Frank Zappa i sztuka mądrego odchylenia
Na ścianie internetu Frank Zappa wygląda jak patron wszystkich, którzy kupili dziwne okulary, nagrali trzy minuty szumu z lodówki i już żądają osobnej półki w historii awangardy. Pod fotografią widnieje zdanie: „Bez odstępstwa od normy postęp nie jest możliwy”. Wśród haseł z worka Frank Zappa cytaty właśnie to ma wyjątkowo długie nogi. Pasuje do muzyków, wynalazców, buntowników i ludzi, którzy przyszli do biura w dwóch różnych skarpetkach, ponieważ „kwestionują system”. Na szczęście sens tej myśli jest poważniejszy. I bardziej bezlitosny.
Zappa nie mówił, że każda dziwność jest postępem. Mówił, że postęp wymaga odejścia od utartej drogi, ale odejścia świadomego. Trzeba wiedzieć, od czego się odchodzi, po co i dokąd. Inaczej bunt staje się tylko źle zaparkowanym ego. To bliskie temu, czego szuka Laboratorium Muzycznych Fuzji w dźwiękach niepasujących do jednej szuflady: nie osobliwości dla samej osobliwości, lecz własnego języka. Teza jest więc prosta: prawdziwy postęp nie rodzi się z ignorowania normy, ale z jej poznania, rozmontowania i złożenia po swojemu.
Norma nie jest więzieniem. Jest instrukcją obsługi łomu
Skrócona wersja cytatu brzmi jak eleganckie usprawiedliwienie chaosu. Pełniejszy kontekst odbiera jednak chaosowi plakietkę „geniusz”. W rozmowie dla holenderskiej telewizji VPRO w 1971 roku Zappa tłumaczył, że obserwowanie twórczych odstępstw innych ludzi może inspirować kolejne odstępstwa, a te być może doprowadzą do postępu. Nie obiecywał sukcesu. Nie rozdawał medali za ekscentryczność. Zostawił ostrożne „być może”, czyli dwa słowa, których internetowe grafiki motywacyjne unikają jak gitarzysta próbujący uniknąć strojenia instrumentu. Archiwalny zapis rozmowy Zappy dla VPRO pokazuje, że chodziło mu o społeczny obieg inspiracji, a nie kult samotnego dziwaka.
Jeszcze ważniejszy jest dopisek znany z autobiografii „The Real Frank Zappa Book”: skuteczne odejście od normy wymaga przynajmniej podstawowej znajomości tej normy. Książka została pierwotnie opublikowana w 1989 roku i łączy wspomnienia z poglądami Zappy na sztukę, politykę oraz kulturę.
I tu zaczyna się prawdziwa złośliwość tego cytatu. Chcesz złamać harmonię? Najpierw naucz się, jak działa. Chcesz zburzyć rytm? Najpierw znajdź puls. Chcesz wywrócić formę piosenki? Dobrze byłoby rozpoznawać zwrotkę, refren i moment, w którym słuchacz idzie nastawić czajnik. Odchylenie bez wiedzy jest przypadkiem. Odchylenie z wiedzą może zostać stylem.
Dlatego największym wrogiem eksperymentu nie jest konserwatysta krzyczący „to nie jest muzyka”. Jest nim artysta, który odpowiada: „nie muszę niczego umieć, bo jestem wolny”. Wolność bez warsztatu przypomina samochód bez kierownicy. Rzeczywiście jedzie poza wyznaczoną trasą. Najczęściej prosto w kiosk.
Zappa nie rzucał nutami o ścianę
„Freak Out!”: porządek przebrany za zamieszki
Na „Freak Out!” słychać człowieka, który zna język popularnego rocka, doo-wopu, orkiestracji i studyjnego kolażu, a następnie urządza tym językom spotkanie wspólnoty mieszkaniowej po awarii kanalizacji. Piosenka może zacząć się niemal niewinnie, po czym zostaje rozciągnięta, wykrzywiona albo wepchnięta w tłum dźwięków, które nie zamierzają grzecznie czekać na swoją kolej.
To ważne, ponieważ Zappa nie odrzucał popowej melodii z pozycji człowieka, który nie potrafi jej napisać. Potrafił. Właśnie dlatego mógł ją sparodiować, rozebrać i zostawić na ulicy w samych skarpetkach. Dobry eksperyment nie mówi: „reguły mnie nie dotyczą”. Mówi: „znam je tak dobrze, że wiem, w którym miejscu zaczną piszczeć”.
W tym sensie muzyczna awangarda nie jest gatunkiem dziwnych odgłosów, tylko metodą przesuwania granicy. Czasem granica przesuwa się o kilometr. Czasem o pół tonu. Bywa, że ten półton wywołuje większą awanturę.
„We’re Only in It for the Money”: bunt przeciwko zawodowym buntownikom
Najzabawniejszy paradoks Zappy polega na tym, że odstępował także od środowiska, które samo uważało się za odstępstwo. Kiedy kontrkultura zaczęła produkować własne mundury, gesty i święte slogany, potraktował ją równie podejrzliwie jak mieszczańską Amerykę. Na „We’re Only in It for the Money” nie wystarczało już zapuścić włosów, powiedzieć „pokój” i usiąść na dywanie. Hipisowska norma nadal była normą, tylko pachniała kadzidłem.
