
Brud nie jest jeszcze prawdą
Rock uwielbia udawać, że wystarczy zostawić kabel na podłodze, nie poprawić krzywego wejścia perkusji i pozwolić wzmacniaczom trochę pobuczeć, a autentyczność pojawi się sama. Nie pojawi się. Czasem zostaje tylko bałagan, któremu ktoś pospiesznie dopisał romantyczną legendę o „żywym graniu”. Czternasty studyjny album The Black Keys stawia ten problem wyjątkowo wyraźnie. „Peaches!” powstał bez rozbudowanego planu, podczas wspólnego grania w Easy Eye Sound, kiedy ciężko chory ojciec Dana Auerbacha przebywał w jego domu w Nashville. Patrick Carney uznał, że najlepszym sposobem na wyrwanie przyjaciela z ponurej codzienności będzie powrót do najprostszej czynności, jaką znali: podłączenia instrumentów i zagrania kilku starych numerów.
Tak zaczęła się sesja, która początkowo nie miała prowadzić do nowego albumu. Do Auerbacha i Carneya dołączyli gitarzysta Kenny Brown, basista Eric Deaton oraz Jimbo Mathus, obsługujący między innymi gitary, organy, harmonijkę i fortepian. Utwory rejestrowano w jednym pomieszczeniu, przeważnie w jednym lub dwóch podejściach, z ograniczoną liczbą dogrywek. Metoda przypominała pracę nad „Delta Kream” z 2021 roku, lecz jej emocjonalny punkt wyjścia był inny. Tam chodziło przede wszystkim o złożenie hołdu północnomissisipijskiemu bluesowi. Tutaj wspólne granie miało przez kilka godzin dziennie zagłuszyć coś, czego nie dało się naprawić kolejną partią gitary.
„Peaches!” nie jest jednak dziennikiem żałoby ani albumem przepełnionym ciężkimi wyznaniami. To dziesięć cudzych kompozycji, w których tęsknota, zazdrość, pożądanie i życiowe kłopoty korzystają z najstarszego możliwego słownika bluesa. Emocje nie pojawiają się w nowych tekstach, tylko w sposobie uderzania w struny, przeciągania fraz i utrzymywania rytmu na granicy rozpadu. Pytanie nie brzmi więc, czy The Black Keys grają tu surowo. Grają. Pytanie brzmi, czy pod tą surowością nadal znajduje się człowiek.
Pięciu ludzi, jeden puls
Otwierające Where There’s Smoke, There’s Fire zaczyna się od studyjnego szmeru i krótkiego przygotowania, po którym pojawia się repetytywny, lekko kołyszący motyw gitary. Zamiast efektownego wejścia mamy powolne zawiązywanie węzła. Bas Erica Deatona nie próbuje przejmować melodii, tylko przytwierdza riff do ziemi, a Carney gra tak, jakby tempo było wspólną sugestią, nie policyjnym nakazem. Dęte instrumenty poszerzają tło, lecz nie wygładzają utworu. Pozostają kolejną chropowatą warstwą w miksie.
Ta zespołowa nierówność jest najciekawszym składnikiem płyty. The Black Keys przez lata uczynili z ograniczonego instrumentarium znak firmowy, podobnie jak inne duety, których prostota bywa bardziej umowna, niż sugeruje scena. W recenzji „How Did We Get So Dark?” Royal Blood można było usłyszeć, jak dwóch muzyków próbuje zabrzmieć jak ciężka maszyna. Na „Peaches!” pięcioosobowy skład robi coś odwrotnego: próbuje zachować wrażenie grupy znajomych grających bez zabezpieczeń, choć sesja odbywa się w profesjonalnym studiu należącym do jednego z najbardziej doświadczonych producentów współczesnej Americany.
Who’s Been Foolin’ You opiera się na jednym z najmocniejszych groove’ów albumu. Organy Mathusa podnoszą napięcie w zwrotkach, gitary Auerbacha i Browna nie tyle dzielą się rolami prowadzącą i rytmiczną, ile stale wchodzą sobie w słowo. Solówki szarpią frazę zamiast elegancko ją rozwijać. Wokal zostaje częściowo wtopiony w instrumentalny tłok, przez co słowa tracą wyrazistość, ale zyskują fizyczną funkcję: głos staje się następnym przesterowanym źródłem rytmu.
Jeszcze wyraźniej słychać to w You Got to Lose. Utwór rozpędza się bez zbędnej ceremonii, a Carney bije w talerze z tą charakterystyczną dla siebie mieszanką ciężaru i pozornej niezgrabności. Krótkie przyspieszenie w środku nie zmienia konstrukcji kompozycji, lecz wystarcza, by cały zespół przez moment zabrzmiał nerwowo, niemal zbyt szybko. To drobiazg, ale właśnie z takich drobiazgów powstaje rock’n’roll. Nie z liczby użytych fuzzów i nie z deklaracji, że nagrywano „na setkę”.
Tell Me You Love Me zachowuje fałszywe początki i moment, w którym muzycy dopiero odnajdują wspólny kierunek. Takie fragmenty łatwo potraktować jako sprytnie pozostawiony dowód spontaniczności, odpowiednik zdjęcia z filiżanką kawy i porozrzucanymi nutami. Tutaj chwiejność ma jednak dalszy ciąg. Gitara slide przeciąga dźwięki, werbel stopniowo porządkuje puls, a mandolinowe zabarwienie rozluźnia masywną średnicę gitar. Słychać nie tylko niedoskonałość, lecz także proces dochodzenia do porozumienia.
