queens of the stone age perfecth
queens of the stone age perfecth

Queens of the Stone Age – Perfecth

Wzorowo nagrana obojętność

Queens of the Stone Age uruchomili przed premierą „Perfecth” specjalną infolinię, na której niezadowoleni słuchacze mogą składać skargi, pretensje i wszelkiej maści zażalenia. Piękna inicjatywa. Zwłaszcza że Josh Homme przez lata dostarczał muzyki zdolnej zirytować sąsiadów, zaniepokoić rodziców i wprawić w zakłopotanie radiowych prezenterów. Tym razem numer telefonu rzeczywiście może się przydać. Chciałbym bowiem zgłosić przypadek szczególny: pięciu znakomitych muzyków nagrało płytę tak starannie, z takim wyczuciem i kulturą, że zapomnieli o jednej drobnostce. O napisaniu wystarczająco zajmujących piosenek.

Nie oczekuję od Homme’a kolejnego Songs for the Deaf ani powrotu do pustynnego łomotu sprzed ćwierćwiecza. Zresztą Queens of the Stone Age nigdy nie zawdzięczali swojej pozycji wyłącznie ciężarowi gitar. Ich prawdziwym atutem była umiejętność łączenia mechanicznej, niemal krautrockowej repetycji z tanecznym pulsem, niepokojącą melodyką i harmoniami, które potrafiły zmienić pozornie prostą piosenkę w małą psychologiczną pułapkę. Na „…Like Clockwork” melancholia miała dramaturgię, a kulminacje przychodziły wtedy, gdy naprawdę były potrzebne. Nawet „Villains”, przy całej swojej dyskotekowej nonszalancji, potrafiło zaskakiwać wyrazistymi motywami. Perfecth idzie jeszcze dalej w stronę kameralności, akustycznych instrumentów i emocjonalnej bezpośredniości. Kierunek całkowicie uprawniony. Gorzej z rezultatem. Nowe Queens of the Stone Age mają mnóstwo smaku, ale stanowczo za mało apetytu.

Rysa w porcelanie, czyli niedoskonałość pod nadzorem

Tytuł jest przewrotnym żartem z perfekcji, której w prawdziwym życiu próżno szukać. W materiałach promocyjnych pojawia się nawet japońskie kintsugi, sztuka naprawiania potłuczonej ceramiki za pomocą złota. Homme, po licznych życiowych turbulencjach, chce mówić o miłości, stracie, pojednaniu i akceptacji własnych pęknięć. Rozumiem ten zamysł. Tyle że biograficzna szczerość nie stanowi gwarancji artystycznego sukcesu. Kintsugi jest piękną ideą, lecz z naprawionego naczynia nadal powinno dać się napić herbaty.

Otwierające It’s Only Love stanowi niezły przykład rozbieżności między pomysłem a jego realizacją. Akustyczna gitara, przytłumiony fortepian, ciężkawy puls perkusji i posępne smyczki tworzą miniaturę z pogranicza grunge’owej ballady i filmowego noir. Całość przecina autentyczne nagranie przejeżdżającego pociągu, zarejestrowane w pobliżu Sound City Studios. Jak Homme wyjaśniał w rozmowie ze SPIN, odgłos miał nadać fizyczny wymiar zagrożeniu obecnemu w tekście. Kapitalny pomysł, tyle że scenografia okazuje się bardziej sugestywna niż sama kompozycja. Melodia nie wykształca równie przekonującego punktu ciężkości, a narastająca orkiestracja przede wszystkim potęguje wcześniej ustanowiony nastrój. Utwór ma starannie przygotowane napięcie, któremu zabrakło muzycznie satysfakcjonującego rozwiązania.

