób sprowadzić do samej głośności. Nasuwa się skojarzenie z Johnem Zornem, szczególnie z jego działalnością w Naked City, gdzie saksofon potrafił zachowywać się jak wyjątkowo nieodpowiedzialny uczestnik rockowego zespołu. Desolat nie osiągają wprawdzie podobnego poziomu stylistycznego rozpasania, ale samo zestawienie ciężkiego riffu z improwizacyjną swobodą instrumentu dętego okazuje się wyjątkowo trafione. Masen, związany z wiedeńskim środowiskiem free jazzu, współpracował zresztą z zespołem już wcześniej. Szkoda, że tym razem pozostawiono mu tak niewiele miejsca. W jego saksofonie jest więcej nieprzewidywalnego buntu niż w niejednej gitarowej demonstracji siły.Momentami przychodzi mi na myśl również Dead Cross, choć w zdecydowanie mniej obłąkanym, bardziej sludge’owym wydaniu. Formacja Mike’a Pattona i Dave’a Lombardo operuje znacznie bardziej nerwowym językiem, częściej rozbija rytmiczny porządek i odważniej manipuluje kontrastami. O debiucie Dead Cross pisałem już na LMF, zwracając uwagę na gwałtowne zmiany tempa oraz imponującą wszechstronność wokalną Pattona. Ten ostatni element stanowi zresztą dobry punkt odniesienia dla największej słabości wiedeńskiego albumu.Gniew, któremu brakuje własnego głosuAlfred Satani ma niewątpliwie sporo do powiedzenia. Problem polega na tym, że jego głos nie zawsze potrafi nadać tym słowom odpowiednią wagę. Przez większą część albumu wokal sprawia wrażenie odsuniętego od pierwszego planu, choć trudno uznać to wyłącznie za konsekwencję miksu. Instrumenty posiadają własną osobowość, wyrazisty ciężar i charakterystyczny sposób prowadzenia napięcia. Tymczasem wokal często funkcjonuje jako kolejna szorstka warstwa w tej samej fakturze, przegrywając walkę o uwagę z muzyką, która okazuje się od niego bardziej sugestywna i — paradoksalnie — bardziej rozmowna.Satani krzyczy, chrypi, miejscami zmienia sposób artykulacji, lecz jego ekspresji brakuje wyraźniejszej dramaturgii. Nie chodzi o techniczną biegłość ani potrzebę wykonywania wokalnych salt godnych Pattona. Punk rock od dawna udowadnia, że można nie posiadać szczególnych umiejętności śpiewaczych, a mimo to przemawiać z intensywnością zdolną zawstydzić niejednego operowego tenora. Wystarczy osobowość, umiejętność frazowania, wyczucie pauzy i odpowiednie rozłożenie akcentów. Sataniemu brakuje chwilami tej szczególnej zdolności przekuwania agresji w emocjonalną opowieść. Słowa docierają, ale rzadziej pozostawiają ślad porównywalny z dobrze skonstruowanym riffem.Co znamienne, muzyk sam przyznawał w jednym z wywiadów, że na nowej płycie eksperymentował z różnymi stylami wokalnymi i z perspektywy czasu uznał, iż nieco przesadził. Mój zarzut zmierza jednak w innym kierunku. Nie przeszkadza mi liczba zastosowanych sposobów śpiewania, tylko ograniczona siła ich oddziaływania. Kontrast przynosi This Sadness Makes Me Rage, w którym pojawia się Jarboe, znana między innymi ze Swans. Jej bardziej narracyjna, niemal teatralna obecność nadaje tekstowi dodatkową perspektywę. Podczas gdy Satani daje wyraz rozczarowaniu i poczuciu klęski, Jarboe próbuje wyrwać narratora z bezczynności. Nie musi ścigać się z gitarami na brutalność. Wystarcza odpowiednio poprowadzona fraza i świadomość znaczenia wypowiadanych słów.Ciekawie wypada także krótszy, bardziej postpunkowy Wannabe V.I.P. z udziałem Rebekki (RBK) z wiedeńskiego Rolltreppe. Zadziorna maniera wokalna dobrze współgra z satyrą na ludzi, którzy własną wartość mierzą prestiżem znajomości i uznaniem otoczenia. Ta kompozycja nie potrzebuje rozbudowanej aparatury ciężkiego rocka, aby skutecznie wyśmiać społecznego pawia.Demokracja w stanie rozkładuTekstowo „People As Idiots & Idiots As Leaders” stanowi gorzki obraz społeczeństwa, które z uporem godnym lepszej sprawy współpracuje przy własnej degradacji. Demokracja coraz częściej przypomina tu mechanizm umożliwiający oddawanie władzy ludziom szczególnie zainteresowanym jej ograniczeniem. Dla Sataniego, wywodzącego się ze środowiska anarchopunkowego, jest to sytuacja dość osobliwa: musi bronić systemu, wobec którego nigdy nie żywił specjalnie wielkiej miłości. Historia lubi podobne ironie. Czasem dopiero widok nadciągającej katastrofy pozwala docenić dach, na który wcześniej regularnie narzekaliśmy.Album posiada świadomie zaprojektowaną dramaturgię. Pierwsze utwory