Cameratismo rock tra luci e mattoni
Cameratismo rock tra luci e mattoni

Jørn Lande u Tony’ego Iommiego. Zbrodnia przeciwko pamięci Dio?

Jørn Lande u Tony’ego Iommiego. Zbrodnia przeciwko pamięci Dio?

Internetowi specjaliści od Black Sabbath znów mają ciężki orzech do zgryzienia. Tony Iommi nagrał „From the Dark” z Jørnem Lande, a ten, bezczelnik jeden, ośmielił się śpiewać własnym głosem. I to jeszcze donośnie! Rozpoczął się więc tradycyjny konkurs na najbardziej oburzonego strażnika sabbathowskiej ortodoksji. Jeden słyszy za dużo Dio, drugi za mało Ozzy’ego, trzeci najchętniej przywróciłby skład z 1970 roku, zapewne wraz z ówczesnymi cenami biletów. Problem z Jørnem polega najwyraźniej na tym, że nie jest nikim innym. Trudno o poważniejsze przewinienie w oczach rockowego konserwatysty.

Nie zamierzam jednak udawać, że wszyscy zgodnie domagają się jego głowy. Opinie są podzielone, a obok krytycznych komentarzy pojawiają się również głosy uznania. Zresztą cała ta internetowa wokalistyka stosowana wydaje mi się znacznie bardziej interesująca jako objaw pewnej przypadłości niż jako rzetelna diagnoza muzyczna. Nazywam ją roboczo zespołem fantomowego Dio. Objawy? Każdy mocniejszy głos automatycznie porównywany jest z Ronniem, a następnie karany za to, że Ronnie był tylko jeden. Medycyna pozostaje bezradna.

Ciężka gitara, ciężki głos. Skandal!

Jørn Lande nigdy nie był mistrzem wokalnej ascezy. Jego chropowaty tenor, szeroka emisja, bluesowo-hardrockowa artykulacja i zamiłowanie do dramatycznych kulminacji potrafią nadać nawet niewinnej frazie rozmach pogrzebu ostatniego cesarza Bizancjum. Bywa przesadny? Owszem. Czasami śpiewa tak, jakby każda zwrotka miała rozstrzygnąć losy ludzkości. Tyle że u Iommiego ta maniera ma całkiem solidne muzyczne uzasadnienie.

W World Alone ekspansywne frazowanie Lande współgra z naporem gitarowego riffu i sekcji rytmicznej. Wokal nie rozmiękcza kompozycji, lecz dokłada jej kolejny wymiar ciężaru. W posępniejszym Beyond the Dead podobna ekspresja nabiera bardziej uroczystego charakteru, współtworząc podniosłą dramaturgię aranżacji. Jørn rozumie język tej muzyki. Nie musi szeptać do riffu, który właśnie zamierza wyburzyć pół budynku.

Oczywiście można zarzucić mu nadmierną emfatyczność, zbyt forsowne prowadzenie niektórych fraz czy ograniczoną subtelność dynamiczną. To już sensowna rozmowa o interpretacji. Zresztą w naszej recenzji „From the Dark” Paweł Rogoziński zwraca uwagę na istotne rozróżnienie: siła głosu Lande robi wrażenie, ale nie każda jego melodia zapada w pamięć równie mocno jak gitarowe motywy Iommiego. To argument, z którym warto się zmierzyć. Natomiast sprowadzanie całej sprawy do konstatacji, że „Dio zrobiłby to lepiej”, przypomina krytykę współczesnego malarza za nieumiejętność bycia Caravaggiem. Gratuluję spostrzegawczości. Nagroda Nobla z komparatystyki czeka.

Na przesłuchanie zapomniano zaprosić muzykę

W tym całym ferworze porównywania krtani umyka jeszcze jeden drobiazg. Według oficjalnych informacji o „From the Dark” Lande współtworzył wszystkie osiem kompozycji. Nie został więc wynajęty do odśpiewania gotowego repertuaru, niczym weselny tenor wezwany na zastępstwo po trzecim toaście. Jest współautorem muzyki, której wokalną stronę tak ochoczo poddaje się dziś sekcji zwłok.

Co więcej, historia Iommiego dowodzi, że jego gitara znakomicie odnajduje się w towarzystwie skrajnie różnych osobowości wokalnych. Ozzy wnosił upiorną kruchość, Dio epicką melodykę, Tony Martin klasycznie metalową elegancję, Glenn Hughes soulową żarliwość. Każdy interpretował ten ciężar inaczej. Zresztą wystarczy wrócić do naszej recenzji „The End” Black Sabbath, by przypomnieć sobie, jak odmiennie potrafił z tymi samymi gitarowymi fundamentami obchodzić się Ozzy. Dlaczego więc od Lande oczekuje się nagle jakiejś cudownej syntezy wszystkich poprzedników, najlepiej bez najmniejszego podobieństwa do któregokolwiek?

Żeby było jasne: techniczna sprawność nie gwarantuje dobrej melodii, a potężny głos może równie skutecznie budować dramaturgię, co ją zagłuszać. Jørn nie jest wolny od tych ograniczeń. Sam Dio, którego sztukę znakomicie dokumentuje choćby „Rising” Rainbow, opisane również w naszym archiwum, imponował czymś znacznie ważniejszym niż samą mocą: zdolnością nadawania melodii charakteru opowieści. Nie zamierzam jednak mylić osobistej niechęci do maniery Lande z dowodem na artystyczną porażkę. Na „From the Dark” jego temperament pozostaje zasadniczo zgodny z charakterem kompozycji. To wystarczający powód, by traktować go poważnie, nawet jeśli ktoś wolałby wokalistę o subtelności kościelnego organisty.

Panowie eksperci, zwolnijcie mikrofon

Najbardziej rozczula mnie przekonanie, że Iommi, człowiek współodpowiedzialny za narodziny heavy metalu, powinien dziś konsultować wybór wokalisty z internetową radą starszych. Wszak po pięciu dekadach grania najwyższy czas, żeby ktoś w komentarzach wyjaśnił mu, z kim właściwie wolno nagrywać.

Nie twierdzę, że „From the Dark” jest dziełem nietykalnym. Wprost przeciwnie: oceniajmy melodie, konstrukcję utworów, interpretację i produkcję. Tnijmy bez litości tam, gdzie muzyka rzeczywiście kuleje. Ale przestańmy wymagać od każdego kolejnego wokalisty, żeby śpiewał głosem naszych wspomnień.

Jørn Lande nie jest Ronniem Jamesem Dio. Odkrycie roku, panowie. Teraz może wreszcie porozmawiamy o muzyce?