Jeszcze bardziej wymowne jest Insignificant Other, niemal sześciominutowe spotkanie rocka, funku i dyskotekowej swobody lat siedemdziesiątych. Bas Michaela Shumana prowadzi sprężystą figurę, Jon Theodore utrzymuje elastyczny puls, a gitary Homme’a i Troya Van Leeuwena częściej komentują groove, niż próbują nad nim dominować. Dean Fertita dopełnia całości klawiszowymi barwami, przywołując skojarzenia z Miss You The Rolling Stones. Instrumentalny dialog rzeczywiście imponuje: bas organizuje ruch, perkusja wyznacza jego ramy, a gitarowe wtrącenia pozostawiają rytmowi wystarczająco dużo powietrza. Szkoda jedynie, że kompozycja z czasem zaczyna krążyć wokół własnego uroku. Kolejne detale zmieniają kolorystykę, ale nie przynoszą wyraźniejszego rozwoju. Groove nieustannie obiecuje, że zaraz wydarzy się coś więcej. Obietnica pozostaje niespełniona.

Historia nagrania jest zresztą bardziej porywająca niż rezultat. Jak opowiadał Shuman w Northern Transmissions, utwór zarejestrowano nocą, pod koniec sesji In Times New Roman…, na taśmie, w zaledwie dwóch podejściach. Pozostawiono drugie wykonanie wraz z drobnymi niedoskonałościami, a muzycy reagowali na sygnały Homme’a zamiast odtwarzać sztywny schemat. To tłumaczy naturalność nagrania. Nie rozwiązuje jednak problemu rozwlekłości. Można znakomicie uchwycić chemię między instrumentalistami, a mimo to nie nadać jej wystarczająco interesującego kompozycyjnego sensu.

Przestrzeń stereofoniczna nie załatwi sprawy

Where the Goth Girls At? przywraca znajomy gitarowy ciężar. Krótki, ostentacyjnie prymitywny riff zostaje skontrastowany z teatralną orkiestracją smyczkową, która w refrenie przejmuje część funkcji tradycyjnie wykonywanych przez gitarową ścianę dźwięku. To jeden z bardziej pomysłowych zabiegów aranżacyjnych albumu. Problem w tym, że sam motyw szybko ujawnia ograniczenia. Dawni Queens potrafili wyprowadzić z takiej repetycji narastającą obsesję, odpowiednio manipulując akcentami, artykulacją i napięciem. Tutaj orkiestracja skutecznie urozmaica refren, ale nie czyni go szczególnie pamiętnym. Muzycy rozbierają własny styl na części pierwsze, tylko ponowny montaż przynosi skromniejsze efekty, niż można było oczekiwać.

Najbardziej ambitnym eksperymentem jest Mono, wywodzące się z domowej rejestracji Homme’a. Początkowo zwarta, ograniczona przestrzennie faktura stopniowo ustępuje miejsca szerszemu obrazowi stereofonicznemu, wzbogaconemu o smyczki i perkusję. To interesująca próba przełożenia emocjonalnego rozchwiania na organizację dźwięku. Monofonia skupia instrumenty w jednym punkcie, stereofonia pozwala je rozsunąć, przeciwstawić sobie i nadać im nową głębię. Słychać inteligencję pomysłu, ale jego formalna realizacja pozostawia niedosyt. „Mono” rozwija się przede wszystkim w szerokości, znacznie mniej przekonująco w kierunku melodycznym i kompozycyjnym. Przybywa warstw, rośnie komplikacja faktury, a zasadniczy materiał nie zyskuje odpowiednio silnego uzasadnienia. Można podziwiać konstrukcję eksperymentu, pozostając wobec niego zupełnie obojętnym.

W From the Cliff zespół dla odmiany rezygnuje z komplikacji, proponując akustyczną prostotę i niemal beatlesowską niewinność. Homme otwarcie przyznawał, że marzył o napisaniu nieskomplikowanej piosenki miłosnej. Sympatyczna ambicja, choć warto przypomnieć, że McCartney nie został wybitnym melodystą dzięki prostocie jako takiej. Jego najskromniejsze tematy potrafiły zawierać harmoniczne niespodzianki i frazy, które zostawały w pamięci na lata. Tutaj dostajemy ładną, starannie zagraną miniaturę, której melodyka okazuje się zbyt przewidywalna, by naprawdę poruszyć. A przecież The Vampyre of Time and Memory udowodniło już kiedyś, że Homme potrafi budować przejmujące napięcie bez gitarowego huraganu. From the Cliff zdaje się zadowalać samą obecnością odpowiedniego nastroju.