diagnozują polityczne szaleństwo, kolejne przechodzą w przygnębienie i gniew, a finałowe Cyberdyne Employment Application oraz Humans Are Such Easy Prey kierują opowieść ku cynizmowi i rezygnacji. Ostatnia kompozycja, oparta na wyrazistym pulsie basu, zamyka tę historię odpowiednią dawką ciężaru. Trudniej jednak oprzeć się wrażeniu, że muzycznie poszczególne etapy opowieści bywają do siebie zbyt podobne. Polityczna desperacja ma różne odcienie, a Desolat zbyt często malują je tym samym, choć niewątpliwie znakomitej jakości, przesterem.Więcej swobody i humoru odnajduję w The Art Of Shit, punkowo-industrialnej kpinie z przemysłu kultury i jego zdolności do sprzedawania przeciętności za pomocą napuszonych deklaracji. Pobrzmiewają tutaj Lard, Ministry i Minor Threat, a cięższy fragment środkowy zdradza zamiłowanie do Bongzilli. Jest w tym również pewna przewrotność: Desolat sami przecież muszą promować swoją twórczość. Na szczęście Satani zdaje sobie sprawę z paradoksu. Zresztą współpraca dziewięciu niezależnych wytwórni stanowi całkiem przekonujący dowód, że anarchistyczne idee potrafią funkcjonować w praktyce. Przynajmniej kiedy trzeba uzgodnić tłoczenie, dystrybucję i terminy wysyłki pięciuset egzemplarzy winyla.Muzycy przyznają, że podczas pracy nad nowym materiałem zdecydowali się na bardziej uporządkowane komponowanie. Poprzedni album, „Get Sick And Let Me Watch You Die”, wyrastał w większym stopniu z rozbudowanych improwizacji, podczas gdy nowe utwory częściej posiadały przygotowane wcześniej szkice. Być może właśnie w tym tkwi źródło mojego niedosytu. Desolat znakomicie opanowali sztukę konstruowania ciężkich riffów i kontrolowania rytmicznego zamieszania, lecz przy okazji nieco ograniczyli własną spontaniczność. Częściej rozwijają pomysł przez jego powtarzanie i zagęszczanie, niż pozwalają mu obrać naprawdę nieoczekiwany kierunek.Nie chciałbym jednak, aby te zastrzeżenia przesłoniły rzeczywistą wartość albumu. Desolat grają z przekonaniem, mają świetne wyczucie groove’u i potrafią wydobyć z niewielu elementów imponującą masę dźwięku. To dobra, znakomicie brzmiąca płyta, choć kompozycyjnie mniej satysfakcjonująca, niż sugeruje jej instrumentalny potencjał. Do winyla z pewnością jeszcze wrócę, choćby dla kilku soczystych riffów, świetnej pracy sekcji rytmicznej i saksofonowych ekscesów Michaela Masena. Właśnie w jego partii odnajduję coś, czego reszcie materiału chwilami brakuje: swobodę, odwagę i odrobinę artystycznej nieodpowiedzialności.Jest w tym zresztą dość zabawna sprzeczność. Desolat przez trzydzieści trzy minuty przekonują, jak fatalnym pomysłem jest powierzanie władzy niewłaściwym ludziom. A ja, po wysłuchaniu ich płyty, najchętniej oddałbym stery saksofoniście, który nawet nie należy do zespołu. Desolat – People As Idiots & Idiots As LeadersTracklista: 1. Idiots As Leaders – 4:02 • 2. Pig Race To The Apocalypse – 3:22 • 3. This Sadness Makes Me Rage – 4:32 • 4. No Depression When Dead – 5:33 • 5. Wannabe V.I.P. – 2:30 • 6. Good People Keep Their Mouths Shut While The Assholes Believe The World Belongs To Them – 3:42 • 7. The Art Of Shit – 2:55 • 8. Cyberdyne Employment Application – 3:32 • 9. Humans Are Such Easy Prey – 3:07 • Skład: Alfred Satani – gitara, wokal • Klaus – gitara basowa • Mentl – perkusja • Goście: Jarboe – dodatkowy wokal i tekst w This Sadness Makes Me Rage • Michael Masen – saksofon w No Depression When Dead • Rebecca (RBK) – wokal w Wannabe V.I.P. • Nagranie i miks: Rainer Spänle • Mastering: Dan Swanö • Studio: Cosmix Studios, Wiedeń • Nagrania: marzec–listopad 2025 • Mastering: Unisound, listopad 2025 • Wytwórnie: Reptilian Records, Exotic Fever Records, Bloodshed666 Records, Grazil Records, Araki Records, minoRobscuR, Geenger Records, Rat Run Records, Geertruida • Premiera: 9 października 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Miejsce w dyskografii: trzeci album długogrający • Czas: 33:15 • Liczba utworów: 9 • Formaty: winyl limitowany do 500 egzemplarzy, wydanie cyfrowe.WIZJA ARTYSTYCZNA8.2SPÓJNOŚĆ ALBUMU7.7BRZMIENIE I PRODUKCJA6.6INTERPRETACJA I WYKONANIE6.7ARANŻACJE I ŚWIADOMOŚĆ FORMY5.7MELODYKA I MOTYWY6.3ZAPAMIĘTYWALNOŚĆ5.2WARSTWA SŁOWNA7.1ODDZIAŁYWANIE EMOCJONALNE7.8SIŁA WYRAZU8.3ORYGINALNOŚĆ6.4EFEKT POWROTU7.2OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes06.9OCENA