
Jonny Mansfield ma tę rzadką umiejętność, że potrafi napisać muzykę, która nie udaje „ważnej”, a jednak z każdą minutą robi się coraz bardziej konieczna. „Light Finds a Way In” jest formalnie kontynuacją „The Air in Front of You”. To to ta sama kwintetowa obsada i ten sam rodzaj wrażliwości: uważność, praca na półcieniach, nieustanna czujność na ruch drugiego muzyka. To również ta sama literacka iskra, inspiracja prozą Mieko Kawakami, a konkretnie opowiadaniem „Wisteria”, w którym narrator(ka) leży w zaciemnionym pokoju, pozwalając oczom przywyknąć do mroku, aż „światło i tak znajdzie drogę do środka, choćby przez najmniejsze okno”.
Na papierze wszystko wygląda jak zestaw do „chamber-jazzu”: wibrafon lidera, skrzypce Dominica Inghama, wiolonczela Midori Jaeger, kontrabas Willa Sacha i perkusja Jamesa Maddrena. Ale dopiero w odsłuchu słychać, że to nie jest dekoracyjna „kameralność”, tylko realny sposób myślenia o narracji. Mansfield buduje utwory jak pomieszczenia o zmiennym oświetleniu. Raz wpuszcza do środka wąski promień melodii, raz rozprasza go w polifonii, a czasem gasi prawie wszystko, zostawiając same kontury i oddech zespołu.
Album ma dramaturgię zaskakująco literacką. Krótkie miniatury – w tym seria „Intro” przypisana poszczególnym muzykom – działają jak akapity między dłuższymi rozdziałami. To sprytny zabieg, bo „Light Finds a Way In” nie jest płytą, która bierze słuchacza za rękę i prowadzi po prostej. Linie melodyczne meandrują, czasem celowo wymykają się z pamięci, ale nie po to, by „być trudne”, tylko by zmusić ucho do tego samego procesu, o którym pisze Kawakami: zostań chwilę w półmroku, pozwól się przyzwyczaić, a detale zaczną wyskakiwać z cienia.
Najmocniej wybijają się dwie postacie – Mansfield i Ingham – i nie chodzi tu o popis, tylko o sposób prowadzenia opowieści. Wibrafon i skrzypce często idą polifonicznie, jak dwa równoległe monologi, które co chwilę spotykają się w półzdaniu, przerywają sobie, dopowiadają sens. Ten duet potrafi brzmieć jednocześnie klarownie i w poprzek. Nniby melodie są liryczne, ale ich logika jest bardziej składniowa niż piosenkowa. To frazy, które rozumieją się dopiero w kontekście następnej frazy.
Środek ciężkości płyty leży w grze zespołowej. Wiolonczela Jaeger nie pełni roli ciepłego tła. Bywa równorzędnym narratorem, który przesuwa napięcie w kierunku nieoczywistych barw, a czasem wprowadza rodzaj miękkiej surowości, jakby smyczek miał własny cień. Kontrabas i perkusja z kolei robią rzecz najtrudniejszą, są jednocześnie fundamentem i ruchem powietrza. Maddren potrafi podkręcić groove tak, żeby muzyka nabrała masy, ale zaraz potem rozszczelnić puls, zostawiając przestrzeń na niuans. To „ciężki groove” bez rockowej brutalności raczej gęstość, która trzyma formę w ryzach, nie zabierając jej oddechu.
Wszystkie kompozycje wyszły spod pióra Mansfielda, ale w kilku momentach słychać wyraźnie, że to nie jest album jednego autora, tylko zespołu. Lider celowo oddaje część narracji kolegom tak, jakby mówił: ta opowieść nie ma jednego głosu. Dlatego improwizacja nie pełni tu roli ozdobnika ani obowiązkowej przerwy na solo. To narzędzie weryfikacji: uchylamy okno i sprawdzamy, czy światło faktycznie ma którędy wejść.
Jeśli szukać na płycie punktów orientacyjnych, to jej dłuższe fragmenty stoją jak filary, a finał domyka całość bez taniej kulminacji, bardziej jak ostatnie zdanie opowiadania niż wielki refren na koniec. Reszta układa się w sekwencję drobnych przesunięć perspektywy, w których raz liczy się artykulacja, raz cisza między dźwiękami, raz to, co zostaje w tle, ale nagle okazuje się najważniejsze. Tytuł płyty nie jest więc hasłem na okładkę, tylko metodą. Tu naprawdę chodzi o to, jak światło modeluje dźwięki.
Produkcja sprzyja tej koncepcji. Brzmienie jest na tyle czytelne, by śledzić mikroruchy artykulacji, i na tyle żywe, by nie zamienić tej muzyki w laboratoryjny eksponat. „Light Finds a Way In” potwierdza, że Mansfield myśli o jazzie nie jako o stylu, tylko o sposobie organizowania uwagi. Jego kompozycje nie idą na skróty i nie podpinają się pod oczywiste rozwiązania. I właśnie dlatego mają tak pozytywny wydźwięk. To płyta o nadziei, która nie potrzebuje fanfar. Wystarczy szczelina w drzwiach. Resztę zrobią uszy, o ile damy im chwilę, żeby przywykły do ciemności.