Niedziela z Davidem Bowiem

I wtedy pojawia się Sunday. Proszę państwa, jednak można! Sekcja rytmiczna odzyskuje sprężystość, gitary zaczynają poruszać się z większą swobodą, a Homme śpiewa z rozkosznie zmanierowaną nonszalancją. Pobrzmiewa tu David Bowie z okresu przejścia od dekadenckiego glam rocka ku funkowi i tanecznemu eksperymentowaniu, szczególnie w okolicach Station to Station. Theodore znakomicie napędza całość, wokal bawi się frazą, a gitarowe zagrywki dodają dyskotekowemu pulsowi odrobiny rockowej szorstkości. Przez niespełna pięć minut „Perfecth” przypomina sobie, że muzyka może mieć jednocześnie klasę, charakter i odrobinę bezczelności. Rytmiczna tożsamość utworu jest wyrazista, rozwój naturalny, a instrumentalne szczegóły służą piosence zamiast odwracać uwagę od jej niedostatków.

Jest w tym jednak osobliwa ironia. Sunday znamy przecież z Post Pop Depression Iggy’ego Popa z 2016 roku, a Homme przyznawał, że pierwotnie rozważał zachowanie kompozycji dla siebie. Nowa interpretacja eksponuje bardziej taneczny puls i teatralną ekspresję. To interesujące odwrócenie historii przypominającej China Girl, utwór napisany przez Bowiego i Iggy’ego Popa, a następnie nagrany przez obu artystów. Tyle że w przypadku Perfecth najbardziej przekonujący moment płyty wyrasta z pomysłu sprzed dekady. Cóż, czasami warto zajrzeć do starej szafy. Zwłaszcza gdy nowa garderoba składa się głównie z eleganckich, szarych swetrów.

Po niedzieli przychodzi niestety poniedziałek. Easy Street, nagrane z Nikki Lane, stawia na akustyczną delikatność, klaskanie i harmonijne współbrzmienie głosów. Gorzki tekst interesująco kontrastuje z pogodniejszą oprawą, jednak sama melodia nie dorównuje pomysłowości aranżacji. W Phantom Limb pojawiają się natomiast echa Alice in Chains: melancholijne harmonie wokalne, grunge’owe skojarzenia i powściągliwy ciężar gitar. Atmosfera pozostaje sugestywna, lecz utwór zbyt długo tkwi w tym samym emocjonalnym rejestrze. Obie kompozycje pokazują, jak wielką biegłość osiągnęli muzycy w konstruowaniu nastroju, i zarazem jak trudno przychodzi im zamienienie go w coś naprawdę angażującego.

Finałowe Run Away From the Mob próbuje nadrobić te zaległości. Kompozycja ma historię sięgającą około ćwierćwiecza, a zasadnicze nagranie pochodzi z 2013 roku, z Davem Grohlem za perkusją. Homme ukończył tekst później, nadając mu wymiar osobistego przesłania do syna. Stopniowo zagęszczająca się aranżacja prowadzi do kulminacji, w której partie instrumentalne i wokalne wreszcie łączą się w przekonującą całość. To jeden z niewielu momentów albumu, gdy narastanie napięcia przynosi satysfakcjonujący rezultat. Szkoda, że tak późno.

Dojrzałość czy zwyczajna wygoda?

Trudno odmówić Perfecth realizacyjnej klasy. Produkcja Homme’a i Shumana pozwala instrumentom swobodnie oddychać: bas zachowuje wyrazistość, gitary nie zagarniają całej przestrzeni, a klawisze Fertity i partie akustyczne dyskretnie dopełniają aranżacje. Theodore imponuje rytmiczną dyscypliną bez popisywania się techniką, zaś sam Homme śpiewa z większą powściągliwością, wykorzystując niższe rejestry i bardziej teatralne frazowanie. Rzadko zdarza się, żeby zespół o tak dużej instrumentalnej inteligencji pozostawił po sobie tak niewiele melodii, do których chciałoby się wracać.