Album parodiował kulturę hippisowską oraz jej obraz medialny, a jego okładka świadomie nawiązywała do „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”. Esej przygotowany dla amerykańskiej Biblioteki Kongresu opisuje płytę jako satyryczne spojrzenie na kontrkulturę i realia społeczne końca lat sześćdziesiątych. Opracowanie National Recording Registry pokazuje też, jak mocno twórczość Mothers of Invention była osadzona w konkretnym czasie i środowisku.
Zappa przypominał w ten sposób, że bunt wyjątkowo szybko obrasta regulaminem. Najpierw ktoś wychodzi poza normę. Potem pojawiają się naśladowcy. Następnie sklep sprzedaje oficjalną koszulkę z napisem „nie zgadzam się na komercjalizację”. Pod kasą można zapłacić kartą.
Postęp wymaga więc nie tylko pierwszego odstępstwa, ale także kolejnego. Trzeba odchylać się również od własnego odchylenia, kiedy zaczyna zachowywać się jak urząd gminy. W przeciwnym razie rewolucja zamienia się w stylizację dostępną w trzech kolorach.
„Hot Rats”: eksperyment, który pamięta o przyjemności
„Peaches en Regalia” z albumu „Hot Rats” jest świetnym dowodem, że przekraczanie normy nie musi przypominać kontroli technicznej alarmu przeciwlotniczego. Melodia jest wyrazista, niemal pogodna, lecz aranżacja nieustannie zmienia perspektywę. Instrumenty przekazują sobie temat jak paczkę, której nikt nie zamawiał, ale każdy chce sprawdzić zawartość. Jazz-rock, partie dęte, klawiatury i rytmiczne zakręty pracują tu nie przeciwko słuchaczowi, ale przeciwko jego lenistwu.
To odchylenie uprzejme, choć nie potulne. Zaprasza do środka, a dopiero potem przestawia meble. Takiej muzyce najbliżej do mądrego gospodarza imprezy: najpierw daje gościom coś znajomego, następnie zamyka drzwi i wyciąga wibrafon.
Współczesne próby podobnego krzyżowania idiomów można odnaleźć choćby w omówieniu albumu „Man No Longer Me” Seana Noonana, gdzie inspiracje Zappą, Bartókiem, Johnem Zornem i Captainem Beefheartem nie tworzą muzealnej gabloty, lecz punkt wyjścia do własnej konstrukcji. Wpływ ma sens dopiero wtedy, gdy zostaje przetrawiony. Cytowanie mistrza bez przetworzenia jest artystycznym odbijaniem karty przy wejściu.
„Jazz From Hell”: człowiek przegrywa z maszyną, więc pisze jej trudniejsze nuty
Na „Jazz From Hell” cyfrowy chłód Synclaviera nie próbuje udawać ciepłego zespołu w zadymionym klubie. Dźwięki są ostre, syntetyczne i chwilami tak precyzyjne, jakby kalkulator dostał stypendium kompozytorskie. Zappa wykorzystuje maszynę nie po to, by uprościć muzykę, lecz by dotrzeć do struktur trudnych do wykonania przez żywych instrumentalistów.
Dla jednych będzie to fascynujące. Dla innych zabrzmi jak bunt drukarki przeciwko ludzkości. I bardzo dobrze. Postęp nie jest przecież gwarancją komfortu. Nowe narzędzie zwykle najpierw wydaje się zimne, sztuczne albo przesadne. Gitara elektryczna także nie zeszła z góry Synaj w aksamitnym futerale. Ktoś musiał najpierw podłączyć kabel i zirytować sąsiada.
Gdy odchylenie dostaje własny regulamin
Historia muzyki jest pełna wynalazków, które po kilku latach zamieniały się w formularze. Punk miał zerwać z nadęciem rocka, po czym wyprodukował własny zestaw obowiązkowych gestów, kurtek i min. Rock progresywny miał uwolnić formę, aż część zespołów zaczęła traktować siedemnastominutowy utwór jak minimalny wymiar moralnej powagi. Elektronika miała odkrywać nowe światy, lecz szybko doczekała się presetów opisanych mniej więcej jako „emocjonalny zachód słońca numer 4”.
To nie kompromituje tych gatunków. Pokazuje tylko, że każda udana innowacja tworzy nową normę. Wczorajszy skandal zostaje dzisiejszą playlistą do pracy. Wczorajszy hałas staje się bezpiecznym tłem w kawiarni, gdzie cappuccino kosztuje tyle, ile dawniej używany wzmacniacz.
Dlatego progres nie polega na wiecznym dokładaniu efektów, zmian metrum i instrumentów wykonanych z części od pralki. Czasami prawdziwym odstępstwem będzie prostota. Po dekadzie produkcyjnego maksymalizmu najbardziej radykalny może okazać się głos, gitara i cisza pozostawiona bez cyfrowej tapety. Norma zmienia adres. Buntownik musi więc regularnie aktualizować mapę.