Kiedy riff przestaje pozować
Nie każda interpretacja ma podobną siłę. She Does It Right, zaczerpnięte z repertuaru Dr. Feelgood, otrzymuje sekcję dętą zaaranżowaną przez Tommy’ego Brennecka i bardziej soulową objętość, ale traci część nerwowego, pubrockowego ukłucia pierwowzoru. The Black Keys potrafią przybrudzić brzmienie, nie zawsze potrafią jednak stworzyć niebezpieczeństwo. Między jednym a drugim istnieje zasadnicza różnica. Brud można ustawić gałką. Niebezpieczeństwo wymaga ryzyka.
Podobny problem dotyka środkowej części albumu. Kolejne utwory korzystają z bliskich temp, ciężkich figur gitarowych i podobnego sposobu budowania przestrzeni. Miks pozostawia dużo powietrza pomiędzy instrumentami, lecz sama dramaturgia zaczyna się zagęszczać. Repetycja jest podstawą bluesa, ale powtarzanie motywu staje się hipnotyczne dopiero wtedy, gdy wykonawcy przesuwają akcenty, zmieniają artykulację albo stopniowo zwiększają napięcie. W przeciwnym razie dostajemy dobrze zaopatrzony sklep z riffami, w którym wszystkie kurtki wiszą na identycznych wieszakach.
It’s a Dream unika tego dzięki oszczędnej partii basu i harmonijce Mathusa. Niektóre jej wejścia są lekko zachwiane intonacyjnie, przez co utwór oddycha mniej elegancko, ale bardziej naturalnie. Auerbach nie śpiewa tu jak człowiek próbujący wygrać konkurs na najbardziej przekonującego bluesmana w Nashville. Pozwala melodii opaść, pozostawia końcówki fraz bez efektownego domknięcia. W takich momentach „Peaches!” wymyka się własnej stylizacji.
The Black Keys od dawna żyją z muzyki, która pamięta czasy sprzed ich narodzin. Podobny problem regularnie wraca przy Jacku Whicie, choćby na opisanym w Laboratorium albumie „Frozen Charlotte”: gdzie kończy się twórcze używanie tradycji, a zaczyna rekonstrukcja odpowiednio pobrudzonej przeszłości? „Peaches!” nie udziela jednej odpowiedzi. Tomorrow Night i Fireman Ring the Bell przekonują, że stary język nadal może reagować na teraźniejszy ból. Obie kompozycje rozwijają się poprzez gitarowe tarcie, ciężar sekcji i powracające figury, które z każdą repetycją brzmią odrobinę bardziej niecierpliwie. Inne fragmenty pozostają tylko fachowo wykonaną stylizacją.
Najlepiej wypadają utwory związane z muzyką Juniora Kimbrougha i R.L. Burnside’a. Nie dlatego, że nazwiska te automatycznie gwarantują bluesową wiarygodność. Brown i Deaton rzeczywiście znają jednak ten idiom od środka, a Auerbach z Carneyem przyswajali go jeszcze przed powstaniem zespołu. Muzycy nie odtwarzają wyłącznie charakterystycznych riffów. Rozumieją, że w hill country bluesie ruch często wynika z minimalnych zmian wewnątrz powtarzanej figury, nie z tradycyjnego podziału na zwrotkę, refren i efektowny mostek.
Powrót do źródeł bez klękania
Siedmiominutowe Nobody But You Baby zamyka album najlepiej, jak można było go zamknąć. Tempo zostaje spowolnione, talerze narastają długimi falami, a gitary nie ścigają się o najbardziej efektowną zagrywkę. Pracują na wspólną kulminację. Auerbach śpiewa prostą prośbę o pozostanie z desperacją, której wcześniej na płycie czasem brakowało. Utwór stopniowo rozsadza własną konstrukcję i kończy się bez eleganckiej kropki, jakby muzycy po prostu przestali utrzymywać ją w całości.
Wtedy spontaniczność „Peaches!” przestaje być częścią kampanii promocyjnej i staje się słyszalnym faktem. Nie każda płyta zarejestrowana szybko jest dobra. Nie każda nierówna partia zasługuje na zachowanie. Tutaj brak kontroli bywa jednak twórczy, ponieważ muzycy potrafią reagować na siebie w czasie rzeczywistym. Carney zmienia siłę uderzenia pod gitarowe akcenty Auerbacha, Deaton pilnuje podstawy bez usztywniania rytmu, Brown zagęszcza środek pasma, a Mathus dodaje barwy, które wyciągają materiał poza standardowy zestaw dwóch gitar i perkusji.
Album pozostaje bardzo tradycyjny i nie wnosi do blues rocka nowych rozwiązań. Nie próbuje nawet udawać, że jest inaczej. Innowacyjność nie stanowi jednak jedynego kryterium wartości, szczególnie w muzyce opartej na dziedziczeniu i przetwarzaniu motywów. Keith Richards na „Crosseyed Heart” również nie wymyślał bluesa ponownie. Siła takich nagrań bierze się z charakteru wykonania, świadomości tradycji i umiejętności pozostawienia własnych śladów na materiale, który ma znacznie dłuższą historię niż wykonawca.
„Peaches!” jest najbardziej przekonujące wtedy, gdy The Black Keys zapominają o swoim statusie, katalogu przebojów i obowiązku dostarczenia kolejnego „powrotu do korzeni”. Słabsze momenty brzmią jak zespół rekonstruujący własną młodość w wygodnym studiu. Najlepsze — jak pięciu ludzi, którzy przez kilka dni naprawdę potrzebowali wspólnie narobić hałasu.
Nie jest to nowy początek ani wielka przemiana. To raczej odzyskanie odruchu, który przez lata zaczął znikać pod warstwami produkcji, współpracowników i oczekiwań. Riff ponownie staje się reakcją, a nie produktem. Po dwudziestu pięciu latach działalności taki rezultat nie jest rewolucją. Jest wystarczająco rzadkim zwycięstwem.The Black Keys „Peaches!” na Spotify