Rozumiem opowieść o dojrzałości, odzyskanej równowadze i odwadze pokazywania własnych słabości. Problem w tym, że niemal każdą artystyczną zachowawczość można przedstawić jako świadomy wybór. Brak mocniejszych riffów? Subtelność. Niedostatek kulminacji? Powściągliwość. Niewiele zapadających w pamięć melodii? Kontemplacyjny charakter. Przy takim rozumowaniu trudno już odróżnić celową oszczędność od zwyczajnego niedostatku pomysłów. A muzyka QOTSA zawsze była zbyt inteligentna, by potrzebować podobnych usprawiedliwień.

Dodatkowym problemem pozostaje rozproszona geneza materiału. It’s Only Love ma kilkanaście lat, Insignificant Other pochodzi z sesji poprzedniej płyty, Sunday pamięta współpracę z Iggym Popem, a Run Away From the Mob dojrzewało jeszcze dłużej. Sam wiek kompozycji oczywiście niczego nie przesądza. Muzyka nie posiada terminu przydatności do spożycia. Jednak tutaj różnorodność stylistyczna częściej przypomina starannie uporządkowane archiwum niż album napędzany jedną, przekonującą ideą muzyczną. Wspólny temat miłości i niedoskonałości nadaje temu zbiorowi sens, lecz nie zawsze wystarczająco mocno spaja poszczególne piosenki.

Być może Perfecth zachwyci słuchaczy ceniących kameralność, aranżacyjną elegancję i bardziej refleksyjne oblicze Homme’a. Nie mam z tym problemu. Sam oczekuję od Queens of the Stone Age czegoś więcej niż interesujących rozwiązań produkcyjnych, kilku udanych instrumentalnych interakcji i jednej porządnie roztańczonej niedzieli. Nie domagam się powrotu do przeszłości, tylko kompozycji, które potrafią uzasadnić teraźniejszość. „Perfecth” jest albumem świetnie nagranym, instrumentalnie dopracowanym i boleśnie zachowawczym. Jego największą słabością pozostaje nuda, której nie sposób zatuszować nawet najlepszym miksem.

I pomyśleć, że zespół przygotował specjalną infolinię do składania zażaleń. Wystarczyłoby kilka znakomitych piosenek, żeby nikt nie musiał z niej korzystać.

queens of the stone age perfecth

queens of the stone age perfecth
Queens of the Stone Age – Perfecth
Tracklista: 1. It's Only Love – 3:07 • 2. Insignificant Other – 5:53 • 3. Where the Goth Girls At? – 3:28 • 4. Mono – 3:19 • 5. From the Cliff – 2:58 • 6. Sunday – 4:55 • 7. Easy Street – 3:51 • 8. Phantom Limb – 4:55 • 9. Run Away From the Mob – 3:58 • Skład: Josh Homme – wokal, gitara • Troy Van Leeuwen – gitara • Michael Shuman – gitara basowa, wokal • Dean Fertita – gitara, instrumenty klawiszowe • Jon Theodore – perkusja • Goście: Nikki Lane – wokal w Easy Street • Dave Grohl – perkusja w Run Away From the Mob • The Section Quartet – instrumenty smyczkowe w Where the Goth Girls At? • Produkcja: Josh Homme, Michael Shuman • Wytwórnia: Matador Records • Premiera: 30 października 2026 • Rok: 2026 • Typ wydawnictwa: album studyjny • Miejsce w dyskografii: dziewiąty album studyjny • Czas: 36:24 • Liczba utworów: 9 • Formaty: cyfrowy, CD, LP.
WIZJA ARTYSTYCZNA
4.9
SPÓJNOŚĆ ALBUMU
3.6
BRZMIENIE I PRODUKCJA
8.8
INTERPRETACJA I WYKONANIE
8.1
ARANŻACJE I ŚWIADOMOŚĆ FORMY
5.9
MELODYKA I MOTYWY
4.5
ZAPAMIĘTYWALNOŚĆ
3.6
WARSTWA SŁOWNA
7.1
ODDZIAŁYWANIE EMOCJONALNE
4.3
SIŁA WYRAZU
3.8
ORYGINALNOŚĆ
5.3
EFEKT POWROTU
3.2
OCENA CZYTELNIKÓW0 Votes
0
5.3
OCENA