Mózg chce niespodzianki, ale nie napadu
Intuicję Zappy ciekawie uzupełniają badania nad muzyczną przyjemnością. Eksperyment opublikowany w „Current Biology” wskazywał, że na odbiór muzyki wspólnie wpływają niepewność i zaskoczenie harmoniczne. Przyjemność nie wynika wyłącznie z pełnej przewidywalności ani z całkowitego chaosu, lecz z gry między oczekiwaniem a jego naruszeniem. Badanie dotyczące muzycznej niepewności i zaskoczenia analizowało również reakcje obszarów mózgu związanych między innymi z emocjami, pamięcią i przetwarzaniem słuchowym.
Mówiąc mniej laboratoryjnie: słuchacz lubi wiedzieć, gdzie stoi, ale od czasu do czasu chce, by podłoga lekko się przesunęła. Lekko. Gdy przesuwa się razem z budynkiem, zachwyt może ustąpić poszukiwaniu wyjścia ewakuacyjnego.
Norma tworzy oczekiwanie. Odchylenie tworzy napięcie. Bez normy zaskoczenie nie istnieje, bo nie ma czego zaskakiwać. To dlatego źle zagrana nuta podczas pierwszej lekcji gry nie jest automatycznie free jazzem. Jest źle zagraną nutą. Dopiero kontekst, intencja i konsekwencja pozwalają pomyłce awansować na język.
Kontrargument: nie każda norma jest lokajem stagnacji
Można oczywiście zapytać: skoro postęp wymaga odstępstwa, czy każda tradycja jest podejrzana? Nie. Norma bywa wspólnym słownikiem. Dzięki niej muzycy mogą się porozumieć, a słuchacz może wejść do utworu bez wyposażenia alpinistycznego. Bluesowa forma, klasyczna kadencja, refren popowej piosenki czy regularny puls nie są automatycznie kajdanami. Czasem są mostem.
Problem zaczyna się wtedy, gdy most uznaje się za jedyne dopuszczalne miejsce zamieszkania.
Muzyka złożona wyłącznie z odstępstw może stać się prywatnym alfabetem autora. Bywa imponująca, lecz nieprzekazywalna. Kompozytor wysyła list, którego nie potrafi przeczytać nikt poza nim, po czym obraża się na pocztę, społeczeństwo i tonację C-dur. To także ślepa uliczka. Postęp nie wymaga pogardy wobec komunikacji. Wymaga poszerzania jej możliwości.
Najciekawsi artyści potrafią więc działać na granicy: dają słuchaczowi poręcz, a następnie prowadzą schodami, których wczoraj jeszcze nie było. Zappa robił to humorem, melodią, groteską i instrumentalną wirtuozerią. Nawet kiedy komplikował formę, zostawiał jakiś haczyk: rytm, temat, żart albo riff wyglądający zza rogu jak podejrzany sprzedawca zegarków.
Postęp nie nosi plakietki VIP
Najważniejsze słowo w cytacie Zappy nie brzmi „odchylenie”. Brzmi „postęp”. Odstępstwo jest narzędziem, nie medalem. Można łamać normy i nie stworzyć niczego wartościowego. Można szokować, nudząc jednocześnie z rozmachem godnym stadionu. Można też zmienić jeden akord, jedno ustawienie mikrofonu albo sposób prowadzenia melodii i otworzyć drzwi, przez które później przejdą setki muzyków.
Prawdziwe odstępstwo nie domaga się oklasków za sam fakt bycia dziwnym. Musi coś odsłonić: nową emocję, nową relację między dźwiękami, nowy punkt widzenia. Powinno sprawić, że po powrocie do normy zobaczymy ją inaczej. Jeżeli nic się nie zmieniło, być może nie uczestniczyliśmy w rewolucji. Być może ktoś tylko przewrócił stojak na nuty.
W czasach playlist wygładzonych jak hotelowe lobby myśl Zappy pozostaje wyjątkowo niewygodna. Nie każe nam odrzucić wszystkiego, co znane. Każe słuchać uważniej, poznawać reguły i podejrzliwie patrzeć na moment, w którym wygoda zaczyna udawać jakość. Podobny głód dźwięków wymykających się automatycznym etykietom pojawia się w felietonie o ptasim śpiewie, Messiaenie i algorytmicznej potrzebie tworzenia playlist. Nawet las nie jest bezpieczny przed kategoryzacją.
Zappa nie namawiał więc, byśmy wszyscy zostali ekscentrykami. Namawiał, byśmy nie mylili posłuszeństwa z rozsądkiem, a osobliwości z wynalazkiem. Najpierw poznaj normę. Potem sprawdź, gdzie pęka. Następnie zdecyduj, czy warto ją naprawić, czy raczej poszerzyć szczelinę i wpuścić przez nią trochę hałasu.
A teraz pozostaje pytanie do słuchaczy: która muzyczna „dewiacja” początkowo was odrzuciła, a po latach okazała się drogą do zupełnie nowego świata? Polemika jest mile widziana. Byle nie mieściła się zbyt wygodnie w normie.



